Polityka historyczna PiS sprowadza się do nieustannego powtarzania, że państwo polskie nareszcie zrywa z komunistycznym dziedzictwem, że po latach kłamstw i nihilizmu przywraca szacunek należny narodowej tradycji. A przy akompaniamencie tej antykomunistycznej retoryki odbywa się nawrót do komunistycznych zwyczajów, praktyk i filozofii państwa

W słowniku IV RP pojawiło się nowe, ważne pojęcie. Kilka dni temu, podczas uroczystego odsłonięcia miejsca straceń w dawnym komunistycznym więzieniu na warszawskim Mokotowie, Zbigniew Ziobro powiedział „za sprawą pracy całej grupy naukowców-patriotów te mury będą mówić o prawdzie następnemu pokoleniu Polaków”

W mitologii politycznej PiS, opisującej polską rzeczywistość jako manichejskie starcie dwóch obozów, siłom dobra przybył nowy heros.

Naprzeciwko „łże elit”, „resortowych dzieci” i „ubekistanu” stają oto „naukowcy-patrioci”.

Sformułowanie, którego użył minister Ziobro, nie jest przejęzyczeniem ani przypadkową zbitką słów. To przemyślany zwrot, symptomatyczny dla pewnego stylu myślenia o państwie, społeczeństwie i elitach akademickich. Co to znaczy „naukowiec-patriota”? Czym różni się od zwykłego naukowca, zwykłego historyka? Dotychczas przyjmowało się, że cnotami badacza są rzetelność, dociekliwość, obiektywizm, dystans – a więc przymioty intelektualne. Okazuje się, że teraz kryterium oceny jest inne: liczy się przede wszystkim ideowe zaangażowanie.

Przeciwieństwem „naukowca-patrioty” nie jest przecież „naukowiec-nieuk” ani „naukowiec-doktryner”, tylko – „naukowiec-zdrajca”.

Jarosław Kaczyński, piętnując czasy III RP, mówił przed rokiem na konferencji zorganizowanej przez Tadeusza Rydzyka:

„System autorytetów pozwolił na stworzenie czegoś, co Zbigniew Romaszewski celnie określił jako nowy światopogląd naukowy – to był liberalizm, antypatriotyzm, antykatolicyzm […]

Ten przekaz był mocno forsowany. Jego rozbudowaniem i wyostrzeniem w pewnej dziedzinie stała się pedagogika wstydu – niszczenie polskiej dumy narodowej, tożsamości, poprzez odwoływanie się do prawdziwych i wymyślonych faktów, które miały Polaków kompromitować. […] To jest operacja szeroka, z użyciem zewnętrznych ośrodków. To był i jest przekaz silny i osłabiający polskie zasoby”.

Strażnicy pozytywnego wizerunku

Jak wynika z programu „polityki historycznej” PiS, historyk powinien być żołnierzem na froncie walki o polskość. Obóz rządzący nie kryje, że jego ambicje polityczne dotyczą przede wszystkim zagadnień ideologicznych, a nie gospodarczych – „odbudowania świadomości narodowej” Polaków poprzez „odzyskiwanie pamięci historycznej”, czyli narzucanie jednolitej wizji przeszłości.

„Przekaz historii buduje się na pozytywnym wizerunku” – oświadczył Jarosław Szarek po wyborze na prezesa IPN w lipcu 2016 roku. W tej optyce rola historyka ulega zupełnemu przewartościowaniu: zamiast szukać nowych narzędzi do poznania i zrozumienia przeszłości, powinien produkować spoiwo narodowej wspólnoty – uczestniczyć w snuciu opowieści o polskim bohaterstwie i polskiej martyrologii.

Powinien dostarczać przykładów na „wyjątkowość polskiego doświadczenia na tle historii XX wieku” a także popularyzować biografie „wielkich Polaków”. Jeśli tego nie robi, staje się „antypolski”, „uprawia pedagogikę wstydu”, okazuje „pogardę dla polskich tradycji patriotycznych”.

Być może już wkrótce „naukowcom – niepatriotom” szczególnie zatwardziałym w kwestionowaniu martyrologicznej narracji grozić będzie więzienie za znieważanie narodu.

Wymownym przykładem polityki nowych władz wobec historyków nieprawomyślnych są losy Muzeum II Wojny Światowej. Twórcom wystawy, z prof. Pawłem Machcewiczem na czele, politycy PiS zarzucali, że zrealizowana z rozmachem ekspozycja „nie uwzględnia polskiej wrażliwości narodowej” i przekazuje „wyłącznie kosmopolityczną narrację wrogą polskiej tradycji”.

Podczas posiedzenia komisji sejmowej posłanka PiS Joanna Lichocka atakowała uniwersalistyczne przesłanie ekspozycji: „to jest projekt pokazujący przebieg II wojny światowej z perspektywy martyrologii cywilów a nie np. dokonań wojennych czy np. pokazywania zmagań wojskowych polskiego państwa podziemnego. […] Takie spojrzenie na II wojnę światową jako martyrologię cywilów jest bardzo wygodne i bardzo bliskie niemieckiej koncepcji polityki historycznej. […] Dlaczego państwu tak przeszkadza Westerplatte? Czy dlatego że heroizm polskich żołnierzy w zderzeniu z niemieckim najeźdźcą jest tak silnym symbolem, że wywróci do góry nogami koncepcję założoną przez PO, a tak bliską niemieckiej polityce historycznej?”.

Twórcom wystawy wprost zarzucono zdradę interesów narodowych. Finał sporu znamy: dyrekcję i autorów scenariusza wyrzucono z pracy, a na ich miejsce przyszedł mało znany urzędnik IPN, który wprawdzie nie może się pochwalić dorobkiem naukowym, ale za to co rusz manifestuje przywiązanie do narodowych imponderabiliów.

Przywracanie należnego szacunku

W istocie sprawa ma szerszy kontekst i rzeczywiście dotyczy spraw fundamentalnych, chociaż w innym wymiarze niż chciałby to widzieć obóz władzy.

Z jednej strony polityka historyczna PiS sprowadza się do nieustannego powtarzania, że państwo polskie nareszcie zrywa z komunistycznym dziedzictwem i po latach kłamstw i nihilizmu przywraca szacunek należny narodowej tradycji.

Z drugiej – przy akompaniamencie antykomunistycznej retoryki odbywa się nawrót do komunistycznych zwyczajów, praktyk i filozofii państwa.

Nigdy w historii Polski historyczna indoktrynacja nie była uprawiana z takim zaangażowaniem jak w czasach PRL. Słowa „naród”, „patriotyzm” i „tradycja” wypełniały szpalty gazet i przemówienia polityków, a ze szczególnym upodobaniem sięgali po nie dziennikarze zajmujący się pisaniem paszkwili na opozycję.

Śladami Mieczysława Moczara …

Po Marcu 1968 roku PZPR dokonała ogromnej mobilizacji środków administracyjnych i propagandowych, zapowiadając, że będzie bronić „narodowych wartości” przed „nihilizmem i kosmopolityzmem środowisk akademickich”.

Osławiony minister spraw wewnętrznych, gen. Mieczysław Moczar, tak atakował niepokorną inteligencję „Niewiele obchodziły ich sprawy, które stanowią dumę narodu polskiego […]

starali się zniekształcić naszą historię i osłabić pamięć o tradycjach narodowych. Wszystko, czego dokonał nasz naród w latach ostatniej wojny, wymaga godnego upamiętnienia, przekazania młodemu pokoleniu. Sprawami tymi muszą zajmować się ludzie, którzy to rozumieją, którzy czują oddech naszego narodu”.

Pogląd, że nauka historyczna jako narzędzie umacniania państwa i obrony jego interesów przed zakusami wrogów, powinna podlegać kontroli władz, nie narodził się wraz z programem PiS.

… i Edwarda Ochaba

Przyjrzyjmy się np. takiemu cytatowi: „Przed wszystkimi polskimi historykami, którzy rzetelnie pragną służyć narodowi i bronić prawdy naukowej, stoi bodaj ostrzej niż w wielu innych krajach zadanie ścisłego powiązania pracy naukowo-badawczej, opartej na głębokiej analizie źródeł historycznych, z nieustraszoną pracą demaskatorską, wykazującą […] charakter błędów i fałszerstw popełnianych przez apologetów dnia wczorajszego. […] Heroiczna, półtorawiekowa walka narodu polskiego przeciwko pruskim, austriackim i rosyjskim zaborcom i kolonizatorom – to wyjątkowo ważne i wdzięczne zadanie dla polskich historyków”.

Nie wątpię, że pod tymi słowami podpisałaby się większość polityków PiS i obecnego kierownictwa IPN. A jest to fragment przemówienia sekretarza KC Edwarda Ochaba, wygłoszonego na otwarciu zjazdu historyków w grudniu 1951 roku.

Na tej samej konferencji główny ideolog partii, Roman Werfel, mówił

„Chcemy, aby w Polsce rosła historia mówiąca prawdę obiektywną, prawdę o dziejach narodu polskiego, a równocześnie, żeby była to historia tętniąca miłością i przywiązaniem do wielkiej historii narodu […] a nienawiścią do tego, co nas degradowało, co nas gnębiło”.

Historia ma iść za głosem narodu

Obecnie krytyka zaangażowania państwa w administrowanie pamięcią historyczną społeczeństwa odpierana jest przez PiS argumentem, że nauka historyczna nie może funkcjonować w politycznej próżni, a każda narracja o przeszłości służy czyimś interesom – swoim lub wroga. „Naukowcy-patrioci” powinni więc iść za głosem narodu.

To również nie jest pogląd nowy. „Burżuazyjna nauka głosiła zasadę „bezpartyjności” nauki historycznej, zasadę, jak to wszyscy sobie doskonale uświadamiamy, fałszywą i obłudną – pisała Żanna Kormanowa, stalinowska nadzorczyni nauki – My, historycy Polski Ludowej, jesteśmy w tym szczęśliwym położeniu, że pracujemy w warunkach, kiedy tzw. zamówienie społeczne zbiega się całkowicie z wymogami obiektywnego naukowego badania”.

Naukowcy – patrioci, jak księża-patrioci

Przywołana przez ministra Ziobrę postać „naukowcy-patrioty” nawiązuje do praktyk komunistycznych również na poziomie leksykalnym. Trudno uniknąć skojarzeń z figurą „księdza-patrioty”, wymyśloną przez propagandę w 1949 roku dla uzasadnienia ataków na „reakcyjny kler”. Znów, jak przed laty, mamy naukowców ideologicznie słusznych, oddanych bojowników sprawy i krzewicieli słusznego światopoglądu, a po drugiej stronie – łże-naukowców, lumpen-naukowców, czy co tam jeszcze podpowiada słowotwórcza logika „dobrej zmiany”. Ci pierwsi zasługują na stanowiska, ordery, zaszczyty. A drudzy?

Autor, prof. Piotr Osęka – historyk, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN, autor m.in. książek „Rytuały stalinizmu: oficjalne święta i uroczystości rocznicowe w Polsce 1944–1956″ i „Mydlenie oczu. Przypadki propagandy w Polsce”. Za dokumentowanie historii Marca ’68 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press