Mieli skończyć do 11:00 i iść demonstrować pod MEN. Ale spierali się do późnego popołudnia. W końcu przegłosowali udział w radach pedagogicznych dopuszczających do matury. Odłożyli na bok najsilniejszy oręż strajkowy, by pokazać, że troszczą się o uczniów. Obawiali się też reakcji społeczności szkolnych i szalonych ruchów władz. Ale matur nie będą obsługiwać

Na pierwszym spotkaniu (23 kwietnia 2019) Ogólnopolskiego Międzyszkolnego Komitetu Strajkowego (na zdjęciu troje członków) nauczyciele i nauczycielki z 22 lokalnych komitetów z całego kraju musieli zdecydować, na ile radykalnie potraktować swój własny protest. Zanosiło się na to, że zgodnie z zasadą „jak strajk, to strajk”, nie będą wystawiać ocen, korzystając z Librusa (internetowego dziennika), ani brać udziału w Radach Pedagogicznych.

Nie podejmą zatem uchwał klasyfikacyjnych, czyli zatwierdzających wystawione oceny roczne, co wymaga kworum minimum 50 proc. członków Rad Pedagogicznych.

Innymi słowy, mieli zdecydować, czy uczniowie ostatnich klas liceum i technikum będą mogli podejść do matur. Kalendarz szkolny jest nieubłagany: ostatnim dniem na zorganizowanie klasyfikacyjnej Rady Pedagogicznej jest środa (24 kwietnia). Świadectwa maturalne absolwenci powinni odebrać już w piątek 26 kwietnia.

Decydowało głosowanie

Wielogodzinne obrady toczyły się pod presją czasu, jednocześnie w atmosferze docierających sygnałów z wielkiej manifestacji pod MEN, dokąd udała się część uczestników i uczestniczek.

Znaczącą przewagą głosów – tylko trzy „przeciw” i 15 „za” – nauczyciele i nauczycielki zdecydowali, że należy jednak przystąpić do rad klasyfikacyjnych. Jednocześnie nie rezygnują ze strajku. W każdej ze szkół dwie osoby zostaną oddelegowane do kontynuowania strajku, a reszta wróci do akcji protestacyjnej z końcem tego tygodnia.

Adam Hornung, reprezentant Warszawy w OMKS, opowiada OKO.press o kulisach spotkania. „Rozmowy były burzliwe. Zakładaliśmy, że do godz. 11:00 [red. – początek manifestacji ZNP pod MEN] podejmiemy decyzję i ogłosimy ją na demonstracji. Okazało się to niemożliwe. Na sali spotkało się ponad 40 osób z komitetów z całego kraju. Każdy chciał zabrać głos, ale w końcu decyzję podjęliśmy niemal jednomyślnie.

Umówiliśmy się, że wszystkie punkty przechodzą przy poparciu co najmniej 70 proc. obecnych. Przeciwko klasyfikowaniu opowiedziały się tylko trzy osoby. Można więc śmiało powiedzieć, że była ona jednomyślna, a na pewno – że przewaga była miażdżąca”.

Dlaczego klasyfikować? Pięć powodów

Hornung: „Po pierwsze, doszły do nas sygnały, że jeśli nieklasyfikowanie uczniów zostanie uznane za wyjątkowo szkodliwe zachowanie społeczne, to rząd może przeć do delegalizacji strajku. W takim scenariuszu z pewnością przegralibyśmy naszą walkę.

Po drugie,

pokazaliśmy, że to my, nauczyciele, bierzemy odpowiedzialność za uczniów, czyli robimy to, co powinien zrobić rząd. Choć to rząd jest odpowiedzialny za organizację edukacji i roztoczenie opieki nad dziećmi i młodzieżą.

Po trzecie, wzięliśmy pod uwagę głosy, które mówiły, że nie każda szkoła jest na tym samym poziomie negocjacyjnym. W części placówek nauczyciele ocenili i sklasyfikowali uczniów jeszcze przed rozpoczęciem strajku. A to oznacza, że część z nas ryzykowałaby więcej, inni – mniej.

Decyzja wynikła z poczucia solidarności między szkołami. Chcemy, żeby każdy uczeń miał równy dostęp do świadectw maturalnych. Nie chcemy, żeby ktokolwiek czuł się przegrany. O takich sprawach nie powinien decydować czysty przypadek.

Po czwarte, mamy pełną świadomość, że nie jesteśmy specami od politycznego PR, tylko zwykłymi nauczycielami i nauczycielkami. Baliśmy się, że nie będziemy w stanie wygrać informacyjnego piekła, które mógłby rozpętać rząd, gdybyśmy nie przystąpili do klasyfikacji.

Nie chcieliśmy, żeby rodzice i uczniowie zanegowali przedłużający się strajk. Baliśmy się, że przestaną go rozumieć.

Na tyle, na ile potrafimy wyczuć atmosferę poparcia, zdecydowaliśmy się wykonać gest wobec całego społeczeństwa.

Po piąte, wiemy, że na czwartkowym posiedzeniu Sejmu ma pojawić się punkt dotyczący edukacji. Domyślamy się, że szykowane było jakieś sprzeczne z prawem „siłowe rozwiązanie”, które miałoby np. dopuścić wszystkie osoby do matur. Nie chcemy przykładać ręki do tego, by rząd uciekał się do autokratycznych wybiegów. Klasyfikując pokazujemy, że jesteśmy moralnymi zwycięzcami”.

Co dalej? Matury zostają jako problem, strajk trwa

Hornung: „Klasyfikacja była ważnym argumentem, ale równie ważne są matury, których nie będziemy prowadzić. Matury to egzamin zewnętrzny. Za jego organizację odpowiadają jednostki rządowe: CKE i OKE. Nie będziemy częścią zespołów nadzorujących.

Jeśli rząd wciąż chce przekonywać, że nas nie potrzebuje, bo ma służbę więzienną, katechetów, strażników miejskich, to ich sprawa. Sprawa ich sumienia.

Kolejnym newralgicznym momentem jest sprawdzanie prac. Mamy sygnały, że strajkujący nauczyciele niechętnie się do nich zgłaszają. A przy okazji chcemy pokazać, że same egzaminy to nie sens edukacji. Rząd ignoruje to, że już trzeci tydzień setki tysięcy, może nawet miliony dzieci nie mają opieki, tracą ciągłość edukacji”.

 


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym