Karol Nawrocki pojechał na Węgry, by wspomóc broniącego się przed wyborczą klęską Viktora Orbána. Tego samego dnia zrobili to Marine Le Pen i Matteo Salvini. Prezydent Polski usiłował ominąć ich możliwie szerokim łukiem
Poniedziałkowa (23 marca 2026) wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Budapeszcie pozostaje oczywiście znakiem poparcia prezydenta i jego obozu politycznego dla zagrożonego utratą władzy premiera Węgier Viktora Orbána, będzie to jednak poparcie okazane na pół gwizdka. Program wizyty został okrojony do 4 godzin. Nawrocki spotkał się z Orbánem, ale prezydent Polski i premier Węgier nie wystąpili razem na konferencji prasowej. Nawrocki nie uczestniczył też w zaplanowanym na poniedziałkowe popołudnie wiecu wyborczym, na którym premiera Węgier wsparli inni liderzy europejskiej skrajnej prawicy – jak Marine Le Pen i Matteo Salvini. Nie pojawił się również obok Orbána na wieczornym wiecu Fideszu w Kecksemet. Nieoficjalnie słyszymy, że przedstawiciele węgierskiego rządu bardzo usilnie o to ostatnie zabiegali.
Skończyło się jedynie na okolicznościowej fotce z okazji Dnia Przyjaźni Polsko-Węgierskiej zamieszczonej przez Orbána na Facebooku i opatrzonej frazą „Polak Węgier – dwaj bratanki”.
Niemniej wizyta nie została odwołana – a Nawrocki do Budapesztu pojechał. Inaczej niż w grudniu. Wtedy wizyta prezydenta Polski na Węgrzech została w trybie nagłym anulowana – bo chwilę przed jej planowanym terminem Orbán postanowił się spotkać z dyktatorem Rosji Władimirem Putinem. Ludzie Nawrockiego nie kryli wtedy, że prezydent nie chce pojawiać się w towarzystwie węgierskiego polityka uważanego za największego sojusznika Rosji w Unii Europejskiej.
Teraz zaś kontekst wizyty Nawrockiego w Budapeszcie jest właściwie równie nieciekawy.
W ostatnich dniach dziennikarze „Washington Post” szczegółowo opisali, jak minister spraw zagranicznych Węgier i jeden z najbliższych współpracowników Orbána Peter Szijjarto niemal na żywo relacjonuje telefonicznie swojemu odpowiednikowi z Rosji Siergiejowi Ławrowowi przebieg spotkań i negocjacji toczących się w Brukseli między liderami państw Unii Europejskiej, także tych dotyczących najbardziej wrażliwych tematów. „Podejrzewaliśmy to od dawna. To jeden z powodów, dla których zabieram głos tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne i mówię tylko tyle, ile jest to konieczne” – tak komentował te doniesienia premier Donald Tusk. „Washington Post” przypomniał też, że Szijjarto od momentu rozpoczęcia przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę do dziś zdążył już złożyć łącznie 16 wizyt w Moskwie.
Równolegle dziennikarze „Washington Post” opisali specyficzną rosyjską inicjatywę dotyczącą węgierskich wyborów. Rosjanie mieli mianowicie proponować przeprowadzenie sfingowanego i oczywiście nieudanego „zamachu” na Orbána, który miałby przechylić szalę w wyborach na rzecz lidera Fideszu.
W poniedziałek „Politico” podało, że Węgry zostaną po cichu wykluczone z części ważnych unijnych spotkań. Powodem tego są oczywiście podejrzenia, że węgierscy urzędnicy mogą przekazywać szczegóły prowadzonych w Brukseli rozmów Rosjanom.
Na tym nie koniec nieciekawego kontekstu wizyty Nawrockiego.
W poniedziałek w Budapeszcie odbywa się tak zwane Wielkie Zgromadzenie Patriotów dla Europy – czyli paneuropejskiej koalicji skrajnej prawicy. Ze względu na jawnie prorosyjskie nastawienie właściwie wszystkich jej uczestników koalicja bywa całkiem trafnie nazywana Putinternem. Po Wielkim Zgromadzeniu skrajnie prawicowe gwiazdy wzięły udział w wiecu wyborczym Orbána – w tym wicepremier Włoch i lider Ligi Matteo Salvini oraz szefowa francuskiego Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. „Premier przedstawił wizję suwerennych, dumnych narodów europejskich, Europy jaśniejącej w barwach narodowych i konserwatywnych podczas Zgromadzenia Patriotycznego w Budapeszcie” – tak przedstawiał to proorbanowski portal origo.hu.
Le Pen, Salvini i reszta podali Orbánowi pomocną dłoń w apogeum toczącej się na Węgrzech kampanii wyborczej.
A kampania ta – i to jest właśnie ciąg dalszy kontekstu wizyty Nawrockiego – oparta jest przede wszystkim na figurze Wołodymyra Zełenskiego i Ukrainy jako nieprzejednanych wrogów kochających pokój Węgier. Orbán od miesięcy regularnie oskarża Ukrainę o blokowanie transportu rosyjskiej ropy i gazu dla Węgier uszkodzonym przez Rosjan – a przebiegającym przez Ukrainę – rurociągiem „Przyjaźń”. Stanowi to pretekst do blokowania przez Węgry wielomiliardowej pożyczki, którą na wojenne potrzeby próbuje udzielić Ukrainie Unia Europejska.
Na początku marca rząd Orbána celowo eskalował to napięcie – zatrzymując ekipę ukraińskich konwojentów przewożących przez terytorium Węgier na Ukrainę ogromne kwoty pieniędzy (40 mln dolarów i 35 mln euro) oraz 9 kilogramów złota. Wyprowadziło to z równowagi prezydenta Ukrainy, który rzucił pod adresem dziennikarzy nieco złowrogo brzmiący żart, że jeśli Orbán zablokuje pomoc dla walczącego kraju, on poda jego adres swoim żołnierzom. „Mamy nadzieję, że jedna osoba w Unii Europejskiej nie zablokuje 90 mld lub pierwszej transzy z 90 mld, a ukraińscy żołnierze otrzymają broń, w przeciwnym razie podamy adres tej osoby naszym siłom zbrojnym – niech do niego zadzwonią i porozmawiają z nim w jego języku” – mówił Zełenski.
Na plakatach wyborczych Fideszu porozwieszanych w Budapeszcie i węgierskim interiorze można więc dziś zobaczyć… Wołodymyra Zełenskiego. „Nie pozwól, by to on śmiał się ostatni” – głoszą podpisy.
Ludzie Nawrockiego odżegnali się już – i to bardzo jednoznacznie – od budapesztańskiego spotkania europejskich proputinowskich prawicowych populistów – prezydent Polski nie weźmie udziału ani w nim, ani w towarzyszącym mu wiecu poparcia dla Orbána. W trakcie poniedziałkowego przemyskiego spotkania z prezydentem Węgier, Nawrocki mówił dość kwaśno, że kwestia Rosji dzieli Polskę i Węgry, i że „Polacy kochają Węgrów, ale nienawidzą Władimira Putina, który jest zbrodniarzem wojennym i nikim więcej".
A potem – już całkiem wściekły – zaatakował zadającego mu pytania o kontekst wizyty w Budapeszcie dziennikarza TVN. „Władimir Putin jest zbrodniarzem”, „Pan redaktor się ogarnie i słucha, co mówi prezydent Polski!” – wykrzykiwał Nawrocki.
Zaznaczmy przy tym, że w Przemyślu Nawrocki zajmował się nie tylko krytyką Putina. Wychwalał również Węgry za ich postawę wobec Unii Europejskiej, podkreślał, że uważa rząd Orbána za sojusznika w „oporze przeciwko centralizmowi” i jeśli chodzi o sprzeciw wobec polityki klimatycznej UE.
PiS-owcy nie bardzo już wierzą w możliwość wygrania przez Orbána kwietniowych wyborów. – „Przewaga TISZ-y to średnio jakieś 8-9 punktów procentowych, są sondaże, w których jest dwucyfrowa. Nie wierzę, żeby dało się to odwrócić” – taką refleksją dzieli się z nami jeden z polityków PiS.
Żarliwą wiarę w Orbána wyznają wciąż publicznie natomiast ziobryści – zapewne mając na uwadze przede wszystkim losy chroniących się pod skrzydłami premiera Węgier przed polskim wymiarem sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego. Michał Wójcik, były zastępca Ziobry w resorcie sprawiedliwości, zaczął poniedziałkowy poranek od wygłoszenia w programie publicystycznym TVN24 peanów na temat Orbána. Nazywał go „wybitnym politykiem”, twierdził, że jest pewien, że Orbán wygra wybory i porównywał go z Przemysławem Czarnkiem, świeżo upieczonym kandydatem PiS na premiera. „Przemysław Czarnek będzie premierem Polski, a Viktor Orbán będzie premierem Węgier” – twierdził Wójcik.
Sondaże nie potwierdzają jednak twierdzeń Wójcika. Trafnie przywoływał je jednak nasz cytowany wyżej rozmówca z PiS. Aktualna średnia badań preferencji partyjnej rzeczywiście daje węgierskiej opozycji ok. 8 pkt procentowych przewagi nad Fideszem. Nad Viktorem Orbánem zaczyna unosić się lekko cmentarny zapach, co zapewne jest kolejnym z powodów, dla których świeżo upieczony prezydent Polski nie chciał eksponować swej obecności u boku premiera Węgier.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze