„Nie chcę się bać chodzić po moim mieście, ale za każdym razem, gdy mijam na ulicy osobę w koszulce z przerobionym godłem, to w głowie zapala mi się lampka kontrolna. To nie jest normalne, że symbole narodowe budzą we mnie lęk”. "Mając w pamięci bestialskie sceny polowania, które odbywały się na ulicach w sobotę, ciężko nie brać tego do siebie"

Jakub: „Gdy w niedzielę 21 lipca, dzień po marszu, na placu NZS zobaczyłem potłuczone szkło i petardy, coś mnie ścisnęło w brzuchu. Przed oczami przeleciały mi sceny dnia poprzedniego. Później, gdy znów przez niego przechodziłem, jechał za mną samochód. „Ej, ty” – krzyczeli przez opuszczoną szybę. Ignorowałem ich, ale podjechali ponownie.

»Nie gniewaj się za Białystok« – rzucili”.

OKO.press rozmawia z Katarzyną Rosińską i Jakubem Przybyszem – współorganizatorami pierwszego Marszu Równości w Białymstoku.



Anton Ambroziak, OKO.pressPierwsza scena, która nie chce wyjść mi z głowy, to moment, gdy na płytę placu NZS w Białymstoku wchodzi dziewczyna odziana w tęczową flagę. Kilkusetosobowy tłum podrywa się do krzyku „Wypierdalać” i „Nie przejdziecie”. Na płytę zaczynają lecieć petardy. Seriami, w odstępie kilku sekund. Ktoś mi powiedział: marsz nie ruszy. Bałem się, czy my stąd w ogóle wyjdziemy? Do teraz nie mam pojęcia, jak to się stało, że zamknięci w klinczu, niedostatecznie ochraniani przez policję w ogóle ruszyliśmy. 

Jakub: Też pamiętam głównie dużo strachu. Gdy wszedłem na plac uniwersytecki, z którego mieliśmy ruszyć, byłem w szoku. Policja obiecała, że w ciągu 15 minut zrobi bezpieczne przejścia i usunie kontrmanifestantów. A co się stało, to wszyscy wiemy.

Funkcjonariusze policji pozwolili na to, by ze wzniesień, chodników i płyty powstała arena, na której my, uczestnicy Marszu Równości staliśmy się obiektem ataku. Z prowizorycznych „trybun” poleciały petardy, kamienie, szklane butelki. Nie można tego nazwać inaczej niż lincz.

Przyjaciele z Lublina, gdy tylko weszli na plac NZS zostali obrzuceni petardami.

Protestujący za cel obrali koleżankę o ograniczonej sprawności – poruszała się się na wózku. Pod koła rzucali jej petardy – jedna za drugą.

Kasia: Nie miałam czasu, żeby cokolwiek pomyśleć. Musiałam działać – w kryzysowej sytuacji. Byłam cały czas na łączach z przedstawicielem urzędu i dowódcą policji.

O trasie rozmawialiśmy wiele razy, ale na miejscu funkcjonariusze sobie nie poradzili. Nie miałam nawet sprzętu nagłaśniającego, który umożliwiłby mi przekazywanie podstawowych komunikatów. Dlatego Marsz nie miał oficjalnego otwarcia, a ludzie nie wiedzieli co się dzieje.

Jakub: Platformy muzyczne, które miały podjechać, zostały zablokowane przez kontrmanifestantów na wysokości Teatru Lalek. Ci, którzy chcieli wejść na plac, byli odcięci przez kordony policji. To policjanci nie wpuszczali ich na plac i narazili na bezpośrednie akty agresji ze strony kontrmanifestantów. Właśnie dlatego na płycie było nas niewiele, dlatego ludzie byli tacy przerażeni; dlatego panował tak wielki chaos.

Na początku – chyba jak wszyscy – byłem zagubiony. W którymś momencie podeszła do mnie Julka Maciocha [organizatorka warszawskiej Parady Równości]. Przytuliła. Wzięła moją twarz między dłonie i powiedziała: Spokojnie, wszystko będzie dobrze.

Wokół widziałem dużo zapłakanych osób.

Ktoś zaczął intonować pierwsze hasła: „Damy radę” i „Kochać wszystkich, nie oszczędzać nikogo”.

Kasia: Podchodziły osoby z pytaniem, czy rozwiążę marsz? Brałam to pod uwagę, ale w tamtej sytuacji wydawało mi się to złą decyzją. Byliśmy szczelnie otoczeni przez kilkuset agresywnych chuliganów. Nie było nawet jak się ewakuować. Policja – bez konsultacji ze mną – podjęła decyzję, że skoro zostałam pouczona o prawach i obowiązkach, to marsz się rozpoczął i trzeba zacząć się przemieszczać.

Jakub: W końcu ruszyliśmy: jeden przy drugim. Trzymając się za ręce. Obok tłumy nienawistników wykrzykujących eksterminacyjne hasła.

Na ul. Linarskiego zobaczyłem mężczyznę w policyjnym kordonie. W dłoniach trzymał ikonę. Poczułem wściekłość. Dlaczego to jego policja otoczyła opieką? Dlaczego bronili go przed pokojową manifestacją, podczas gdy uczestnicy Marszu Równości byli pozostawieni sami sobie?

Kasia: Jeszcze zanim dołączyły platformy z muzyką, ludzie sami zaczęli skandować hasła. Chcieli choć na chwilę zagłuszyć kontrmanifestantów. To był wyraz heroicznej odwagi, by przy takim poziomie przerażenia i dezorientacji, mieć siłę do samoorganizacji. Wtedy pierwszy raz poczułam olbrzymią moc.

Jakub obserwował Marsz z platformy, na której spontanicznie został wodzirejem. Ty miałaś cały czas oko na przód marszu. Nie przerażały cię sceny, które rozgrywały się za kordonem policji? 

Kasia: Tam przynajmniej miałam pewność, że Marsz jest zabezpieczony. Z tyłu marszu cały czas płynęły informacje, że kordon jest nieszczelny i brakuje funkcjonariuszy. Byłam tak bezsilna, że aż nakrzyczałam na dowódcę: „Dlaczego nic nie robicie, żeby nas bezpiecznie przeprowadzić?”.

Kątem oka widziałam też zabawę i masę uśmiechniętych osób. Gdy zobaczyłam banery na platformie – Tęczowy Białystok i Pierwszy Marsz Równości w Białymstoku – oczy zaszły mi łzami. Byłam dumna z tego, że z taką determinacją walczymy o swoje prawa.

Gdy wsiadaliśmy po marszu do auta w kierunku Warszawy, towarzyszyła nam myśl: co z osobami które zostają? Jaki dla Was jest Białystok po 20 lipca? 

Jakub: Szczerze? Gdy w niedzielę, 21 lipca, na placu NZS zobaczyłem potłuczone szkło i petardy, coś mnie ścisnęło w brzuchu. Przed oczami przeleciały mi sceny dnia poprzedniego. Później, gdy znów przez niego przechodziłem, jechał za mną samochód. „Ej, ty” – krzyczeli przez opuszczoną szybę. Ignorowałem ich, ale podjechali ponownie. „Nie gniewaj się za Białystok” – rzucili i odjechali.

Nigdy nie przepadałem za tym placem. Wzniesiony na zasypanym cmentarzu żydowskim, w sąsiedztwie byłej siedziby Partii Komunistycznej. Dziś nosi wolnościową nazwę, ale nie ma w sobie nic z prawdziwego buntu. Po sobocie kojarzy mi się jeszcze gorzej.

Boisz się?

Jakub: Nie chcę się bać, ale za każdym razem, gdy mijam na ulicy osobę w koszulce z przerobionym godłem, to w głowie zapala się lampka kontrolna. To nie jest normalne, że symbole narodowe budzą we mnie lęk.

Tuż po marszu na stronie „stadionowi oprawcy” pojawiła się informacja, że będą publikowane zdjęcia z wizerunkami organizatorów marszu i urządzane łapanki. Komunikat szybko zniknął, ale mając w pamięci bestialskie sceny polowania, które odbywały się na ulicach w sobotę, ciężko nie brać tego do siebie.

Kasia: A ja nie wiem, jak się czuję. Mam w sobie dużo emocji. Jeszcze szacuję jak ocenić zagrożenie związane ze swobodnym poruszaniem się po mieście. Muszę dać sobie czas. Inaczej czułam się w niedzielę, inaczej czuję się dziś i na pewno inaczej będę czuła się za tydzień.

Na pewno jestem dumna, że udało nam się przejść. I chyba czuję się zmobilizowana, żeby zabierać głos obywatelski w przestrzeni publicznej. Prędzej czy później otrząśniemy się z tego, co się tu stało, ale za tym muszą iść konkretne działania.

Jakub: Przede wszystkim nie ma zgody na to, żeby politycy na szczeblu lokalnym i centralnym na nas szczuli. Tak samo, jak i Kościół katolicki czy organizacje takie jak „Pro – Prawo do Życia”, „Ordo Iuris”.

Przecież te organizacje od miesięcy rozkładały swoje stanowiska pod stadionami, a z głośników wydobywały się właśnie hasła: „Gej to pedofil”, „Gwałcą wasze dzieci”.

Demonizowanie jednej grupy ludzi przez osoby, które posiadają autorytet, podnosi poziom uprzedzeń i ośmiela do przemocy.

A jak odbieracie akty wsparcia? Lewica 28 lipca organizuje marsz przeciwko przemocy. W sieci uruchomiono zbiórki pieniędzy na organizacje LGBT – w tym zbiórkę Akcji Demokracji  bezpośrednio na białostocki marsz, która przekroczyła właśnie 80 tys. zł. 

Kasia: Marsz jest niepotrzebny. Będę to w kółko potarzać: właściwe wydarzenie już się odbyło, a to, że nie było na nim polityków, to inna sprawa. Marsz przeciwko nienawiści przeszedł przez Białystok 20 lipca. Koniec kropka.

Zasięg zbiórki przekracza nasze najśmielsze oczekiwania. A pieniądze są nam potrzebne, bo to my – organizacje społeczne – wyręczamy samorządy i państwo. Dzięki tej zbiórce możemy pomyśleć o uruchomieniu lokalnego telefonu zaufania, prowadzeniu wsparcia psychologicznego i działalności kulturalnej.

Chcecie mi powiedzieć, że po tym wszystkim zorganizowalibyście w Białymstoku tęczowy pokaz filmowy?

Jakub: Może nie w tym tygodniu, może nie w następnym. Ale we wrześniu? Dlaczego nie? Musimy prowadzić jak najwięcej działań edukacyjnych i antydyskryminacyjnych. Tyle że nie możemy tego robić sami.

Do tej pory nie byliśmy mile widziani w lokalnych instytucjach kultury, bo temat był „zbyt polityczny”. To najwyższy czas, żeby samorząd i lokalni aktywiści ramię w ramię z nami tworzyli przestrzeń do bezpiecznej debaty. A w konsekwencji, do tworzenia szerokich działań antydyskryminacyjnych w mieście.

Z radością przywitalibyśmy pomysł stworzenia np. Rady ds. Równego Traktowania.

Czego teraz potrzebujecie? 

Kasia: Wsparcia prawnego i psychologicznego, ale najbardziej to czasu. Czasu, żeby się otrząsnąć, odpocząć, ale też żeby sobie wzajemnie w ramach organizacji „Tęczowy Białystok” po ludzku podziękować.


Zdjęcia: Agata Kubis dla OKO.press. Więcej zdjęć z Marszu znajdziesz tutaj


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press