Po pojawieniu się kilku ognisk zachorowań na odrę partia rządząca zrywa – przynajmniej na razie - z ruchami antyszczepionkowymi. Sejm odrzucił ustawę znoszącą obowiązek szczepień, a minister edukacji Anna Zalewska i szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jarosław Pinkas postanowili winą za rosnącą liczbę zachorowań obciążyć cudzoziemców

PiS z ruchami antyszczepionkowymi flirtuje od dawna, rywalizując w tej rozgrywce tylko z Pawłem Kukizem. Już w 2015 roku Patryk Jaki podczas posiedzenia sejmowej komisji zdrowia opowiadał, że „niepożądane odczyny poszczepienne to fakt, takich przypadków jest bardzo dużo” i nazywał „nadużyciem państwa” zmuszaniem do szczepienia wszystkich dzieci.

„Obowiązku nie ma Austria, Cypr, Dania, Estonia, Finlandia, Holandia, Hiszpania, Irlandia, Niemcy, Litwa, Luksemburg, Szwecja, Wielka Brytania. W tych państwach nie ma epidemii. To jak to się dzieje?” – pytał trzy lata temu dzisiejszy wiceminister sprawiedliwości.

Swoje tezy o szczepieniach jako pozbawianiu rodziców wolności decydowania o swoich dzieciach Patryk Jaki wysyłał do Głównego Inspektoratu Sanitarnego (2016) oraz do Ministerstwa Zdrowia (2017) – w obu przypadkach domagał się od urzędników państwa rozluźnienia obowiązku szczepień.

W międzyczasie jednak albo jakieś wydarzenie uzupełniło wiedzę Patryka Jakiego, albo poseł doszedł do cynicznego, choć poprawnego wniosku, że wspieranie ruchów antyszczepionkowych mu się nie będzie politycznie opłacać w warszawskiej kampanii prezydenckiej.

4 października 2018 Patryk Jaki głosował za odrzuceniem w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy znoszącej obowiązek szczepienia, a podczas głosowania nad skierowaniem projektu do prac w komisjach wyjął kartę do głosowania z czytnika.

Partia odszczepionych przytuli

Jaki był jednak w klubie parlamentarnym PiS w zdecydowanej mniejszości. 4 października głosami posłów partii rządzącej do prac w komisjach sejmowych odesłano projekt znoszący obowiązek i wprowadzający dobrowolność szczepień dzieci, który 11 lipca do Sejmu skierowało – wraz ze 120 tys. podpisów – antyszczepionkowe Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach „STOP NOP”.

Podczas debaty jako pierwszy wypowiadał się poseł PiS Krzysztof Ostrowski, który 120 tys. podpisów uznał za „wyraz lęku, obaw o bezpieczeństwo szczepień ochronnych, często wynikających z własnych doświadczeń Polek i Polaków, których nie powinno się lekceważyć”,

a cały projekt nazwał „doskonałą okazją do dyskusji na temat racjonalnego programu szczepień w Polsce i dostosowania go do bezpieczniejszych norm europejskich”.


Dwa razy powołaliście się na przykład odry, mówiąc, że to bardzo groźna choroba. Przecież to była, co pamiętają starzy pediatrzy, najłagodniejsza choroba zakaźna.

Krzysztof Ostrowski, Sejm - 03/10/2018


Fałsz. Przed epoką szczepień odra zabijała 2,6 mln ludzi rocznie


2,6 mln zgonów na odrę

Temu, co opowiada o odrze poseł Ostrowski, przeczą dane Światowej Organizacji Zdrowia. Przed wprowadzeniem szczepień na odrę w 1963 roku była to jedna z najgroźniejszych chorób zakaźnych na świecie.

Duże epidemie wybuchały co 2-3 lata, a liczbę zgonów szacowano na 2,6 miliona rocznie.

Osobnym rozdziałem są powikłania odry, obejmujące zapalenie płuc, zapalenie mięśnia sercowego, zapalenie mózgu z możliwością trwałych ubytków neurologicznych, poronienia oraz ślepotę.

Z tym koszmarem pozwoliło uporać się dopiero wprowadzenie masowych szczepień. Jeszcze w 2000 roku na świecie umarło na odrę 550,1 tys. osób, a w 2016 liczba ofiar zatrzymała się na 89,8 tys. Spadek liczby zgonów wyniósł 84 proc, a liczba ocalonych w XXI w. przekroczyła 20 milionów.

„Szczepionka na odrę jest jedną z najlepszych inwestycji w zdrowie publiczne” – podsumowuje WHO. Z raportu za 2016 rok wynika, że ok. 85 proc. dzieci na świecie otrzymuje pierwszą dawkę szczepionki przeciwko odrze jeszcze przed pierwszymi urodzinami.

Poziom śmiertelności odry zależy natomiast od poziomu cywilizacyjnego państwa. W nowym wydaniu klasycznego podręcznika dla lekarzy „Interna Szczeklika 2017” podano, że w krajach rozwiniętych śmiertelność jest znikoma – mniej niż 0,01 proc. zachorowań.

Odpowiadają za to również powszechne szczepienia, które uniemożliwiając epidemie, nie pozwalają ani na przeciążenie systemów opieki zdrowotnej, ani na zakażenie najsłabszych członków społeczeństw.

W krajach rozwijających się natomiast odra to zabójca dzieci – śmiertelność przekracza 5 proc. w populacji, a wśród niemowląt sięga 30 proc. Tym groźniejszy był pomysł Krzysztofa Ostrowskiego, który lekarz-poseł z PiS przedstawił w rozmowie z „Rzeczpospolitą” – według niego PiS rozważało zniesienie obowiązku szczepień noworodków i wprowadzenie obowiązku szczepień dopiero dla dzieci, które ukończyły dwa lata.

Chłopcy nie potrzebują szczepionek?


Dlaczego szczepimy chłopców na różyczkę? Przecież wiemy, że różyczka jest chorobą, która generalnie jest groźna, to zagrożenie dotyczy dziewczyn w ciąży, a przecież mamy też obowiązkowe szczepienia na różyczkę chłopców, dwa razy

Krzysztof Ostrowski, Sejm - 03/10/2018


Fałsz. CRS to niejedyne groźne powikłanie różyczki


Najpoważniejsze powikłanie różyczki dotyczy kobiet, które zachorują, będąc w pierwszym trymestrze ciąży. Z 90-procentowym prawdopodobieństwem wirus przedostanie się do płodu, powodując poronienie, śmierć płodu lub ciężkie uszkodzenie płodu, znane jako zespół różyczki wrodzonej CRS (congenital rubella syndrome) lub zespół Gregga (od nazwiska australijskiego okulisty Normana Gregga, który w 1941 roku jako pierwszy powiązał problemy zdrowotne dzieci z przejściem różyczki w czasie ciąży przez ich matki).

Spektrum choroby jest szerokie – od zaburzeń po utratę wzroku i słuchu, przez wady i zaburzenia pracy organów wewnętrznych (serca, wątroby, płuc, nerek, tarczycy) po cukrzycę, autyzm i zaburzenia neurologiczne.

Według Światowej Organizacji Zdrowia przed wprowadzeniem szczepień na różyczkę nawet 1 na 250 urodzonych dzieci miało CSR.

Są dwa powody, dla których to, co opowiada poseł Ostrowski, jest fałszywe, szkodliwe i niebezpieczne. Po pierwsze, CSR nie jest jedynym powikłaniem różyczki – i choć chłopców nie dotyczy z oczywistych przyczyn ryzyko zachorowania we wczesnej ciąży, to nadal mogą zachorować, przenosić chorobę i paść ofiarą powikłań różyczki.

A te, choć rzadkie, mogą być poważne. Raz na 3000 przypadków to małopłytkowość (zaburzenia krzepnięcia, krwawienia do mózgu, przewodu pokarmowego, nerek). Raz na 6000 przypadków dochodzi do różyczkowego zapalenia mózgu, które może pozostawić trwałe następstwa w postaci upośledzenia słuchu, napadów drgawkowych, porażeń ruchowych i innych problemów neurologicznych. Najrzadziej występującym z poważnych powikłań różyczki jest kłębuszkowe zapalenie nerek.

Szczepienie jednak jest nie tylko tanią, prostą i doskonale przebadaną klinicznie metodą uniknięcia powikłań.

Drugim powodem, dla którego na różyczkę szczepi się również chłopców, jest to, że w przeciwieństwie do szczepienia dziewczynek daje to odporność na poziomie populacji.

Różyczka przenoszona jest drogą kropelkową, więc zaszczepienie tylko połowy populacji otwiera szeroko drzwi do zakażenia przez mężczyzn tych kobiet, które z jakiś powodów nie zostały zaszczepione.

MMR, czyli łączonej szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce nie mogą przyjmować osoby z nowotworami i chorobami krwi, uczulone na jej składniki, przyjmujące leki zmniejszające aktywność układu odpornościowego) lub które po szczepieniu nie wykształciły pełnej odporności na różyczkę (jej skuteczność, według WHO, przekracza 95 proc.).

Okręgowa Izba Lekarska skarży na posłów-lekarzy z PiS

Po głosowaniu 4 października Prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie złożył do rzecznika odpowiedzialności zawodowej Naczelnej Izby Lekarskiej wniosek o ukaranie pięciorga lekarzy-posłów PiS (Tomasza Latosa, Grzegorza Raczaka, Krzysztofa Ostrowskiego, Andrzeja Sośnierza i Alicji Kaczorowskiej) za naruszenie Kodeksu Etyki Lekarskiej wypowiedziami i głosowaniem w sprawie tego projektu.

„Lekarz Krzysztof Ostrowski wypowiada się publicznie w sposób niezgodny z aktualną wiedzą medyczną i nawołuje do stosowania nieefektywnych metod profilaktyki chorób zakaźnych. Otwarcie przekazuje informacje, które nie mają jakichkolwiek wiarygodnych podstaw naukowych”,

stwierdził prezes warszawskiej OIL Łukasz Jankowski.

Ale to nie wszystko co PiS zrobiło, by przytulić antyszczepionkowców do partii. Rząd PiS – jeszcze gdy ministrem zdrowia był Konstanty Radziwiłł – zaproponował ustawę wprowadzającą ułatwioną procedurę odszkodowawczą dla osób, które doświadczyły niepożądanego odczynu poszczepiennego (NOP).

Odszkodowanie w wysokości co najmniej 500 zł za dzień (maksymalnie 70 tys. zł) wypłacane miało być z Funduszu Kompensacyjnego Narodowego Programu Szczepień Ochronnych i przysługiwałoby opiekunowi dziecka, które z powodu powikłań po szczepieniu było leczone w szpitalu przez co najmniej 14 dni.

Rząd mógł sobie pozwolić na taką hojność, bo ministerstwo zdrowia szacuje liczbę poważniejszych powikłań po szczepieniu na dziesięć rocznie.

Projekt utknął na etapie konsultacji społecznych. „Rzeczpospolita” pisała, że po zmianie na stanowisku ministra zdrowia projekt stracił polityczne poparcie – Łukasz Szumowski obawia się, że pieniądze na odszkodowania spowodują falę fałszywych zgłoszeń NOP i przyczynią się do nakręcenia antyszczepionkowej propagandy.

Odra kończy flirty

Romans PiS z ruchem antyszczepionkowym przerwała fala zachorowań na odrę. W mediach głośno odbiło się ognisko podwarszawskiego Pruszkowa, gdzie choroba zaczęła rozprzestrzeniać się w szkole podstawowej. Zachorowały 22 osoby – 21 w powiecie pruszkowskim i jedna w Warszawie.

To pozwoliło przypomnieć liczby, przy których ewentualne powikłania po szczepieniach na odrę bledną.

Od 1 stycznia do 31 października 2018 w Polsce zarejestrowano 144 przypadki odry – to rekord, choć trzycyfrowe liczby zachorowań w Polsce po 2000 roku się zdarzały.

Dane potwierdzają sens szczepień, bo w Europie Światowa Organizacja Zdrowia odnotowała od stycznia do września 2018 roku aż 52 tys. przypadków odry (przez cały 2017 – 24 tys.). W Rumunii zmarło 17 osób, ale naprawdę tragiczna jest sytuacja na Ukrainie, gdzie tylko w tym roku zachorowało 35 tys. osób, a zmarło już siedmioro dzieci i czworo dorosłych.

Odmawiają szczepień

To rzuca światło na ruchy antyszczepionkowe, które w ciągu ostatniej dekady rosły w siłę nie tylko w Rumunii i na Ukrainie. Również w Polsce liczba odmów szczepień rośnie lawinowo. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego

między 2010 a 2017 rokiem odnotowano ponad 100 tys. odmów zaszczepienia dzieci – z tym, że w 2010 roku odmówili rodzice niespełna 3,5 tys. dzieci, a w 2017 już ponad 30 tys. dzieci.

Skutki widać było w Pruszkowie – nie wiadomo, kim był w przypadku tego ogniska „pacjent zero”, ale wiadomo, że w jednym domu zachorowało sześć osób. Tylko jedna była zaszczepiona (przebieg choroby był wyraźnie łagodniejszy), a zanim katar i gorączka zostały zidentyfikowane jako odra, od dzieci zaraziło się przez szkołę kolejnych kilkanaście osób.

W takich warunkach PiS przestało być po drodze z antyszczepionkowcami. W czwartek 8 listopada 2018 roku sejmowe komisje zdrowia oraz polityki społecznej i rodziny opowiedziały się za odrzuceniem projektu komitetu STOP NOP, a dzień później projekt został odrzucony przez Sejm w drugim czytaniu.

Przeciwko posłaniu ustawy na dno kosza była tylko jedna posłanka PiS (Anna Maria Siarkowska), natomiast dwoje (Jan Szyszko i Barbara Bubula) wstrzymało się od głosu.

Czas poszukać winnych

W czwartek miejsce miało jeszcze jedno wydarzenie związane ze szczepieniami – wspólną konferencję prasową zorganizowali minister edukacji Anna Zalewska oraz szef Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego Jarosław Pinkas. Zapowiedzieli, że do szkół zostanie skierowany specjalny list w sprawie obowiązku szczepień.

Dziwnym elementem tej konferencji był wątek cudzoziemców. Minister Zalewska zapowiedziała, że „w najbliższych dniach zostaną podjęte rozmowy z rodzicami i opiekunami prawnymi uczniów, którzy są obcokrajowcami, a którzy nie są zaszczepieni”.

Minister tym samym dowiodła, że wątek państwa teoretycznego ma się w podległych jej placówkach znakomicie. W TOK FM dr Maria Libura tłumaczyła, że sam obowiązek szczepienia jest, problem z realizacją.

„Kalendarzowi szczepień, który obowiązuje w Polsce, podlegają też cudzoziemcy, którzy przebywają w naszym kraju dłużej niż trzy miesiące. Tymczasem chorują dzieci obcokrajowców, którzy przebywają tu na stałe. Cóż z tego, że jest przepis, skoro nie jest on realizowany. A z pracownikami sezonowymi będzie jeszcze trudniej”.

Dalej poszedł szef GIS Jarosław Pinkas, który wprost stwierdził, że Polacy nie mają powodu do obawiania się wirusa odry: „Odra jest w tej chwili wśród cudzoziemców”.

W Polsce, poza pojedynczymi przypadkami, w 2018 roku zidentyfikowano dwa ogniska choroby – większe w Pruszkowie i mniejsze w Kwidzynie. Pinkas ma rację tylko w tym drugim przypadku: w pomorskiej fabryce Jabila na odrę zachorowało czworo pracowników z Ukrainy.

Polska w 2016 roku została zakwalifikowana przez Światową Organizację Zdrowia jako kraj o przerwanej transmisji wirusa odry. Z powodu liczby podróżujących między Polską a Ukrainą oraz załamania się w ostatnich latach programów szczepień na Ukrainie rosnąca epidemia za wschodnią granicą będzie bardzo poważnym testem skuteczności polskiego systemu szczepień.

Ale wirus może zostać przyniesiony z wielu kierunków, bo liczba zachorowań na odrę rośnie również w Unii Europejskiej: w Rumunii odnotowano w tym roku już 5100 przypadków, we Francji 2702, w Grecji 2290, a we Włoszech 2248.

Spójność opowieści ministra Pinkasa psuje jednak przypadek Pruszków, gdzie chorowali głównie niezaszczepieni Polacy. „Wśród 17 zakażonych w powiecie pruszkowskim osób tylko trzy są pochodzenia ukraińskiego”, powiedziała „Wyborczej” dr Agata Wolska, dyrektorka stacji sanitarno-epidemiologicznej w Pruszkowie.

Oceniła, że „nie ma żadnych dowodów” na to, że odrę przynieśli do Pruszkowa niezaszczepieni obywatele Ukrainy. „Pacjent zero jest trudny do zidentyfikowania. Nie mamy o nim pełnych danych i tak naprawdę nie wiemy, skąd wirus wziął się w Pruszkowie”, stwierdziła.


To jest efekt zwiększającej się liczby osób, które albo odmówiły, albo nie wypełniły swojego obowiązku szczepień

Łukasz Szumowski, Polsat News - 07/11/2018

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta


Prawda. Polska przekracza (w dół) granicę odporności populacyjnej.


Minister zdrowia dużo lepiej niż szef GIS poradził sobie z wytłumaczeniem, dlaczego w 2018 roku w Polsce pojawiają się ogniska odry. Według danych Państwowego Zakładu Higieny do 2006 roku wyszczepienie poszczególnych roczników wynosiło 99,7-99,9 proc., natomiast od 2008 roku systematycznie spada odsetek zaszczepionych.

Stan zaszczepienia na odrę roczników 2016-2004 na dzień 31 grudnia 2017

(Przy analizie powyższego wykresu należy zwrócić uwagę, że nie chodzi tu o stan wyszczepienia Polek i Polaków w danym roku, ale o szczepienia przeciw odrze poszczególnych roczników.

Nagły spadek w roku 2016 roku może wynikać z tego, że wielu dzieci urodzonych w 2016 r. nie zdążono jeszcze zaszczepić. Pierwszą dawkę szczepienia na odrę podaje się między 13 a 14 miesiącem życia, dlatego dzieci z drugiej połowy 2016 roku mogły nie zostać zaszczepione do 31 grudnia 2017, zwłaszcza jeżeli ze względu na stan zdrowia szczepienie zostało odroczone. Niemniej jednak spadek jest widoczny).

95 proc. to granica dająca odporność populacyjną, czyli taką, przy której gęstość szczepień uniemożliwia chorobie rozprzestrzenianie się. Niestety, tę granicę Polska właśnie przekracza, a ponieważ wirus odry jest i będzie przenoszony przez podróżujących, niezaszczepieni będą podatni na zarażenie – i sto tysięcy dzieci, których rodzice odmówili szczepienia w ciągu ostatnich ośmiu lat, wydatnie ten proces ułatwia.


Socjolog, publicysta. Publikuje na łamach Gazety Wyborczej. Doktorant w ISNS UW.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym