0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.plFot . Grzegorz Skowr...

Dom do kupienia stoi pośrodku podlaskiej wsi. Po jednej stronie drogi gospodarstwa, po drugiej rów, za rowem pola. Oglądam dom, pytam o szambo. Właściciel spieszy z odpowiedzią.

– Jest! Ma trzy metry sześcienne.

Dziwię się, że tak mało, ale agent spogląda znacząco na gospodarza, a ten wyjmuje z piwnicy żeliwne niebieskie kilkudziesięciocentymetrowe urządzenie, które pierwszy raz w życiu widzę na oczy.

– Pompa do szamba – tłumaczy na widok mojego zaskoczenia. – Wrzucam do szamba i wylewam zawartość po drugiej stronie drogi – dodaje.

- A przepisy? – pytam zaskoczona. Od półtora roku obowiązują przepisy, nakładające na mieszkańców obowiązek posiadania umowy na wywóz nieczystości stałych oraz okazywania urzędnikom gminy rachunków za wykonywanie takiej usługi.

- Pani… – właściciel domu patrzy na mnie z mieszanką politowania i zaskoczenia.

Ważne, żeby był papier

W 2022 r. Parlament znowelizował ustawę o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, nakazując mieszkańcom nieprzyłączonym do sieci kanalizacyjnej, czyli takim, którzy mają szambo albo przydomową oczyszczalnię ścieków (POŚ), podpisanie umowy z firmą asenizacyjną i pozbywanie się nieczystości ciekłych w terminach określonych w regulaminie gminy. Gminy różnie to określają w regulaminie. Jedne nakazują opróżnianie oczyszczalni nie rzadziej niż raz na 2 lata, inne raz na półtora roku, są takie, co odwołują się do instrukcji eksploatacji. W przypadku szamb terminy są krótsze i zbiorniki trzeba opróżniać maks. raz na pół roku czy raz na rok. Do końca kwietnia 2024 roku gminy mają czas na ustalenie liczby szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków na swoim terenie oraz na sprawozdanie do wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska oraz dyrektora regionalnego zarządu gospodarki wodnej Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie.

Gminy sprawdzają dwie rzeczy: czy mieszkańcy mają podpisane umowy i czy usuwają nieczystości w terminach nakazanych regulaminem gminy. Reszta ich nie obchodzi.

Jeśli domy podłączone są do sieci wodociągowej, to kontrolerzy gminni mogą sprawdzić, czy ilość nieczystości odpowiada ilości zużytej wody. Gdy jednak gospodarstwo domowe czerpie wodę ze studni, to nawet trudno jest sprawdzać, czy wywóz nieczystości odpowiada zużyciu wody.

– To prowadzi do takich patologii, że niektórzy opróżniają szambo raz do roku i na to mają papier, a w międzyczasie usuwają nieczystości do okolicznych rowów – mówi Michał Hawryłyszyn, właściciel Ekoprom, przedsiębiorstwa specjalizującego się w projektowaniu wykonawstwie oczyszczalni ścieków.

Na spotkaniach branżowych opowiadane są historie o ludziach, którzy zgłaszają budowę oczyszczalni gminie, ale jej nie instalują, tylko wylewają ścieki za płot, a raz do roku wybierają nieczystości z szamba i przedstawiają gminie kwit. To się opłaca w gminach, w których usuwanie osadnika z oczyszczalnie jest tanie, a przeprowadzanie tej operacji wymagane jest znacznie rzadziej niż opróżnianie szamba.

Piotr, mieszkaniec jednej ze wsi w powiecie białostockim, wyremontował dom trzy lata temu i zbudował szczelne szambo o pojemności 12 m³. Zamawia szambiarkę cztery razy w roku, za każde opróżnienie płaci 320 zł. Cztery razy w roku to rzadko, nawet przy oszczędnym gospodarowaniu wodą, ale częściej niż wielu innych mieszkańców wsi, którzy deklarują, że na dwie osoby wywożą rocznie nieczystości dwa razy, płacąc za każdym razem 180 zł czy też za cztery osoby muszą opróżniać szambo trzy razy w roku, płacąc po 250 zł – w takich przypadkach można domniemywać, że albo szambo przecieka, albo mieszkańcy opróżniają je na lewo.

Żeby się przekonać o tym, jak proceder jest powszechny, wystarczy wejść na Allegro i wpisać w wyszukiwarkę „pompa do szamba”. Wyszukiwarka pokazuje 20 stron produktów, a są one wykorzystywane w dużej mierze do opróżniania zbiorników w celu wylania nieczystości za płot.

Przyjmuje się, że jedna osoba w trakcie doby zużywa około 150 litrów wody, zatem 4-osobowa rodzina powinna opróżniać szambo mające 10 m³ średnio raz na 2 tygodnie. A 3-osobowa rodzina Piotra powinna pozbywać się zawartości szamba raz w miesiącu. Jeśli nie ma takiej potrzeby, to prawdopodobnie szambo jest nieszczelne albo celowo rozszczelnione, chyba że mieszkańcy bardzo oszczędzają zużycie wody. Piotr starał się oszczędzać w inny sposób. Umówił się z pracownikiem gminy, jeżdżącym szambiarką i ten co któryś kurs robił z szamba na pole, w zamian za drobną gratyfikację, trafiającą do jego kieszeni. To się skończyło, gdyż ktoś doniósł do gminy. Teraz Piotr jest rozżalony. Wylicza mieszkańców swojej wsi, którzy mają szamba i przydomowe oczyszczalnie ścieków. Nawet nie dochodzi z wyliczeniami do 10.

- Reszta ma dziury w ziemi. Raz w roku przyjedzie szambiarka, dostaną kwit, a ścieki idą w krzaki albo na pole – mówi i pokazuje odpływ do rowu z gospodarstwa sąsiada.

Przeczytaj także:

Kto chce być eko, ten traci

Teoretycznie osoby, które zainwestowały w przydomowe oczyszczanie ścieków, powinny czerpać z tego tytułu profity, a jednym z nich jest konieczność rzadszego usuwania osadnika, a więc oszczędność. Wywóz nieczystości płynnych, czyli osadów z POŚ, jest czynnością serwisową i wykonuje się ją w miarę potrzeby. Zrobienie tego zapas może spowodować zakłócenie pracy oczyszczalni i złe jej funkcjonowanie. Zawsze kończy się rozruchem i okresowym gorszym działaniem POŚ.

Tutaj przepisy obowiązujące od 2022 roku częstotliwość i sposób pozbywania się nieczystości ciekłych z terenu nieruchomości oraz z terenów przeznaczonych do użytku publicznego określa rada gminy w regulaminie utrzymania czystości i porządku na terenie gminy, który jest aktem prawa miejscowego. Rada gminy ma zatem możliwość dostosowania częstotliwości pozbywania się nieczystości ciekłych przez właścicieli nieruchomości w oparciu o lokalne uwarunkowania, do których zaliczyć można m.in. liczbę mieszkańców korzystających z danego systemu czy zastosowane technologie oczyszczania ścieków i związane z nimi zalecenia producentów. Jednak w praktyce gminy określają, że usuwanie osadów powinno się odbywać z określoną częstotliwością, np. raz na półtora roku czy raz na dwa lata. Tylko nieliczne gminy mają zapis w regulaminie, że częstotliwość usuwania osadów z POŚ wynika z instrukcji eksploatacji oczyszczalni i powinna być do niej dostosowana.

- Użytkownicy przydomowych oczyszczalni ścieków są zmuszani do usuwania zawartości osadnika częściej, niż wynika to z konieczności serwisowych, co może zakłócać pracę oczyszczalni. Technologia się rozwija, w oczyszczalniach chodzi o to, żeby jak najrzadziej wywozić osady, tymczasem przepisy wymuszają, żeby usuwać je w określonych terminach. Dotyczy to także osób, które użytkują nieruchomość letniskowo, gdzie często w ogóle osad czynny „zjada” się sam i nie ma potrzeby usuwania go mechanicznie. W niektórych oczyszczalniach można osady zutylizować na miejscu, są specjalne kompostowniki do osadów. Wtedy nie ma potrzeby usuwania osadów, tymczasem ustawodawca zmusza do ich usuwania – tłumaczy Michał Hawryłyszyn.

Koszty bywają niemałe. Jeśli gmina dysponuje własną oczyszczalnią, umożliwiającą utylizację pozostałości z przydomowych oczyszczalni, to koszt wywozu może zamknąć się nawet w 100 zł. Wiele gmin oczyszczalni jednak nie ma, a wówczas posiadacze oczyszczalni przydomowych muszą zawierać umowy o odbiór nieczystości z firmami z daleka i pojedyncze wybranie osadnika to koszt rzędu 500-600 zł. A wybiera się często tylko po to, żeby mieć papier, a nie dlatego, że jest to potrzebne. Mało tego, muszą to robić nawet wtedy, gdy jest to szkodliwe.

- Jestem jedyną osobą we wsi, która ma przydomową oczyszczalnię. Musiałam ją wybrać, bo minął termin, mimo że groziło to zniszczeniem biotopu – mówi Grażyna Puchalska z Bobrownik.

Za wybranie zapłaciła 500 zł, musiała też kupić nowe preparaty do oczyszczalni za 150 zł i przez cały dzień lać wodę, żeby z powrotem uruchomić oczyszczalnię.

- Ci, którzy mają rury wetknięte w ziemię, nie muszą martwić się o nic – komentuje rozgoryczona.

Grunt, że umowa jest podpisana i jest w wymaganym terminie rachunek za usunięcie nieczystości. A co się dzieje w rzeczywistości, pozostaje poza kontrolą.

- Rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obowiązku zatrudniania przez gminę fachowca, który sprawdzałby, czy rzeczywiście w nieruchomości są szamba i oczyszczalnie i czy nieczystości usuwane są w miarę potrzeb – uważa Michał Hawryłyszyn.

Tyle że tego ustawa nie przewiduje, a zmiany nie są planowane. W papierach przecież wszystko się zgadza i nie wynika z nich, że ktokolwiek wylewa ścieki do rowu.

;
Regina Skibińska

Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.

Komentarze