Tylko w "Klubie komediowym" zatrudniamy 30 osób na etatach. Ale aktorzy? Aktor jak nie gra, to zostaje bez niczego. W „Cudach na kiju” 80 tys. zł miesięcznie idzie na pensje. Do końca miesiąca udźwigniemy, ale nie wiem, co potem zrobimy z ludźmi. To znaczy niestety wiem - młody warszawski biznesmen na gorąco liczy, ile kosztuje go zakaz działalności

Piotr Pacewicz, OKO.press: Chcemy się dokładnie dowiedzieć, w jakim stopniu odpowiedź państwa na koronawirusa uderzyła w twoje biznesy. Zajrzeć w twoje rachunki.

Józef Czarnocki: Po kolei. Prowadzę „Cuda na kiju”, pub w centrum Warszawy, w byłym domu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zresztą. Poza tym klub komediowy w podziemiach na Placu Zbawiciela o zaskakującej nazwie „Klub komediowy” oraz sezonowo „Plac Zabaw” i „Wisławę”, miejsca nad Wisłą, od maja do września, w zależności od pogody, ze sceną, koncertami, do tego bar, imprezy, warsztat rowerowy, w weekendy market, kino pod chmurką.

„Klub komediowy” to przede wszystkim scena, w 2019 roku 700 spektakli, bar jest tylko elementem – nomen omen – posiłkowym. I jeszcze prowadzimy browar „Inne beczki”, mały, na 200 tys. litrów miesięcznie.

Prawie pół miliona butelek? Nie tak mało.

Jasne, jeden z większych browarów rzemieślniczych w Polsce, ale od browarów regionalnych dzieli nas przepaść, nie mówiąc o takich gigantach, jak Tyskie, czy Lech.

To wszystko razem tworzy konglomerat. Na przykład te miejsca nad Wisłą prowadzimy jako „Klub komediowy”.

Mówisz „my”?

Grupa moich rówieśników [kto – zobacz na koniec tekstu*], każda inicjatywa ma inną formę: spółki z o.o., spółki akcyjnej, a Klub Komediowy jest stowarzyszeniem. Jesteśmy zaprzyjaźnieni od lat. Z Kubą [Szulczewskim] – od liceum, Janek [Szyprzak] pracował w „Cudach” jako menadżer, a że jest czechofilem sprowadzał piwo stamtąd, a potem stwierdził, że może sam uwarzy i nas namówił. Z Michałem [Sufinem] poznaliśmy się na Chłodnej 25, gdzie raczkował „Klub komediowy”. Michał prowadził ceremonię ślubną Kuby, taką dla znajomych, po tej oficjalnej.

Józek Czarnocki o wływie koronawirusa na biznes

Przychodzi epidemia i państwo was zamyka.

Największy kłopot to stałe koszty, z którymi zostaliśmy.

W samych „Cudach na kiju” około 80 tys. złotych na pensje miesięcznie.

Do końca miesiąca udźwigniemy. Chcemy wypłacać 60 proc. pensji za ten czas, kiedy nie ma pracy.

Mamy szczęście do ludzi, solidaryzują się z nami. Sporo osób stwierdziło, że nie będzie pobierało pensji w czasie zamrożenie pubu, ci, którzy mogą sobie na to pozwolić.

Udało nam się zbudować takie relacje, że po prostu staramy się wspólnie to wszystko przetrwać. Ale szczerze mówiąc, co się wydarzy po tych dwóch tygodniach, nie wiem.

Na pewno dwóch miesięcy, o których słychać coraz częściej, nie będziemy w stanie przetrwać. I trzeba będzie zrobić najgorszy krok, masowe zwolnienia.

Na jakich umowach zatrudniacie ludzi?

Na umowy o pracę i o dzieło – dla studentów, których w gastronomii pracuje wielu, czasem raz czy dwa razy w tygodniu. W sumie to ponad 30 osób. Na wynagrodzenia wydajemy miesięcznie 80 tysięcy. Do tego czynsz w wysokości 40 tysięcy.

To jest prywatny najem od centrum bankowo-finansowego, z udziałem Skarbu Państwa. Liczymy, że nam odpuszczą. W najlepszym scenariuszu uda nam się czynsz zamrozić, może nawet unieważnić, a w najgorszym przesunąć na miesiące, kiedy będziemy z powrotem działać. Tutaj czujemy się w miarę bezpiecznie, po rozmowach jakie mieliśmy.

Nie będą nas chyba chcieli dobić, zresztą mają duży dochód z wynajmu przestrzeni użytkowych.

Staramy się też ratować sprzedażą na wynos z dowozem – samodzielnie i za pośrednictwem wszystkich możliwych platform (Uber, Wolt, etc.), ale to trudna sprawa. Zgodnie z polskim prawem nie możemy sprzedawać na wynos alkoholu, nawet naszego piwa.

Produkty się nie zmarnowały?

Staramy się ratować, co się da.

Owoce suszymy, warzywa wekujemy na lepsze czasy, ale mamy w sumie kilkanaście tysięcy utopionych w towarze, chociażby w piwie, około 60-70 beczek.

Dwa tygodnie to nie jest problem, ale dwa miesiące dla piwa – owszem i będziemy musieli je spisać na straty.

Jakieś zaskórniaki chyba macie?

Gastronomia to taki biznes, gdzie nie kumuluje się kapitału, tylko cały czas się nim obraca. Nie mamy rezerw, podobnie jak cała branża. W gastronomii koszty są olbrzymie. Zysk, o ile się pojawia, jest minimalny, na poziomie kilku procent. Każda przerwa oznacza małą katastrofę, każdy dzień waży na opłacalności całej działalności. Do tej pory nie wyobrażaliśmy sobie, by zamknąć „Cuda” choćby na chwilę. Pracowaliśmy siedem dni w tygodniu, od rana do późnej nocy.

Cały nasz pion menedżerski solidarnie stwierdził, że z pensji rezygnuje, dalej nam pomaga, solidarnie starają się z nami ten czas przejść. Barmani, kelnerzy i pracownicy kuchni to już gorzej, w większości nie mogą sobie pozwolić na stratę zarobków, wynajmują mieszkania, spłacają kredyty.

Nie wiem, co z nimi zrobimy, jeśli to potrwa dłużej. To znaczy niestety wiem. Może nie być wyjścia.

A dużo na tym ty sam tracisz?

Nawet o tym nie myślałem. Najgorsza jest perspektywa, że nie będę miał jak wypłacić ludziom pensji, to mi zawsze spędzało sen z powiek.

Jesteś dobrym kapitalistą.

Tak mi mówią. Ze wszystkimi pracownikami jesteśmy w miarę bliskiej relacji, zawsze dbamy o nich po ludzku. To jest najważniejsze w tym wszystkim. Tak, perspektywa braku wypłaty pensji jest najgorsza.

O zamykaniu interesu jeszcze nie myślę, odpycham tę myśl, chociaż, jak mówię, trudno dzisiaj przewidywać, bo nie wiadomo, jaka przed nami jest perspektywa.

„Klub komediowy” nie działa.

Zamknął się wcześniej, po wprowadzeniu zarządzenia o zamykaniu kultury, czyli kin, teatrów, klubów. Tutaj też jest stała kadra, około 30 osób – barmanów, menedżerów, osoby od PR, sprzedaży biletów, kontaktów z biznesem, obsługi mediów społecznościowych, realizatorów dźwięku i świateł, szatniarzy.

I aktorzy. Współpracujemy w zależności od miesiąca z 50-70 aktorami. Z tego 30 gra u nas w pełnym wymiarze godzin. W ciągu roku dajemy ponad 700 spektakli. Prawie 60 miesięcznie. To znaczy dawaliśmy.

Ile aktor zarabia, czyli teraz traci?

Mniej więcej 200 zł od spektaklu. Grają często po 2-3 spektakle dziennie. Część aktorów ma inne angaże, w telewizji, gdzie jeszcze coś się dzieje, ale część zostaje zupełnie na lodzie.

Jak aktor nie gra, to nie dostaje wynagrodzenia, zostaje bez niczego.

Płacimy 15 tys. zł czynszu, na preferencyjnych warunkach, jakie Miasto (Warszawa) dało nam jako Stowarzyszeniu. Liczymy, że uda się ten czynsz odroczyć lub umorzyć. Rozmowy się toczą. Miasto raczej stara się pomóc.

Próbujemy uniknąć katastrofy szykując platformę streamingu online, w systemu pay per view [opłata za obejrzenie jednego spektaklu]. To pozwoliłoby nam podratować aktorów. Byłoby super, gdyby ten kawałek znalazł się w wywiadzie.

Jasne. Widziałem sporo waszych spektakli, niektóre były wspaniałe. Żywy teatr, taka commedia dell’arte XXI wieku. „Klub komediowy” był dochodowy?

(Śmiech) Dochodowy w tym sensie, że udało się zbudować markę, dzięki której prowadzimy „Plac zabaw” i „Wisławę”. Sam „Klub” no nie, to jest wspaniałe miejsce, warto je było stworzyć, ale takie wartości nie przekładają się dochody.

To co z tą trzydziestką ludzi?

Są zatrudnieni na umowę o pracę lub umowy zlecenia.

Ci, którzy pracują na zlecenie, na przykład realizatorzy dźwięku, po prostu tracą z dnia na dzień wszystkie dochody.

Z pracownikami, którzy są na umowach o pracę, staramy się znaleźć jakiś złoty środek, jakoś te pensje będziemy zamrażać, z założeniem, że wypłacimy z czasem. Oczywiście w obopólnym porozumieniu, nie narzucamy rozwiązań, w zależności od tego, kto jest w jakiej sytuacji, staramy się wypracowywać konsensus.

A „Inne beczki” poza krotochwilną nazwą, to chyba najbardziej wypasiony biznes. Na zdjęciach wygląda kosmicznie nowocześnie.

No tak, udało nam się go rozwinąć. Zaczynaliśmy jako browar kontraktowy od warzenia piwa w Czechach w takim mikrobrowarze Konniczek (po polsku konik), potem w polskich browarach, w sumie 10-12.

Od dwóch lat mamy własny. Znaleźliśmy inwestora, który wyłożył dużą kasę, rzędu 20 milionów złotych. Bardzo fajny, choć z innego świata niż my.

Żyjecie bez kredytów?

Mamy jakieś kredyty operacyjne, zawierane przez spółkę właściciela browaru, na nas bezpośrednio nie wiszą. Szczęśliwie w innych miejscach nie musimy się kredytować.

Ograniczyliście produkcję? Odpadł choćby klient „Cuda na kiju”.

Nie, na tym etapie nie. Minął tydzień od rozporządzeń. Jakieś 60-70 proc. sprzedaży browaru idzie do gastronomii, czyli dużo, ale sprzedajemy też do sklepów, hurtowni. Oczywiście nas to dotknie, ale na razie czujemy się w miarę bezpiecznie. Sprzedaż do „Cudów” to maleńki odsetek, obsługujemy całą Polskę.

A te nadwiślańskie kluby?

Najgorsze, że nie wiadomo, czy się szykować, kiedy ten sezon się zacznie i czy w ogóle się zacznie. Trudno myśleć o inwestycjach w tych naszych klubach.

A trzeba by odnowić bar, pomalować pokład, chcieliśmy w tym roku zainwestować w porządną kuchnię.

Dzisiaj wszystko, co jeszcze mamy idzie na pensje, żeby ludzi nie zostawiać na lodzie z dnia na dzień.

A twój nastrój?

Tak naprawdę zajmuję się gastronomią od 25 roku życia, czyli już 10 lat. Zawodowo nie mam innych doświadczeń, ale światopoglądowo owszem. Zawsze miałem dystans do biznesu jako takiego, kluczowi dla mnie byli ludzie, to mnie zawsze inspirowało i motywowało bardziej niż biznes jako ewentualny zysk.

Zysk się pojawiał, ważne są w życiu pieniądze, ale to nie pieniądze mnie pchały do przodu.

A skąd ci wziął się taki światopogląd?

Z dystansu do świata, do biznesu, do pieniędzy.

Taki się urodziłeś?

Może. Ale też dużo podróżowałem po świecie. To daje dystans do tych przyziemnych spraw. Obserwujesz, w jak w różny sposób ludzie na świecie funkcjonują, z czym się zmagają na co dzień, jakie mają problemy. To jest kosmos, cała ta różnorodność, trudności, których sobie nawet nie wyobrażamy.

Moje trudności w zderzeniu z problemami świata są tak nieduże, że nie warto się nimi martwić.

Nigdy nie myślałem, że to ma jakieś przełożenie na to, jak myślę o biznesie.

Ale wygląda na to, że ma.

Podróżowałem trochę po Azji, Tajlandii, Malezji, sporo po Indonezji, trochę po Ameryce Południowej i Łacińskiej de facto. Meksyk, Gwatemala, Chile. Sporo czasu w górach, samotnie. I dużo po Bliskim Wschodzie jeszcze za czasów studenckich. Mongolię liznąłem, przy okazji wypadu nad Bajkał lata temu.

A w ogóle skończyłem gospodarkę przestrzenną na Uniwersytecie na wydziale geografii. Mam 35 lat.

  • Klub Komediowy – współtworzony z Michałem Sufinem, Bartkiem Młynarskim, Jakubem Szulczewskim;
  • „Cuda na Kiju” – współtworzone z Jakubem Szulczewskim;
  • „Wisława” oraz „Plac Zabaw” wspólna inicjatywa „Klubu Komediowego”, „Planu B” i „Pomostu”;
  • Browar Inne Beczki – współtworzone z Jakubem Szulczewskim i Jankiem Szyprzakiem.
OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Komentarze

  1. TW Balbina

    5 tys. pożyczki !? To ma być żart? Za tę kwotę mikroprzedsiębiorca będzie mógł jedynie samodzielnie skonstruować, szubienicę dla siebie i całej rodziny, a wtedy pożyczka stanie się bezzwrotna.

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!