Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz MirysIl. Mateusz Mirys

Ewa Koza: Jakiś czas temu spędziłam popołudnie z dwoma dziesięcioletnimi chłopcami. Zaproponowałam zabawę, w której zlicza się punkty. Jeden się rozpłakał. Zapytałam, o co chodzi? Powiedział, że jest wrażliwy i nie będzie się tak bawił, bo to go stresuje. Opisałam tę sytuację jego rodzicom, usłyszałam, że pewnie podsłuchał ich rozmowę. Chłopiec nie ma diagnozy postawionej przez osobę do tego uprawnioną. Rozglądając się wśród dzieci bliższych i dalszych znajomych, mam poczucie, że niemal każde ma dziś jakąś „etykietkę” – wysoką wrażliwością szafuje się bez opamiętania, ADHD czy spektrum autyzmu też nie są już niczym wyjątkowym. Zastanawia mnie, czemu to służy?

Marta Cieśla*: Nie wiem, czemu to służy. Może temu, że jak mamy szufladki, to łatwiej nam funkcjonować, bo wiemy, w której co powinno leżeć i co zrobić, jak się zachować, gdy wyciągniemy coś z konkretnej.

Pozostaje pytanie, czy to człowiekowi pomaga, czy utrudnia mu życie. Kiedy pomyślę o dziesięciolatku, który boi się przegrać, to wiem, że za tym może stać cała masa przyczyn. To może być jednorazowe, być może akurat dziś nie chce w to grać, może nie lubi tej konkretnej gry, a może chce być zawsze najlepszy, a w tej grze nie ma pewności, czy wygra. A może boi się, co pani o nim pomyśli.

Ważne jest, czy to, co robimy jako rodzice, jako środowisko, w dobrej wierze, wspiera rozwój dziecka, czy jest wręcz przeciwnie. I czy „etykietka”, o której pani mówi, jest czymś, co przykrywa je komunikatem: „Tak jest”, czy to diagnoza, która pokazuje drogę – róbmy tak, żeby dziecku było lepiej i łatwiej, żeby mogło rozwijać się w swoim wzorcu.

Jeśli człowiek, który ma trudności w funkcjonowaniu w społeczeństwie, ma diagnozę postawioną przez osobę do tego uprawnioną, ona pozwala zrozumieć, z czego wynikają jego trudności, i wspierać dziecko w taki sposób, żeby było mu łatwiej. Jeśli nie wiem, że młody człowiek rozwija się w spektrum autyzmu, a on powie: „Okłamałaś mnie. Powiedziałaś, że będziesz o 13.05, a jest 13.08. Nie można się z Tobą umówić. Nie mogę na Tobie polegać”, mogę to uznać za impertynenckie. Jeśli wiem, że rozwija się w spektrum, rozumiem, że on tak odbiera świat. Z czasem będzie się uczył komunikować: „Jak się ze mną umawiasz, to dla mnie bardzo ważne, żebyś była o czasie, bo jest mi trudno, kiedy to się zmienia” albo: „Wiesz, ja mówię czasami rzeczy wprost, ale one nie są złośliwe, są stwierdzeniem faktów”. W takich sytuacjach diagnoza bardzo pomaga.

Dlatego nie jestem przeciwniczką diagnozowania, nie jestem przeciwniczką sprawdzania, o co chodzi. Jeśli dziecko ma trudności, a my staramy się mu pomóc, ale widzimy, że nasze metody nie bardzo skutkują, nie jest mu łatwiej. Nie rozwija się tak, jakby mogło się rozwijać, a my nie wiemy, o co chodzi. Diagnoza służy temu, żeby zadać pytanie, dlaczego dziecku jest trudno i znaleźć na nie odpowiedź. Czasem okazuje się, że to atypowa ścieżka rozwoju, czasem, że zaburzenia lękowe, a czasem jest to sygnał, że coś się dzieje między dorosłymi, a dziecko reaguje tak, jak umie. Jeśli pójdziemy tokiem: „Nie diagnozujmy”, będziemy udawać, że wszystko jest w porządku.

Tyle że za diagnozowanie zabierają się również osoby, które nie mają do tego kompetencji.

Niestety, tak się zdarza. Jestem ogromną przeciwniczką diagnozy typu McDonald's, czyli dziś pytanie, dziś odpowiedź: „Czy to jest autyzm?”, „Tak, to jest autyzm”, „Nie, to nie jest autyzm”, „Czy to ADHD?”, „Tak, to ADHD”, „Nie, to nie ADHD”. Diagnoza powinna uwzględniać cały kontekst. Wbrew temu, co mówią rolki w mediach społecznościowych, nie ma ani jednego zachowania, które jest typowo autystycznym czy wynikającym z ADHD. Ważna jest skala. Ważne, czy konkretne zachowanie sprawia mi trudność albo cierpienie.

Neuroatypowość nie jest usprawiedliwieniem, ale wyjaśnieniem, dlaczego tak mam. I ja, jako osoba dorosła, biorę odpowiedzialność za własne funkcjonowanie, a dzięki diagnozie uczę się, jak zarządzać swoimi objawami, jakie strategie wprowadzić lub w jaki sposób wskazywać na przyczyny swoich zachowań, żeby nie krzywdzić innych.

Mówię na przykład: „Słuchaj, jestem w spektrum autyzmu, mam nadwrażliwość na zapachy. Jak wchodzę do kuchni, w której jesz coś bardzo aromatycznego, pewnie mam nieciekawą minę. Pamiętaj, proszę, to nie jest o tobie”.

Atypowe zachowania mogą budzić dyskomfort otoczenia. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że ma być równo. Pod linijkę. Takie są zasady, tak robimy, zawsze tak było, więc kiedy przychodzi ktoś, kto mówi: „Potrzebuję inaczej”, w pierwszym odruchu pojawia się myśl: „Ale ja nie mogę inaczej”. Nawet nie sprawdzam, zakładam, że nie mogę.

Wczoraj prowadziłam w przedszkolu szkolenie z zakresu neuroróżnorodności, w trakcie którego pojawił się temat dostosowań. Na przykład, jak rozmawiać z dziećmi o tym, że jedno z nich siedząc w kręgu, ma poduszkę i może się na niej bujać.

Głównym pytaniem jest, dlaczego inne dzieci nie mogą mieć poduszki? Przez pierwsze dwa tygodnie każde będzie ją chciało, ale po pewnym czasie te, które jej nie potrzebują, nie będą się o nią upominać, bo okaże się, że nie można nią rzucać, turlać czy robić innych rzeczy, tylko na niej siedzieć.

Czym jest neuroatypowość?

Zacznijmy szerzej, od neuroróżnorodności. Ona mówi o tym, że mamy różne mózgi i różne układy nerwowe. Neuroatypowość o tym, że czasami mózg i układ nerwowy kształtują się w alternatywnej ścieżce rozwoju.

Załóżmy, że umysł większości ludzi jest jak pies. Można do niego powiedzieć: „Siad”, „Daj łapę”, „Skup się”, „Wystaw fakturę”, „Zrób notatkę”, a on – lepiej lub gorzej – podlega tresurze i raczej robi to, co do niego należy. Ale jeśli mam ADHD, mam w głowie królika, więc komunikat: „Siad”, „Daj łapę”, „Skup się”, „Wystaw fakturę”, „Zrób notatkę”, nie działa. Muszę zrozumieć, że królik idzie za nowym, ciekawym i za szybką nagrodą. Więc okej, zrobię notatkę, ale tym razem lewą ręką, zrobię listę, ale kolorowymi długopisami – to jest nowe i ciekawe. Wystawię fakturę i pójdę zrobić sobie kawę albo zadzwonię do przyjaciółki – to szybka nagroda, której królik potrzebuje, żeby działać.

Same cechy psa i królika nie są ani dobre, ani złe – na tym polega zrozumienie neuroróżnorodności. Kłopot powstaje na styku z otoczeniem. To, że ważne jest dla mnie nowe, ciekawe i dające szybką nagrodę, nie jest niczym złym, ale to sprawia, że unikam wysiłku umysłowego, w klasycznym rozumieniu, i że muszę się inaczej do niego zachęcać. Niejako wydeptywać dodatkowe ścieżki, szukać innych strategii, żeby funkcjonować w społeczeństwie.

Będę pisać sprawozdania, wystawiać faktury, wkładać naczynia do zmywarki, pod warunkiem że dogadam się z moim umysłem i układem nerwowym i sprawię, żeby to było nowe, ciekawe albo żeby po wykonaniu zadania była szybka nagroda. Jeśli robię coś, co jest nudne i żmudne, jest mi bardzo trudno.

Jak dzień po dniu wkładać naczynia do zmywarki tak, żeby to było nowe i ciekawe?

Dzisiaj włączę sobie ulubioną piosenkę, następnego dnia wstawię tylko trzy kubki i sprawdzę, czy się zaangażuję. Innego dnia zaraz po włączeniu zmywarki, napiszę do przyjaciółki, że to zrobiłam. A kolejnego sprawdzę, czy jeśli ustawię talerze odwrotnie, będą lepiej umyte, bo widziałam taki filmik w mediach społecznościowych.

Słuchając pani, zastanawiam się, czy nie zużyłabym całej energii na wymyślanie scenografii, czy miałabym jeszcze siłę na wykonanie konkretnej czynności.

Dla osób o typowej ścieżce rozwoju włożenie dziesięciu kubków do zmywarki nie jest warte tego, czego potrzebuje królik osoby z ADHD, żeby wykonać takie zadanie. Wiele osób dorosłych z ADHD też przyznaje, że nieustanne zachęcanie swojego mózgu do działania jest wyczerpujące. Strategie, które na ten moment były nowe i ciekawe, po chwili są już znane, czyli nudne. Niedawno usłyszałam od pacjentki: „Pani Marto, codziennie muszę zrobić ćwiczenia nogi. Dłużej schodzi mi na wymyślaniu, jak zrobię to dzisiaj, niż na wykonaniu ćwiczenia, które zajmuje dwie minuty”. Ale jej królik tego wymaga. Cały kłopot polega na tym, że przy założeniu, że wszyscy mamy w głowie psy, osoby, które mają króliki, szybciej kończą edukację – osiągają niższe wykształcenie niż można by się spodziewać po ich możliwościach intelektualnych – mają niższą jakość życia i pracują nie rozwijając całego potencjału. Występuje u nich również wyższe ryzyko przestępczości – jeśli świat nie rozumie, jak działam, jeśli nieustająco otrzymuję negatywne informacje zwrotne, łatwo mogę znaleźć środowisko, które uzna moje cechy za pomocne.

Jeśli mam w głowie królika, nieustannie słyszę, że nie mogę się skupić, nie mogę czegoś zrobić, nie nadaję się, nie dotrzymuję terminów. Mam napisać pracę magisterską albo wypracowanie, ale to jest długie, nudne i żmudne. A jeśli nikt mi nigdy nie powiedział, że mogę mieć w głowie nie psa, a królika i że muszę zachęcać swój układ nerwowy do nudnej i żmudnej pracy, to nie będę robić rzeczy zgodnie z oczekiwaną normą rozwojową.

Czym ona jest?

Norma rozwojowa mówi o tym, ile czasu powinno skupić się na konkretnej czynności dziecko w wieku lat trzech albo pięciu. Jakie działanie, jaki rodzaj budowania relacji jest adekwatny dla dzieci w wieku lat pięciu, dziesięciu czy piętnastu. I co jest typowe, czyli, co robi większość młodych dorosłych w wieku lat dwudziestu. Jak buduje relacje. Norma rozwojowa jest nie mniej, nie więcej tylko tym, co najczęściej robi większość z nas w danym okresie. W jaki sposób wykonuje konkretne zadanie lub osiąga jakąś umiejętność. To bardzo ważne dla zrozumienia neuroatypowości. Norma pozwala zobaczyć, w których miejscach rozwój przebiega inaczej.

Typowe dla dzieci w wieku trzech lat jest to, że bawią się równolegle obok siebie i nikt się nie spodziewa, że będą bawić się razem. Dla wielu osób w spektrum autyzmu zabawa równoległa, a w kolejnych etapach życia równoległe bycie razem – ty grasz na konsoli, a ja sobie czytam książkę – jest równie satysfakcjonujące, jak dla osób typowo rozwijających się plotkowanie czy dyskutowanie o czymś interesującym. To alternatywny sposób budowania relacji.

Poznaję coraz więcej osób w wieku średnim, które szukają pomocy, bo zdiagnozowano im już wszelkie możliwe zaburzenia psychiczne, ale nikomu nie przyszło do głowy, że czterdziesto- czy pięćdziesięcioletni człowiek, który bez końca mierzy się z tymi samymi trudnościami, jest osobą neuroatypową.

ADHD bardzo długo uznawano za zaburzenie wieku dziecięcego – zajmowali się tym psychiatrzy dzieci i młodzieży. Problem pojawiał się w momencie, w którym młody człowiek kończył osiemnaście lat. Jeszcze kilkanaście lat temu mówiliśmy rodzicom: „Teraz jest trudno, potem będzie dojrzewanie, więc będzie jeszcze trudniej, ale pocieszające jest to, że ze zdecydowanej większości objawów się wyrasta”.

Dzisiaj wiemy, że nie tyle się z nich wyrasta, co one fluktuują w czasie. W momencie, w którym ADHD mogłoby być zdiagnozowane u młodych dorosłych, oni mogli być już po wielu latach farmako- i psychoterapii, więc objawy nie były łatwe do zauważenia. Tematu ADHD u dorosłych do dziś nie ma w programie specjalizacji lekarzy.

Spektrum autyzmu to jeszcze bardziej skomplikowany problem. Jest kolosalna różnica w tym, jak je postrzegano piętnaście czy dwadzieścia lat temu, i tym, jak jest rozumiane dziś. Diametralnie zmieniły się kryteria diagnostyczne. W ADHD mamy kosmetyczne korekty, ale koncept trzyma się ten sam. Wiedza na temat spektrum zmieniła się diametralnie. Kiedyś mówiono wyłącznie o autyzmie dziecięcym. Dziecko za szybą bez kontaktu, często z towarzyszącą niepełnosprawnością intelektualną – tak go obrazowano.

Dziś rozumiemy spektrum autyzmu dużo szerzej. To nie „obraz”, tylko określony profil funkcjonowania, który obejmuje dwa główne obszary. Pierwszy dotyczy relacji i komunikacji społecznej, czyli tego, jak rozumiemy innych ludzi, ich intencje, emocje i zasady bycia razem. Drugi to sztywność wzorców myślenia i zachowania – na przykład wyrażonych w komunikacie: „Dwie po piątej, to nie jest piąta. Oszukałaś mnie” – oraz atypowe zachowania sensoryczne, gdy codzienne bodźce są odbierane jako zbyt intensywne albo przeciwnie – zbyt słabe.

Kiedy studiowałam, popularnym tematem było badanie rodziców dzieci autystycznych. Okazywało się, że pewne cechy zachowań autystycznych były u nich dostrzegalne, tyle że w nasileniu niewystarczającym do postawienia diagnozy. Mówiło się wówczas o szerokim fenotypie autyzmu, czyli sytuacji, w której cechy są zauważalne, ale trochę rozmyte. Ci ludzie funkcjonują w społeczeństwie, tyle że mają specyficzne przyzwyczajenia, zainteresowania, mówią, co myślą, co nie zawsze spotyka się z dobrym odbiorem społecznym, i mają mniejsze grupy znajomych. Z czasem okazało się, że te cechy mieszczą się w dzisiejszym rozumieniu zaburzeń ze spektrum autyzmu.

Jak usłyszałam od znajomej: „Pozytywnym myśleniem jeszcze nikt sobie neuronów nie poprzestawiał”. Jest po pięćdziesiątce, po dwudziestu latach szukania pomocy usłyszała, że jest osobą neuroatypową. Przez dwie dekady postawiono jej szereg diagnoz, w tym: zaburzenia lękowe, zaburzenia depresyjne, zaburzenia osobowości, choroba dwubiegunowa. Miała pecha?

Czerwoną flagą w diagnozowaniu neuroatypowości są nawracające zaburzenia depresyjne. Kolejny lek, kolejna psychoterapia – przez chwilę jest lepiej, ale problem powraca. To, niestety, bardzo charakterystyczna ścieżka, czyli trwające latami szukanie pomocy, otrzymywanie kolejnych diagnoz, sprawdzanie skuteczności kolejnych leków, korzystanie z różnych form terapii, a człowiek cały czas ma poczucie, że nie o to chodzi.

Sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, ponieważ ADHD czy spektrum autyzmu w wieku dorosłym bardzo rzadko jest czystym ADHD czy spektrum autyzmu. Przez to, że ktoś ciągle słyszał, że jest nie taki, jak powinien, i ma bazę biologiczną, która daje do tego predyspozycje, bardzo często rozwija zaburzenia towarzyszące – zaburzenia lękowe, zaburzenia depresyjne, zaburzenia osobowości, uzależnienia, zaburzenia kompulsywne, a to mocno utrudnia diagnozę.

Bardzo ważne jest szukanie przyczyny, dlaczego pacjent tak się – potocznie mówiąc – „źle leczy”? Dlaczego oddziaływania, które spodziewalibyśmy się, że zadziałają, nie działają – to zadanie specjalistów zdrowia psychicznego. Niestety, to typowa ścieżka diagnozowania neuroatypowości, szczególnie u kobiet.

Dlaczego u kobiet?

Kobiety i dziewczynki częściej maskują objawy. Dziś dużo się zmienia w kwestii wychowywania dzieci, ale w naszym pokoleniu dziewczynki były zdecydowanie bardziej niż chłopcy trenowane do bycia grzecznymi. Uczono nas, że pewnych rzeczy nam nie wolno, więc, zamiast wiercić się, przerywać rozmowę, zaczynam monolog we własnej głowie: „Dobra, Marta, nie gadaj, nie wierć się. Trzymaj się, pilnuj się”. W ten sposób objawy chowamy w sobie. Albo w obawie o to, że coś zgubię, że ktoś znowu mnie upomni, zaczynam wielokrotnie wszystko sprawdzać, w ten sposób – lękiem – trzymam objawy. Nie widać ich, dopóki się nie wywrócę, dopóki nie doświadczę kryzysu zdrowia psychicznego.

Dochodzą jeszcze zmiany hormonalne. Pierwszy pik mamy w okresie dojrzewania, drugi jest związany z okresem ciąży, porodu i połogu, kiedy deregulacja hormonalna sprawia, że objawy są wzmożone, jest większe ryzyko rozwoju depresji poporodowej i szereg innych wyzwań, trzeci w okresie okołomenopauzalnym – ten mocno celuje w takie parametry jak koncentracja, pamięć, uwaga, impulsywność. Kobieta „dawała radę”, cisnęła, ale biologicznie przychodzi moment, w którym wypracowane strategie nie wystarczają i objawy robią się coraz bardziej wyraźne.

Żyjemy w tej samej przestrzeni. Wokół młodych chodzimy na paluszkach, bo oni mają diagnozę, co bywa rozumiane jako taryfa ulgowa. Osoby w wieku średnim i senioralnym zwykle jej nie mają, ale mogą mieć te same problemy z funkcjonowaniem w społeczeństwie. Tymczasem słyszą, że są dziwne, trudne, gburowate, konfliktowe, aspołeczne, nieuprzejme. Brak diagnozy nie zmienia faktu, że cierpią – zamknięte, odizolowane, wyśmiewane, czasem wręcz wytykane palcami. Jak to zmienić?

Musimy wyjść od tego, że ADHD i spektrum autyzmu mają silne podłoże biologiczne i wysoką dziedziczność. Diagnoza dziecka bywa początkiem rozumienia całego systemu rodzinnego – również historii, które wcześniej nie miały swojej nazwy.

Łatwiej przychodzi nam zrozumienie, że dziecko ma specjalne zainteresowanie i wciąż od nowa opowiada o grzybach, niż to, że babcia ma specjalne zainteresowania i żyje teoriami spiskowymi. Dziecku mówimy, że grzyby są bardzo interesujące, ale czasem trudno wytrzymać, gdy babcia po raz trzydziesty opowiada, że szczepionki nas otrują. Jeśli dziecko się upiera, żebyśmy ułożyli sztućce w określonej kolejności – żaden problem, układamy. Ale jeśli tata-senior upiera się, że musi jeść konkretną łyżką: „A gdzie moja łyżka? Zawsze nią jadłem, tą jeść nie będę!”, nie zawsze wystarczy nam cierpliwości do szukania jego ulubionego sztućca.

Takie zachowanie nie musi być objawem neuroatypowości, ono może wynikać z przywiązania do pewnych schematów myślenia lub trudności w odbiorze rzeczywistości. Objawy są te same – zmienia się to, jak je postrzegamy. To, w czym czasem widzimy upór, może wynikać z czegoś zupełnie innego.

Takie, szerokie myślenie o innych i o przyczynach ich zachowań ma wady i zalety. Nasz mózg kocha uproszczenia, wszyscy wpadamy w pewne pułapki. Gdybyśmy mieli za każdym razem analizować sytuację, nie moglibyśmy funkcjonować. Dlatego warto skoncentrować się na tym, jak stwarzać świat, w którym wszystkim będzie łatwiej. Osoby autystyczne często mają inny próg wytrzymałości na dźwięki, zapachy, światło, ale hałas i nadmiar bodźców męczy również wiele typowo rozwijających się osób, tyle że one nie zawsze na bieżąco to zauważają.

Jak zacząć tworzyć taki świat?

Od najprostszych rzeczy, od organizacji przestrzeni.

Czy mam dziesięć, czy siedemdziesiąt lat, lepiej funkcjonuję, gdy w moim otoczeniu jest ciszej. Dobrze wygłuszone mieszkania służą wszystkim. Jasne procedury, czytelny język pism urzędowych, sprawnie działające punkty informacyjne – to rzeczy, które sprzyjają nie tylko osobom neuroatypowym. Tyle że osobom w spektrum, które mają silną potrzebę przewidywalności, i osobom z krótką pamięcią roboczą charakterystyczną dla ADHD, są niezbędne.

Bez trudu można znaleźć ekspertki i ekspertów zajmujących się diagnozowaniem neuroatypowości i psychoterapią dzieci, nastolatków i młodych dorosłych. Dla osób w wieku średnim i starszych jest ich zdecydowanie mniej. Dlaczego?

To wynika z systemu kształcenia psychiatrów i psychoterapeutów. Nie wszystkie szkoły psychoterapii mają w swoim programie neuroróżnorodność, neuroatypowość. Zaburzeń neurorozwojowych nadal nie ma w programie specjalizacji lekarzy psychiatrów.

Uzyskanie diagnozy o zaburzeniach neurorozwojowych – czyli spektrum autyzmu czy ADHD – jest dostępne w ramach środków publicznych, również dla osób dorosłych, ale zwykle nie jest to procedura łatwa ani szybka do zrealizowania.

W ramach prywatnej ochrony zdrowia również nie jest łatwo znaleźć specjalistów, którzy będą adekwatnie wspierać i leczyć dorosłe osoby neuroatypowe. Ten temat się rozwija, jest olbrzymie zapotrzebowanie na szkolenia dla lekarzy, psychologów, terapeutów, diagnostów. To ogromny rynek. Specjalistów będzie więcej. Jaka będzie jakość ich usług – tego się dowiemy. Wiemy natomiast, że neuroatypowość jest tematem, którego brakuje w kształceniu specjalistów zdrowia psychicznego.

Autyzm u dorosłych był do niedawna rozumiany jako brak samodzielności, często łączono go z niepełnosprawnością intelektualną. Widziano go jedynie u osób, które potrzebują warsztatów terapii zajęciowej. Podejrzewanie go u tych, które pracują w korporacjach, szkołach czy instytucjach państwowych, nie mieściło się w głowie.

Dzieci mogą być diagnozowane w poradniach psychologiczno-pedagogicznych, poradniach zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży oraz środowiskowych centrach zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Jeśli mowa o osobach dorosłych, niestety, nie mamy pewności, czy psychiatra lub psychoterapeuta, do którego się zgłosimy – tak w ramach państwowej, jak i prywatnej ochrony zdrowia – będzie miał wiedzę z zakresu neuroróżnorodności. Specjalista musi włożyć wysiłek, żeby go zgłębić w ramach szkoleń, kursów i konferencji.

Żeby zdiagnozować ADHD czy spektrum autyzmu, muszę przeprowadzić wywiad rozwojowy, czyli zapytać, jak przebiegał rozwój w dzieciństwie, żeby wiedzieć, czy zachowania, o których ktoś mówi, były w normie czy poza nią. Jeśli nie jestem specjalistką zdrowia psychicznego, czyli psychiatrką lub psycholożką, skąd mam wiedzieć, czy pewnych zachowań było za dużo, czy adekwatnie dla typowego rozwoju? I ile to jest za dużo?

Do postawienia dobrej diagnozy – a później wybrania odpowiedniej metody leczenia czy wspierania – niezbędna jest szeroka wiedza z zakresu psychologii rozwojowej, psychopatologii czy psychiatrii. Osoba, która przez dwadzieścia lat pracowała w dziale finansów dużej korporacji albo była archeologiem, a potem zrobiła czteroletnie szkolenie psychoterapeutyczne, nie będzie jej miała. To ogromne zagrożenie dla osób szukających profesjonalnej pomocy.

Marta Cieśla – psycholożka, psychoedukatorka, certyfikowana psychoterapeutka poznawczo-behawioralna, członkini Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Specjalizuje się w pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi w obszarze neuroróżnorodności, w szczególności ADHD i spektrum autyzmu. Terapeutycznie związana z Kliniką USWPS. Prowadzi diagnostykę oraz psychoterapię poznawczo-behawioralną. Współtworzy Akademię Różnorodności – przestrzeń szkoleniową dla profesjonalistów. Prowadzi profil psychoedukacyjny na Instagramie: @marta.ciesla_esperi.

Na zdjęciu Ewa Koza
Ewa Koza

Ekonomistka, psycholożka biznesu, redaktorka – związana z mediami od 2013 roku. Pisze o aspektach zdrowotnych i społecznych, z naciskiem na prawa człowieka, zdrowie psychiczne osób małoletnich i wszelkie przejawy przemocy w relacjach skośnych – zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Autorka książki "Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów".

Komentarze