0:00
0:00

0:00

Podczas gdy prawica próbuje hospicjami perinatalnymi i "pokojami do wypłakania" pocieszyć kobiety, którym odebrała prawo do aborcji ze względu na wady płodu, Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak dziś wygląda opieka nad pacjentkami po poronieniach i martwych urodzeniach.

W takiej sytuacji znalazło się lub znajdzie wiele kobiet. Według danych NIK w Polsce wminionych latach ok. 1700 kobiet każdego roku rodziło martwe dziecko, a u ok. 40 tys. kobiet ciąża kończyła się poronieniem. Szacuje się, że poronieniem kończy się około 10-15 proc. wszystkich ciąż.

Kontrola, którą objęto 37 szpitali z siedmiu województw, nie przyniosła optymistycznych rezultatów. Zdaniem NIK kobietom w tak szczególnej sytuacji nie zapewnia się prawidłowej i wystarczającej opieki, a personel nie zawsze jest przygotowany do wspomagania ich w trudnym momencie.

„Wyniki raportu nas nie dziwią” – mówi OKO.press Joanna Pietrusiewicz, prezeska Fundacji Rodzić Po Ludzku. „Dopóki ministerstwo nie weźmie odpowiedzialności za monitorowanie i kontrolowanie przestrzegania praw tych kobiet, nic się nie zmieni".

Teoria

Zgodnie z wytycznymi ministerstwa zdrowia z 2018 roku, pacjentka w przypadku rozpoznania ciężkiej choroby lub wady dziecka, poronienia lub martwego porodu, powinna:

  • mieć czas na to, żeby oswoić się z informacją;
  • mieć możliwość szybkiego skorzystania z pomocy psychologicznej, kontaktu z duchownym jej wyznania oraz wsparcia ze strony bliskiej osoby;
  • zostać odseparowana od kobiet, które oczekują lub urodziły zdrowe dziecko;
  • możliwość pożegnania się ze zmarłym dzieckiem w towarzystwie bliskich;
  • być traktowana z szacunkiem;
  • mieć zapewnioną opiekę laktacyjną.

Kobieta musi również otrzymać wyczerpujące informacje dotyczące jej stanu zdrowia, przysługujących jej praw, możliwości uzyskania dalszego wsparcia psychologicznego, miejsc i organizacji udzielających wsparcia i możliwości pochówku. Do tych wszystkich informacji i gwarancji kobieta ma prawo.

"Oczywiście pomysłów na to, co jeszcze mogłoby się znaleźć w przepisach, żeby poprawić sytuację kobiet jest mnóstwo, ale gdyby tylko aktualne rozporządzenie faktycznie działało, sytuacja byłaby dobra" - mówi Pietrusiewicz. Ale nie działa.

Nie płacz, urodzisz inne

Jak wynika z kontroli NIK wobec kobiet, które poroniły lub urodziły martwe dziecko, szpitale często ograniczały się wyłącznie do pomocy medycznej. "Dyrektorzy szpitali, a także personel medyczny nie zawsze dostrzegali specyfikę opieki nad takimi pacjentkami" - pisze NIK. "Personel medyczny często po prostu nie potrafił z nimi rozmawiać".

Zdaniem Fundacji w wielu miejscach personel medyczny nie daje kobietom przestrzeni na płacz czy okazywanie emocji takich jak płacz. "Trzęsłam się że strachu o dziecko, a lekarka niewiele przebierając w słowach zaczęła na mnie krzyczeć, że mam się nie trząść" - relacjonowała w liście do Fundacji Rodzić po Ludzku jedna z kobiet. "Usłyszałam płacząc, że jeszcze na pewno urodzę z 2 dzieci i żebym nie płakała" - napisała druga.

W skargach do Fundacji Rodzić Po Ludzku kobiety określały postawę personelu jako nieuprzejmą, arogancką, oziębłą i ignorującą. "Wiele kobiet zwracało uwagę na fakt, że dawano im odczuć, że są gorsze, ponieważ nie urodzą zdrowego dziecka, a tym samym są mniej wartościowe dla społeczeństwa" - czytamy w piśmie Fundacji do NIK. Pacjentki mówiły też o poczuciu porzucenia.

"W wielu przypadkach z powodu braku odpowiedniej opieki medycznej środki wywołujące poronienie były podawane w zbyt odległych odstępach czasu niż to powinno mieć miejsce zgodnie z procedurą medyczną, przez co bolesny proces oczekiwania na urodzenie martwego płodu wydłużał się, niejednokrotnie nawet do kilku dni. Kobiety skazane były na samotne przeżywanie trudnej sytuacji w poczuciu opuszczenia i braku zainteresowania" - zwraca uwagę Fundacja.

"Brak zainteresowania personelu wzmagał też u nich strach związany z sytuacją medyczną, lęk przed tym, że wydarzy się coś zagrażającego ich zdrowiu bądź życiu".

Inną podnoszoną przez Fundację kwestią jest zgłaszany przez wiele kobiet brak dostępu do znieczulenia i nieprzyjemne reakcje na prośby o złagodzenie bólu. "Spytałam położnej czy da mi coś na ból, odpowiedziała: to musi boleć" - napisała jedna z kobiet.

88 godzin dyżuru

Skąd taki brak empatii personelu? Możliwą odpowiedź daje kolejna obserwacja NIK - brak odpowiedniej liczby lekarzy.

"Co prawda we wszystkich objętych kontrolą oddziałach zatrudniano wymaganą przepisami liczbę lekarzy, jednak w niektórych podmiotach było to niewystarczające w stosunku do potrzeb" - czytamy w raporcie. Efekt?

W dwóch z 37 skontrolowanych placówek samodzielne dyżury na oddziałach ginekologiczno-położniczych powierzano czasem lekarzom bez wymaganej specjalizacji. W pięciu szpitalach lekarze nie mieli zapewnionego 11-godzinnego odpoczynku między dyżurami. W jednym szpitalu lekarze pracowali w dwóch miejscach jednocześnie - na oddziale i w poradni. To typowy sposób łatania przez dyrektorów braków kadrowych.

"W większości (68 proc.) skontrolowanych szpitali dopuszczano do sytuacji, w której lekarze zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych, wykonywali swoje obowiązki nieprzerwanie przez ponad 24 godziny, często na dyżurach trwających 48 godzin, w niektórych przypadkach - nawet 88 godzin" - czytamy w raporcie.

Jak zauważają autorzy raportu NIK, umiejętność komunikowania się z pacjentkami w trudnej sytuacji nie bierze się znikąd.

Lekarze, położne i pielęgniarki najczęściej nie mieli zapewnionych odpowiednich szkoleń i porad, jak radzić sobie w takich sytuacjach.

Stowarzyszenie Edukacji Medycznej Asklepios informuje, że choć najczęściej otrzymuje skargi od pacjentek z powodu zachowania personelu, czasem jednak dostaje też prośby o rady i szkolenia od samych położnych, które chciałyby wesprzeć pacjentki, ale nie wiedzą jak.

"Towarzyszenie osobie, której umarło dziecko albo doświadczyła poronienia, jest bardzo trudne. Konfrontujemy się wtedy z własnymi odczuciami na temat śmierci, lękami, myślimy o tym, co sami byśmy czuli w podobnej sytuacji" - tłumaczy Joanna Pietrusiewicz.

"Nie zawsze pracownicy szpitali są do takich sytuacji przygotowywani, więc chowają się za maską procedur medycznych, oddzielają się emocjonalnie od pacjentek, które potrzebują wsparcia".

Zdaniem Pietrusiewicz personel powinien mieć jasne procedury postępowania w podobnych sytuacjach, a także zapewnione szkolenia i warsztaty, podczas których mogliby je przećwiczyć, oraz superwizje.

Kobieta roni i słucha bicia serca

W części skontrolowanych placówek standardów nie spełnia też organizacja sal porodowych i pokojów badań. Z badania NIK wynika, że w czterech szpitalach pacjentkom nie zapewniono prawa do intymności i godności, na przykład nie zabezpieczając gabinetów zabiegowych przed wchodzeniem osób postronnych albo nie osłaniając fotela ginekologicznego od strony wejścia do gabinetu.

"Poważnym problemem zgłaszanym przez kobiety jest przeżywanie kulminacyjnego momentu poronienia lub porodu martwego dziecka w warunkach niespełniających standardów higieny, niepozwalających na godne przeżycie tego tragicznego zdarzenia, często w obecności innych pacjentek i bez wsparcia bliskich" - pisze Fundacja Rodzić po Ludzku.

W 14 proc. szpitali, którym przyjrzał się NIK kobiety, które poroniły lub urodziły martwe dziecko, zmuszone były przebywać w jednej sali z kobietami w ciąży, lub po udanym porodzie. W jednym szpitalu pacjentki po poronieniu były nawet hospitalizowane na korytarzu oddziału.

Z informacji Fundacji wynika, że zdarzają się też sytuacje, w których kobieta roniąca przebywa w gabinecie lekarskim z inną kobietą w ciąży, która ma w tym samym czasie przeprowadzany zapis KTG. "Odgłos maszyny, bicie serca dziecka powoduje u kobiety roniącej traumatyczne doświadczenie".

Pietrusiewicz zauważa, że w poprzednim rozporządzeniu ministerstwa zdrowia był mocny zapis, który nakładał na szpitale obowiązek zapewnienia kobiecie intymności. Rozporządzenie z 2018 te zapisy zmiękczyło, dopisując: „w zależności od możliwości organizacyjnych”.

"Wielka szkoda, że nie naciska się na szpitale w tej sprawie - szczególnie teraz, kiedy ze względu na wyrok Trybunału takich sytuacji może być na oddziałach coraz więcej".

Brak psychologa, problemy z pochówkiem

Na papierze została też gwarancja pomocy psychologicznej. W trzech skontrolowanych szpitalach pacjentki w ogóle nie mogły na nią liczyć, tylko w jednym z takiej pomocy skorzystało 85 proc. pacjentek. Nawet na oddziałach o trzecim poziomie referencyjności w opiece perinatalnej, gdzie przyjmowane są najcięższe przypadki, nie zawsze zatrudniano psychologa, choć jest to wymagane.

Nawet jeśli psycholog jest zatrudniony, to zwykle nie jest dostępny w weekendy i w godzinach popołudniowych, kobieta, która trafia do szpitala w piątek wieczorem, nie może więc liczyć na pomoc. NIK zwraca uwagę, że w większości szpitali nie zadbano, by zapewnić wszystkim pacjentkom, które miały takie życzenie, pomoc psychologa.

W placówkach różnie postępowano ze zwłokami dzieci martwo urodzonych i poronionymi płodami - nie zawsze zgodnie z prawem. Szpitale często nie miały ujednoliconych procedur dotyczących składania przez matkę oświadczenia, co ma się stać z płodem lub dzieckiem.

"Kobiety, którym często wali się cały świat, potrzebują czasu, żeby zrozumieć sytuację i być w stanie podejmować decyzje, których nie da się cofnąć, na przykład w kwestii formy pożegnania, pochówku i wyboru osoby, która będzie jej towarzyszyć. Tej przestrzeni często w szpitalach nie ma" - mówi Pietrusiewicz.

Bez kontroli nie ma prawa

NIK złożył wniosek do Ministerstwa Zdrowia o wprowadzenie obowiązku zatrudnienia psychologów na wszystkich oddziałach ginekologiczno - położniczych, uregulowanie kwestii decydowania o tym, co stanie się z martwym dzieckiem lub płodem.

Resztę uwag i wniosków skierowano do samych szpitali. Zdaniem prezeski Fundacji Rodzić Po Ludzku, to może być za mało, by realnie zmienić sytuację kobiet.

"Głównym problemem jest brak monitoringu ze strony ministerstwa i wyciągania konsekwencji wobec placówek - powoduje to, że zapisy nie działają. Do podobnych wniosków doszedł zespół ekspertów ministerstwa zdrowia. Szpitale mają trudną sytuację, więc pozwalają sobie pewnych rzeczy nie robić, bo i tak nic z tego nie wynika. Ministerstwo musi prawnie obligować do wypełniania standardów".

Jakie są zdaniem Pietrusiewicz szanse na to, że kobiety zmuszone przez Trybunał do rodzenia dzieci niezdolnych do przeżycia, będą miały zapewnione godne warunki na oddziałach perinatalnych?

"Dopóki ministerstwo nie weźmie odpowiedzialności za kontrolowanie placówek, będzie jak dotychczas – niektóre będą się starały zapewnić, jak najlepszą opiekę, inne nie będą się przejmować. Szpitale mają i tak dużo problemów z zatrudnieniem personelu i z zapewnieniem odpowiedniej obsady. Mamy problem z anestezjologami, dramatycznie mało położnych. Z perspektywy placówek, które stoją przed dylematem: zamknąć się czy nie, dobrobyt kobiet spada na dalszy plan".

;

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze