Broniąc się przed zarzutem “Wyborczej” o "wyjęcie" księży z tzw. "rejestru pedofilów", Zbigniew Ziobro zaatakował RPO, KRS i Pierwszą Prezes SN. Zasugerował, że to uwzględnienie ich uwag do ustawy sprawiło, że w rejestrze publicznym nie ma niebezpiecznych gwałcicieli takich jak ks. Paweł Kania. Używając słów Ziobry: “to nikczemne pomówienie"

Zbigniew Ziobro ogłosił w piątek 7 września 2018, że pozywa “Gazetę Wyborczą” za artykuł, który ukazał się tego dnia na pierwszej stronie p.t. “Księża wyjęci z rejestru pedofilów. Dlaczego?”. Na konferencji prasowej minister sprawiedliwości nazwał artykuł “paszkwilanckim”, a zawartą w tytule sugestię, że ministerstwo celowo nie zamieściło w rejestrze księży skazanych za przestępstwa seksualne – “nikczemnym pomówieniem”. Miało ono uderzyć w Patryka Jakiego, który pracował nad przygotowaniem rejestru, a obecnie kandyduje na prezydenta Warszawy.

Marcin Kącki, autor tekstu, rzeczywiście popełnił błąd: pomylił paragraf, z którego skazano księdza Pawła Kanię. Jego przykład miał udowodnić tezę o „wyjmowaniu” księży z rejestru. Okazało się, że choć ks. Kania przez 10 lat molestował, a nawet gwałcił dzieci, zgodnie z prawem nie powinien znaleźć się w publicznym rejestrze sprawców przestępstw seksualnych. Przyznając się do pomyłki, Kącki komentował: „okazuje się, że wśród »bestii« są księża, ale nie można ich ujawnić, bo pokazałoby to prawdziwą skalę procederu w Kościele i naraziło PiS na gniew hierarchów”.

  • Zobacz dlaczego ks. Kani nie ma w rejestrze

     Marcin Kącki oparł tezę swojego tekstu na przypadku ks. Pawła Kani, który pomimo ciążących na nim zarzutów o posiadanie pornografii pedofilskiej, przez lata był przenoszony z parafii do parafii przez biskupów diecezji bydgoskiej i wrocławskiej. Kącki napisał, że ks. Kania powinien figurować w publicznym rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym (zwanym potocznie “rejestrem pedofilów”), ponieważ spełniał jeden z ustawowych warunków, czyli został skazany za gwałt na małoletnim poniżej 15 roku życia (art. 197 par. 3 kodeksu karnego).

    W rzeczywistości Kania został skazany za gwałt, ale jego ofiara była starsza (miała więcej niż 14 lat), dlatego sąd skazał go z innego paragrafu i w efekcie ks. Kania nie mógł znaleźć się w “rejestrze pedofilów”.

    Zgodnie z ustawą w rejestrze publicznym, znajdują się dane osób, skazane na mocy przepisów dotyczących:

    • zgwałcenia osoby małoletniej poniżej 15 roku życia (art. 197 par. 3 pkt 2);
    • zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 par. 4);
    • lub gdy skazany za przestępstwo seksualne wymienione w ustawie popełni je w warunkach recydywy, o ile pierwszy wyrok nie był wydany w zawieszeniu.

    Nawet gdyby okazało się, że jakiś ksiądz spełnia jeden z powyższych warunków, a nie ma go w publicznym rejestrze, nie dowodziłoby to jeszcze tezy, że został z niego usunięty przez Ministerstwo Sprawiedliwości w ramach specjalnego traktowania kleru.

    Ustawa regulująca działanie rejestru pozwalała bowiem sprawcom skazanym przed 1 października 2017 r. na złożenie do sądu wniosku o wykreślenie z rejestru m.in. ze względu na dobro pokrzywdzonego lub jego rodziny. W przypadku skazań po 1 października 2017, decyzję o wyłączeniu z rejestru sąd mógł podjąć już podczas wydawania wyroku.

    Z informacji, które dotarły do Ministerstwa Sprawiedliwości, wynika, że na 116 wniosków sądy zdecydowały o usunięciu szesnastu osób z rejestru publicznego i jedną z rejestru z dostępem ograniczonym.

    Możliwe więc, że jakiś ksiądz naprawdę został “wyjęty” z publicznego rejestru, ale stało się to zgodnie z prawem i zdecydował o tym sąd, a nie Zbigniew Ziobro czy Patryk Jaki.

    Marcin Kącki jeszcze w dniu publikacji tekstu przyznał, że popełnił błąd, ale kwestionował sens prawa, które sprawia, że „ksiądz Kania, choć zgwałcił dziecko, molestował kilka innych, choć przez blisko 10 lat, gdy grasował, był przenoszony po parafiach przez biskupów, a jeszcze musi się leczyć z pedofilii i ma dożywotni (!) zakaz pracy z dziećmi – nie trafił do rejestru jawnego przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości”.

Obrona przez insynuację

W komunikacie dotyczącym artykułu “Wyborczej” Ministerstwo Sprawiedliwości zasugerowało, że za nieobecność gwałcących dzieci księży w publicznym rejestrze powinno się obwiniać RPO Adama Bodnara, prof. Małgorzatę Gersdorf, poprzedni skład Krajowej Rady Sądownictwa i byłego Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta, ponieważ to ich “opinie krytyczne wobec pierwotnego projektu” Ministerstwa Sprawiedliwości wpłynęły na decyzję parlamentu o ostatecznym kształcie ustawy.

  • Zobacz komunikat Ministerstwa Sprawiedliwości

    “Ministerstwo Sprawiedliwości podkreśla, że ostateczny kształt ustawy został wypracowany podczas prac parlamentarnych. To ustawodawca określił finalnie, którzy sprawcy trafiają do publicznej części rejestru, a którzy tylko do części zastrzeżonej. Na decyzje parlamentu wpływ miały m.in. opinie krytyczne wobec pierwotnego projektu przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłaszane przez Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, byłą Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf, byłego Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta czy Krajową Radę Sądownictwa (poniżej fragmenty tych opinii)”.

Jeszcze dobitniej oskarżenie to wyraziły “Wiadomości” TVP, które w materiale o sporze ws. rejestru przestępców seksualnych stwierdziły, że “pomysłowi [rejestru] ostro sprzeciwiali się sprzymierzeni teraz z »Gazetą Wyborczą« przedstawiciele środowiska sędziowskiego”, czyli właśnie RPO Adam Bodnar, Pierwsza Prezes SN Małgorzata Gersdorf i były skład sędziowski Krajowej Rady Sądownictwa.


Na decyzje parlamentu wpływ miały m.in. opinie krytyczne wobec pierwotnego projektu przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłaszane przez RPO Adama Bodnara, byłą Pierwszą Prezes SN Małgorzatę Gersdorf (...) czy Krajową Radę Sądownictwa.

Zbigniew Ziobro, konferencja prasowa - 07/09/2018

Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta


Raczej fałsz. Opinie ekspertów w większości zostały zignorowane.


Opinie dotyczące projektu ustawy zgłoszone przez Sąd Najwyższy, RPO, KRS i Prokuraturę Generalną rzeczywiście były krytyczne wobec pomysłu udostępniania danych sprawców przestępstw seksualnych w domenie publicznej, choć nie potępiały idei stworzenia rejestru z dostępem ograniczonym m.in. dla policji i sądów.

Na przykład Rzecznik Praw Obywatelskich powoływał się na badania przeprowadzone w tych stanach USA, gdzie działały podobne rejestry publiczne. Wynika z nich, że publikowanie danych sprawców wcale nie zmniejsza liczby przestępstw seksualnych ani odsetka recydywy, za to prowadzi do samosądów, prześladowań rodzin sprawców oraz ich ofiar.

Nie jest jednak prawdą, że posłowie czy senatorowie PiS uznali te argumenty i ograniczyli zakres przestępstw kwalifikujących do znalezienia się w rejestrze publicznym. W projekcie ustawy przygotowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości mieli figurować w nim sprawcy skazani:

  • za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 par. 4. kk) wobec małoletniego poniżej 15 roku życia;
  • oraz dopuszczający się przestępstw seksualnych wymienionych w ustawie w warunkach recydywy (określonych w art. 64 par. 1 lub 2 kk).

Oznacza to, że pierwotnie zakres przestępstw, za które można było trafić do publicznego rejestru był nawet węższy, bo obecnie obejmuje sprawców wszystkich, a nie tylko szczególnie okrutnych gwałtów na małoletnich poniżej 15. roku życia. 

Nawet gdyby Sejm nic w ustawie nie zmienił, ksiądz Kania także nie znalazłby się w publicznym rejestrze.

Ziobro ignoruje list chłopca

Ministerstwo Sprawiedliwości nie zgodziło się w 2016 roku z opiniami nawołującymi do rezygnacji z tworzenia ogólnodostępnego rejestru przestępców seksualnych ze względu na bezpieczeństwo ofiar i ich bliskich, którzy mogą zostać rozpoznani i prześladowani przez otoczenie. Na komisji sejmowej w marcu 2016 roku Patryk Jaki zapewniał jednak Michała Szczerbę z PO, że “wychodząc naprzeciw tego typu wątpliwościom” ministerstwo wprowadziło przepis pozwalający na wyłączenie przez sąd sprawcy z rejestru na jego wniosek, gdy uzasadni go m.in. dobrem ofiary.

“Czyli w naszej ocenie warunki, o których wspominał pan poseł, są spełnione” – uciął dyskusję Jaki.

Jak napisaliśmy wyżej, ta poprawka pozwoliła na usunięcie z rejestru 17 osób. Nie zagwarantowała jednak bezpieczeństwa wszystkim ofiarom. W lutym 2018 roku list do Rzecznika Praw Obywatelskich napisał chłopak, który wraz z siostrą przed kilkoma laty padł ofiarą przemocy ze strony ojca. Tuż po otwarciu rejestru zauważył na Facebooku popularny w jego miejscowości wpis, w którym udostępniono nazwiska i zdjęcia przestępców seksualnych, w tym jego ojca. “Wiem, że to kwestia czasu, kiedy ludzie zaczną się dopytywać, czy to mój ojciec” – napisał w liście do Rzecznika.

„Autor listu obawia się nie tylko o siebie i spodziewaną utratę spokoju życia, ale przede wszystkim o siostrę” – alarmował RPO. Dziewczyna od kilku lat jest pod opieką psychologa, obawia się o przyszłość.

Rzecznik Praw Obywatelskich zaapelował wtedy do ministra sprawiedliwości o przygotowanie przepisów, które umożliwiałyby członkom rodzin sprawców i ich ofiarom wnioskowanie o wykluczanie ich z publicznego rejestru. Obecna ustawa na to nie pozwala.

Zgodnie z ustawą o RPO Ziobro miał obowiązek odpowiedzieć na to wystąpienie w ciągu miesiąca. Nie mogąc doczekać się odpowiedzi, w czerwcu RPO upomniał się o to u premiera Mateusza Morawieckiego. “Do Rzecznika wpływają już kolejne takie skargi” – alarmował.

Premiera Morawieckiego i ministra Ziobry to nie przejęło. Jak informuje OKO.press Mirosław Wróblewski, Dyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego i Międzynarodowego Biura RPO, odpowiedź do tej pory nie nadeszła.

Dziennikarz, filozof. Od 2016 roku związany z OKO.press. Wcześniej pisał dla "Gazety Wyborczej". Za jeden z reportaży był nominowany do kilku nagród dziennikarskich. W OKO.press pisze o prawie.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym