05 grudnia 2020

Nie rozumiem, dlaczego nie umarłam - mówi prof. Magdalena Fikus [Kronika COVID-19]

Jak się dowiedziałam, że to Covid, to uznałam, że umrę. Cały czas się bałam i dalej się boję, bo chociaż mam 84 lata i ciężko chore płuca, to chciałabym dalej żyć, co jest może nawet dziwne. Jako biolog dodam, że ten wirus nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. I że każdy choruje inaczej

Piotr Pacewicz, OKO.press: Kiedy dowiedzieliśmy się, że masz COVID-19, pomyśleliśmy, że już cię żywej nie zobaczymy.

Prof. Magdalena Fikus, biochemiczka, popularyzatorka nauki*: Też tak mówiłam od początku epidemii, że jak zachoruję na Covid, to umrę, bo ten koronawirus rzuca się na płuca, a płuca mam chore, więc będę musiała umrzeć. Choruję na POChP, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc.

W związku z tym, od marca [2020] przestałam wychodzić na spotkania, zebrania, narady, nie chodziłam do kina, na koncerty, nie zapraszałam nikogo do domu. Raz na tydzień schodziłam do sklepu mieszczącego się w budynku, w którym mieszkam, kupowałam podstawowe jedzenie. Oczywiście w maseczce, w rękawiczkach, zawsze myłam trzy raz ręce. Mieszkam sama, byłam całkowicie odizolowana od świata.

Postanowiłam, że nie zachoruję na Covid... Jak widać rady, jak unikać zakażenia niekoniecznie się sprawdzają w każdym przypadku.

Nie wiem, co by było, gdyby nie moja córka. Czułam się jakoś dziwnie, więc w połowie października Marta zamówiła test w prywatnej firmie medycznej, pobrali mi wymaz w domu i po dwóch dniach zadzwonili, że mam COVID-19. To było badanie tzw. genetyczne, jedyne, które daje pewność. Pobierają ci z nosa wydzielinę razem z wirusem, w którym znajduje się jego materiał genetyczny, kwas nukleinowy. W badaniu oznacza się obecność materiału genetycznego wirusa. Odpowiedź jest jednoznaczna: jeżeli w wydzielinie jest ten kwas nukleinowy o określonym, specyficznym dla SARS-C-V-2 składzie, to znaczy, że jesteś zakażona.

Objawy miałam ograniczone. Na pewno zaburzenia receptorów węchu i smaku,

ale zamiast nie czuć nic, czułam, że otacza mnie ogólny smród.

To zwiększyło moją niechęć do jedzenia, z czego się akurat ucieszyłam. Gorączka najwyżej 38,5. Bolały mnie stawy i mięśnie, ale mnie zawsze bolą.

Drogie Czytelniczki i Czytelnicy. Czekamy na Wasze opowieści o COVID-19. O tym, jak sami chorowaliście, jak chorują Wasi bliscy. Będziemy publikować historie osób, które borykają się z powikłaniami lub tragicznie stracili bliskich. Przysyłajcie je na [email protected]

Jakoś musiałaś się zarazić. Masz w pamięci spotkanie z kimś w sklepie, na ulicy?

Nie, nie witałam się, nikt mnie nie skrzyczał, na nikogo nie wpadłam, zawsze miałam maseczkę. Jedyne co mi przychodzi teraz do głowy to, że mam trudności z chodzeniem i dużo używam poręczy. Ale zawsze przez rękawiczkę. Zakaziłam się w sposób niekontrolowany. Widocznie gdzieś na mnie wybraną ten koronawirus czekał.

SARS-CoV-2 atakuje przede wszystkim płuca, które już masz zniszczone.

POChP polega na tym, że pęcherzyki oskrzeli przestają być elastyczne, nie mają siły wypchnąć złego powietrza z płuc. Te pęcherzyki cały czas sztywnieją, to postępuje. Lekarze dają mi różne, wziewne lekarstwa, ale uświadamiają, że ja z tego już nie wyjdę. Choruję od 10 lat, zapewne w wyniku palenia papierosów. Paliłam 30 lat, przestałam palić 30 lat temu. Bałam się raczej raka płuc, teraz już wiem, że papierosy poza wszystkim innym szkodzą cienkim naczyniom krwionośnych, które stają się mniej elastyczne. Niech ci wyobraźnia podpowie, jakie funkcje to upośledza u mężczyzn.

Jak zaczęłam się leczyć na POChP, to była nawet chwilowa poprawa, mogłam podbiec do autobusu, byłam zachwycona. W tym roku przejście 50 metrów bez odpoczynku, sprawia mi trudność.

Przepraszam ktoś dzwoni, muszę otworzyć i odebrać... [pauza]

To nasuwa detektywistyczne podejrzenie, że może zaraziłaś się od kuriera czy listonosza?

Nie, ja wtedy jeszcze nie zamawiałam niczego do domu.

Masz naukowy umysł, wszystko racjonalnie objaśniasz. A uczucia?

Odczuwam więcej może nawet niż trzeba.

Cały czas się bałam i dalej się boję, bo chociaż mam dużo lat – 84, rocznik 1936 - to chciałabym dalej żyć, co jest może nawet dziwne. Jak się dowiedziałam, że jestem chora na COVID-19, to uznałam, że umrę.

Taki moment strachu i żalu, że ja jeszcze nie chcę, dajcie mi jeszcze trochę pożyć.

Żyję coraz mniej ciekawie. Jeszcze kilkanaście lat temu chodziłam po górach, pływałam, byłam aktywna fizycznie, umysłowo, bardziej niż w tej chwili, a jednak to życie dalej mnie interesuje.

Zaczęłaś czytać, szukać informacji?

Na ile strach pozwalał i zmęczenie, słabość, jaka mnie opanowała.

Zawsze szukam informacji, więc teraz też czytałam doniesienia naukowe o Covidzie.

To jest choroba nieprzewidywalna, ten wirus na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Mój przypadek potwierdza, że każdy człowiek choruje inaczej. Uogólnienia, że wszyscy kaszlą, duszą się, wysoko gorączkują, tracą smak i boli ich głowa, niekoniecznie się potwierdzają. Stąd wniosek, by robić test nawet w tzw. przypadkach skąpoobjawowych czy z nietypowymi objawami.

Strategia polskiego rządu jest raczej taka, by testować wyraźnie chorych. Do pewnego momentu trzeba było nawet mieć komplet czterech objawów.

Ja patrzę z perspektywy człowieka chorego, który chce walczyć o swoje zdrowie i życie.

A jako biolog doceniam tego wirusa. On kryje jeszcze przed nami różne niespodzianki. Już objawiają się w skutkach tej choroby. Ja dostałam zapalenia płuc, ale ludzie mają przedziwne konsekwencje: zaniki pamięci, powikłania neurologiczne, kłopoty z sercem.

Powiem językiem nienaukowym, że wirusy to wyjątkowo inteligentny pomysł natury i dlatego bardzo niebezpieczny. Od czasu do czasu pojawia się kolejna odmiana, która zabija masowo i szybko przenosi się z nosiciela na nosiciela.

Pamiętam jak na początku lat 80. XX wieku wykryto wirusa HIV. Powodował tajemniczą chorobę wielonarządową AIDS. Mnie się wydawało, że HIV zabije nas wszystkich w szybkim tempie, ale nie, opanowaliśmy tę chorobę. AIDS nie oznacza już wyroku śmierci, ludzie z tym żyją. Kiedy się pojawił SARS-CoV-2 wyglądało to beznadziejnie, ale już mamy szczepionki, potrafimy ograniczać rozwój epidemii, jakoś leczyć. Pewnie nauczymy się żyć z COVID-19. Ale pojawią się kolejne wirusy.

Jako umysł mniej więcej racjonalny uważam, że przy tak opętańczym poziomie konsumpcji jest nas na świecie za dużo.

Mamy ogromne sukcesy w niszczeniu planety i różnego typu choroby są tu odpowiedzią naszego globu choćby na zmiany klimatyczne, jakie wytwarzamy. Czas umierać. Zwłaszcza jak ma się 84 lata, ale ja jeszcze nie chcę.

Wracając do twojego własnego COVID-19. Kaszel cię męczył?

Nie miałam kaszlu, kataru też nie, ale to akurat nic dziwnego. Także z tym POChP żyję bez kaszlu. Lekarze się zawsze dopytują, ile pani teraz kaszle. Mam jakąś dziwność w organizmie, że nie kaszlę wcale, nie wiem czemu, nikt nie wie. Każdy inaczej choruje. Ten mój zły smak i wstrętny zapach, nie słyszałam, by ktoś miał takie objawy, ludzie po prostu nie czują smaku i zapachu. A ja chciałam zjeść łyżeczkę twarogu i mi śmierdziało. Byłam głodna, namawiałam samą siebie i nie mogłam się przemóc. Dopiero teraz mi to mija. Dodam, że żaden sanepid ze mną się nie skontaktował, choć podobno wszystkie informacje o pozytywnych testach do nich docierają.

Nie figuruję w statystykach.

Kiedy do ciebie dzwoniliśmy córka mówiła, że nie masz siły rozmawiać.

Tak, tego ci jeszcze nie powiedziałam. Byłam strasznie zmęczona. Mam tyle lat, że bywam zmęczona, ale to było coś więcej. Dużo ludzi pisało sms-y lub dzwoniło, było mi miło, ale starałam się możliwie uprzejmie przekazać, że strasznie przepraszam, ale nie mam siły. Przez jakiś czas w ogóle nie wstawałam z łóżka. Już się czuję lepiej, ale tak, byłam strasznie słaba i cały czas zmęczona. Jak syn zawoził mnie na prześwietlenie płuc, to trzeba było wziąć wózek.

Męczy się również mózg. Marta mi przywiozła jakieś kryminały, przeczytałam półtora, leżą i czekają. Byłam w stanie przerzucać czasopisma, oglądałam telewizję, nawet się martwię, bo uważam to za jeden z gorszych sposobów spędzania czasu.

Kiedyś zapytałam lekarza, u którego byłam z chorobą płuc, czy w jakimś momencie mój mózg zacznie źle działać. Powiedział, że to sprawa tzw. saturacji, czyli nasycenia tlenem komórek krwi. Póki saturacja nie spadnie poniżej 90 proc., to mogę się nie martwić, a miałam 93. Syn kupił mi teraz w aptece taki gadżet, nakładany na palec. Wciąż saturację mam dobrą, 94-95 proc., choć z wiekiem może spadać. Mój organizm zachował się niezwykle przyzwoicie, odpowiadając na atak wirusa.

Kiedy wyskoczyło to zapalenie płuc?

Na początku listopada gorączka się skończyła i wyglądało na to, że jest po wszystkim. 5 listopada skończyła się oficjalna izolacja. Ale 12 listopada gorączka wróciła, choć nie tak wysoka i tylko po południu. Zrobili mi badanie krwi, oznaczyli CRP, czyli tzw. białko ostrej fazy, marker stanu zapalnego. U dorosłego człowieka powinno mieć wartość maksymalnie 5, ja miałam 139. Lekarz był w sobotę, zlecił prześwietlenie, powiedziałam, że OK zrobię w poniedziałek rano, ale kazał natychmiast i brzmiał bardzo poważnie.

To był jeden z tych dwóch momentów, które mi uratowały życie.

Kiedy córka kazała mi zrobić test na Covid i kiedy syn o 12. w nocy zawiózł mnie na rentgen. Okazało się, że mam płyn w płucach, masywne zapalenie. Dostałam dużą dawkę antybiotyków, po 5 dniach CRP spadł do 50, po dwóch tygodniach do 4, czyli jestem w normie. Lekarz mi powiedział, że jeszcze niedawno nikt by takich dawek nie zapisał, ale teraz tak się robi i to jest skuteczne. Antybiotyki wybiły mi wszystkie bakterie, więc mam kłopoty z jelitami, ale to już są drobiazgi.

Czy to było covidowe zapalenie płuc?

Tego nikt nie powie, ale ono się zaczęło razem z kończącym się Covidem. Na pewno było komplikacją pocovidową. Ludzie po zakażeniu mają kłopoty z sercem, naczyniami, słuchem, ja miałam z płucami.

Umierałam dwa razy, na Covid i na zapalenie płuc. Lekarze mówili, że to się często zdarza, bo organizm jest tak osłabiony przez Covid, że zapada na inną chorobę.

W mojej karcie pacjenta, w firmie medycznej, gdzie mam abonament, jest wpis "pacjentka odmawia pójścia do szpitala". Firma chroni się przed prawdopodobnym wariantem, że umrę.

Ale ja bardzo prosiłam swoje dzieci, żeby mnie do szpitala nie odwozili. Obiecali, że póki nie będę w naprawdę ciężkim stanie, np. saturacja zacznie ostro spadać, to mnie zostawią w domu.

Z jednej strony bali się, że umrzesz, a drugiej strony nie chcieli, żebyś poszła do szpitala. Przeżyłem to towarzysząc umierającym bliskim - teściowej i ojcu.

Nie wiem, co oni wtedy myśleli, moja córka i syn, wspaniali ludzie, ale ja miałam w głowie dwie myśli: nie chcę do szpitala i nie zakładajcie mi respiratora. Pójście do szpitala jest dla starego człowieka trudne, a teraz jest straszne. Tracisz wpływ na swoje leczenie, słabo bywa z informacją, więc nie wiesz, co się z tobą dzieje i nikt z twoich bliskich już cię nie może odwiedzić. A jak cię podłączą do respiratora, to muszą ci zabrać świadomość, więc już trochę umierasz, leżysz jako ludzkie ciało, kawał mięsa, okropne.

Ale oczywiście czasem trzeba. I ludzie po respiratorze przeżywają, czasem trzeba jak się chce żyć. Ja chcę żyć.

Nie wiem, co moje dzieci od lekarzy usłyszały. Wszystko mi się zresztą zaciera w pamięci, byłam niezbyt przytomna i całkowicie bez sił, ale Łukasz napisał na FB, że mama wróciła z dalekiej podróży. To znaczy, że mieli świadomość, że to nie musi się udać.

Ja się strasznie bałam tego zapalenia. Do tego dochodzi wyobraźnia, połączona z wiedzą biologiczno-medyczną.

Twoją pasją jest popularyzowanie nauki. Możesz nam objaśnić, dlaczego te wirusy są tak niebezpieczne?

Niosą w sobie minimum informacji, dzięki której, jak trafią na gospodarza, to mogą się rozmnażać i dalej się rozprzestrzeniać. Nie mają składników cząsteczkowych, dzięki którym mogłyby produkować energię, wymieniać informacje ze światem, jednym słowem żyć. Dlatego pytanie, czy wirusy są żywe, jest bezsensowne, bo to zależy od definicji życia. Ale pewnie każde z nas się zgodzi, że życie musi się wiązać z samodzielnym istnieniem i możliwością rozmnażania się. Wirusy samodzielnie żyć nie mogą. Jak wirus nie znajdzie gospodarza, to ginie. Jedyne co ma, to informacja genetyczna, z którą dostaje się do komórki, zmusza ją do posłużenia się tą informacją, namnaża się, komórkę zabija lub nie i dalej zakaża. Wirus potrzebuje gospodarza i jego całej machinerii biochemicznej.

Dlatego tak trudno leczyć choroby wirusowe, bo każdy środek, który uniemożliwia powielanie informacji genetycznej wirusa, zazwyczaj niszczy informację genetyczną własną komórki. Ale biologia molekularna się rozwija i umiemy już wydzielić z komórek zakażonych informację genetyczną wirusa i zadziałać na ten mechanizm powielania informacji genetycznej i sterowania komórką.

Dwie szczepionki, które opracowano nie są to - jak kiedyś robiono - żadne białka czy inne fragmenty wirusa, to jest czysta informacja genetyczna. W szczepionce nie wprowadzamy wirusa, ale fragment informacji genetycznej, która aktywizuje nasz układ immunologiczny.

Jestem pełna podziwu dla ludzkości za to, co już zrobiliśmy z COVID-19, w walce z żadnym wirusem dotychczas tak szybkiego postępu nie było.

Nie mamy wciąż leku, ale ludzie są jakoś leczeni w szpitalach, chyba coraz skuteczniej. No i mamy w piorunującym tempie opracowaną szczepionkę. Wirus, którego wykryto w Chinach w listopadzie 2019, został tak szybko rozpracowany, że pełną wiedzę o jego genomie podano w styczniu 2020. To wymagało ogromnej pracy doświadczalnej, Chińczycy umieli to zrobić, ich wyniki zostały zweryfikowane w Szwajcarii, we Francji.

Postęp jest ogromny i - jak zawsze - potencjalnie niebezpieczny. Potrafimy w laboratorium zmieniać cechy genetyczne. Parę lat temu zsyntetyzowano genom wirusa, który powodował hiszpankę. Potrafiliśmy w laboratorium odtworzyć genetycznie tamtego wirusa i zakazić nim komórki w hodowli. I to działało. Okazało się zresztą, że w stosunku do innych wirusów grypy, nie jest jakoś szczególnie zjadliwy. Czyli fakt, że zginęło kilkadziesiąt, może nawet 100 mln ludzi wynikał raczej z ówczesnych warunków medyczno-cywilizacyjnych. SARS-CoV-2 zabił w ciągu roku 1,5 mln osób.

Kiedy poczułaś, że jesteś uratowana? Że przeżyjesz?

Niedawno. Zapalenie płuc skończyło się 29 listopada. Lekarze mówili, że już nie jestem chora, ale minęło jeszcze dwa tygodnie nim mój mózg to jakoś przerobił. Dopiero teraz jestem pozytywnie nastawiona. Jeszcze nie mam siły, dyszę przy każdym ruchu, muszę brać leki na ten brak powietrza, ale mam dobry humor. Napisałam dziś pierwszy od choroby naukowy felieton do Delty, popularnonaukowego pisma matematycznego.

O Covidzie?

Nie, o „sztucznej inteligencji” przewidującej przestrzenny kształt białek. W laboratoriach badacze rozwiązywali takie problemy często przez pół roku, czasem poddawali się. Programy, które nazywamy sztuczną inteligencją potrafią to zrobić w niecałą godzinę.

Czy ta choroba coś zmieniła, coś ci dała?

Nie wiem, co zmieniła. Od wielu lat żyję samotnie. Spędzałam całe dni do nikogo nawet nie dzwoniąc. Nauczyłam się samotności i tego, by nie czuć potrzeby innych ludzi, co się oczywiście odbija na moich relacjach. Trudno, tak zapłaciłam za samotne życie.

Najbliższe są mi dzieci i ich dzieci. W związku z chorobą odkryłam, że mogę rozmawiać jak równy z równym z wnukami, jeden ma 25 lat, drugi 18 lat. W dodatku robią wrażenie, że ich nie drażnię jako staruszka. Dzięki temu, że przychodzili do mnie w mojej chorobie, dla mnie, zyskałam bliskość z nimi.

Córka i syn okazali mi tyle dobroci... Zawsze myślę, że oni mnie traktują lepiej, niż na to zasłużyłam. Nie dość doceniałam ich uczucia do mnie, co musiało wypływać z tego mojego charakteru człowieka samotnego, który nie potrzebuje ludzi.

Ale kontakty z ludźmi także pozarodzinne, zawodowe okazały się bardziej potrzebne, niż myślałam. Przed epidemią prowadziłam raz na miesiąc "kawiarnię naukową" i przykro mi, że to się skończyło. Jestem członkiem Rady Programowej w Centrum Nauki Kopernik, spotkania odbywają się teraz wirtualnie, ale ze dwa musiałam opuścić. Brakuje mi ludzi, sam widzisz, że nie jestem w stanie przestać gadać.

Naprzeciw mojego domu jest sklep z jarzynami. Stamtąd przyszło do mnie przekazane przez kogoś pytanie, czy jestem zdrowa, bo rzadko widać światło w moich oknach.

Na Facebooku pisały do mnie setki ludzi. Wbrew temu, co myślałam, nie jestem całkowicie niezależna i samotna.

Dzieci kochałam zawsze, ale teraz zrozumiałam lepiej, co to oznacza. One się tak sprawdziły, ale myślę, że ja też się jakoś sprawdziłam. I jeszcze te wnuki, które odkryłam jako dorosłe już istoty.

W twoim przypadku SARS-CoV-2 był też wirusem miłości.

Tak.

*Magdalena Fikus, biochemiczka, specjalistka w zakresie biochemii i fotochemii kwasów nukleinowych, biofizyki komórki, inżynierii genetycznej, profesor nauk przyrodniczych, propagatorka i popularyzatorka nauki, współtwórczyni Festiwalu Nauki w Warszawie, członkini Rady Programowej Centrum Nauki Kopernik.

PS. Autor wywiadu jest spowinowacony z prof. Magdaleną Fikus.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne