W Gironie, gdzie mieszkam, z urzędu miasta zdjęto flagę Hiszpanii. Jednocześnie szef katalońskiej policji podporządkował się Madrytowi i złożył urząd - pisze dla OKO.press Joanna Rosiak, prawniczka mieszkająca w Katalonii

27 października 2017 parlament Katalonii przegłosował większością 70 głosów ze 135 jednostronną deklarację niepodległości. Partie polityczne przeciwne tej decyzji, opuściły salę obrad na znak protestu, jedynie lewicowa Catalunya Si Que Es Pot zagłosowała przeciw, a dwie osoby wstrzymały się od głosu. Głosowanie było tajne. Wkrótce potem senat Hiszpanii przegłosował ogromną większością zastosowanie wobec Katalonii artykułu 155. Konstytucji, który pozwala na przejęcie nadzoru nad autonomią katalońską.

Oto paradoksy: zmiana katalońskiej „konstytucji” (statusu autonomicznego) wymaga kwalifikowanej większości dwóch trzecich głosów izby, tymczasem uchwałę o niepodległości i utworzeniu Republiki Katalońskiej przyjęto różnicą dwóch głosów. W referendum 1 października 2017 zagłosowało 43 proc. osób uprawnionych do głosowania, z których 90 proc. opowiedziało się za niepodległością. To zdaniem niektórych podważa piątkowe głosowanie: nie wzięto pod uwagę głosu społeczeństwa, którego większa część zdecydowała nie uczestniczyć w referendum.



Madryt: Ani kroku w tył

Jeszcze dzień wcześniej, 26 października w południe, prezydent regionu Carles Puigdemont  nieoficjalnie zapowiedział, że użyje swojej prerogatywy i zwoła w Katalonii wybory, aby w ten sposób uniknąć zastosowania artykułu 155. Informacja o tym zamiarze „wyciekła”, żeby wysondować, czy premier Hiszpanii Mariano Rajoy byłby skłonny wycofać się z zastosowania ingerencji w autonomię, w zamian za przesunięcie w bardziej nieokreśloną przyszłość postulatów niepodległościowych. Rajoy nie zawiódł oczekiwań i okazał się równie nieprzejednany jak wcześniej, dając do zrozumienia, że nic nie może zatrzymać użycia artykułu 155., oraz że nie ulegnie szantażowi.

Jednym z warunków zwołania wyborów i „powrotu” Katalonii do porządku konstytucyjnego, jak nieoficjalnie mówiono, miało być uwolnienie „Jordich” – dwóch przywódców społecznych ruchów niepodległościowych. Przebywają oni w areszcie tymczasowym od 16 października, są oskarżeni o przestępstwo przeciwko jedności państwa. Rajoy miał odpowiedzieć, że nie ma władzy nad niezawisłymi sądami. Postulaty Barcelony obejmowały również wycofanie sił policyjnych z Katalonii, immunitet dla Puigdemonta i umorzenie grzywny, którą ukarano poprzedniego prezydenta Generalitat Artura Mas za zorganizowanie niewiążącego referendum w 2014 roku. Wszystkie zostały odrzucone.

W efekcie Puigdemont zrezygnował ze zwołania wyborów, przerzucając tym samym odpowiedzialność na parlament, który w piątek zdecydował: wybory – nie, niepodległość – tak.

Na odpowiedź rządu madryckiego nie trzeba było długo czekać. Posiedzenie gabinetu Rajoya zwołane na piątkowe popołudnie zakończyło się decyzją o dymisji prezydenta Puigdemonta, wiceprezydenta Oriola Jonqueras, wszystkich ministrów rządu autonomicznego, szefa policji i przedstawicieli egzekutywy katalońskiej w Madrycie i Brukseli. Jednocześnie ogłoszono wybory autonomiczne na 21 grudnia 2017. Rząd hiszpański zadeklarował, że okres, kiedy władza centralna kontroluje katalońskie instytucje, powinien być jak najkrótszy, oraz że należy oddać głos obywatelom, aby wypowiedzieli się w legalnych wyborach. Pozostaje pytanie, czy i które partie polityczne zdecydują się wziąć udział w tych wyborach i w jakich warunkach się one odbędą.

Katalońskie partie opozycyjne są zgodne, że nowe wybory są jedynym wyjściem z sytuacji i pozwolą odzyskać utracony porządek prawny.

Do bojkotu ewentualnych wyborów nawołuje lewicowa radykalna i niepodległościowa partia CUP, partner rządu Puigdemonta. Natomiast koalicja rządowa uważa, że jedyny legalny rząd kataloński, to rząd republiki.

Jednocześnie prokuratura generalna przygotowuje akty oskarżenia przeciwko członkom egzekutywy katalońskiej i wszystkim, którzy uczestniczyli w deklaracji niepodległości. Oskarżenia, zapowiedziane na poniedziałek, mają zawierać zarzuty rebelii, przestępstwa przeciwko jedności państwa, nieposłuszeństwa organom państwowym i nadużycia władzy. Grozi za to do 30 lat więzienia.

Obawy, blokady, obrona

Reakcje międzynarodowe również były natychmiastowe. Jak na razie Katalonia nie ma sojuszników w nierównym starciu z Hiszpanią. Donald Tusk opublikował tweet, w którym stwierdził, że dla Unii Europejskiej nic się nie zmieniło, że jedynym partnerem do rozmów pozostaje rząd hiszpański. Jednocześnie wyraził nadzieję, że rząd hiszpański użyje silnych argumentów, a nie argumentu siły.

W podobnym tonie zareagowały Stany Zjednoczone, Francja, Niemcy i Narody Zjednoczone. Społeczność międzynarodowa uważa problem kataloński za wewnętrzną sprawę Hiszpanii.

Jedyną bazą, na której buduje swoją pozycję rząd kataloński, są obywatele – niektórzy wyczekiwali wczorajszego dnia przez całe życie. Ich ogromne nadzieje można porównać chyba jedynie do wielkiej niepewności, w której znajduje się dziś Katalonia.

Niech żyje republika! – słychać było w piątek na ulicach wielu katalońskich miast. Oprócz manifestacji poparcia dla parlamentarzystów zorganizowanych w Barcelonie i innych miastach, panował spokój i normalność. Dorośli byli w pracy, a dzieci poszły do szkół. Ale już w najbliższych dniach ten spokój może się zmienić w blokadę kraju, jaką Katalonia już przeżyła 3 października podczas protestu generalnego przeciwko przemocy, użytej przez siły policyjne w czasie referendum niepodległościowego. Traktory i kolumny ludzi blokujące autostrady, lotniska i porty, ekonomiczny paraliż regionu – to scenariusz, którego nie zawahają się wprowadzić w życie najbardziej radykalne frakcje niepodległościowe, nawet za cenę zdestabilizowania własnej gospodarki.

Przyszłość nowej republiki stoi pod znakiem zapytania. Jak długo potrwa? Czy ktokolwiek uzna jej istnienie? Czy symboliczne gesty, wielkie słowa i wola, chociażby najsilniejsza, części społeczeństwa wystarczą, by stworzyć pełnoprawne państwo, z systemem sądowniczym, podatkowym, administracją, policją, edukacją i systemem zdrowotnym? I czy będzie to możliwe przy całkowitym braku współpracy i woli negocjacji ze strony hiszpańskiej?

Obserwując twarze parlamentarzystów po dzisiejszym głosowaniu, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wyrażały one nie radość, lecz niepewność i obawę o to, jak się może skończyć ich ryzykowne przedsięwzięcie. Głosowanie było tajne – czyżby parlamentarzyści już planowali linię obrony przed trybunałami hiszpańskimi?

Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym