0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska / OKO.pressil. Iga Kucharska / ...

Anton Ambroziak, OKO.press: O nierównościach w podziale obowiązków domowych i opiekuńczych mówi się głównie w kontekście demografii. Kobiety nie chcą mieć kolejnych dzieci, bo nie czują wsparcia od partnerów. Jak do tego problemu podchodzą ekonomiści?

Łukasz Baszczak, starszy analityk Zespołu Ekonomii Behawioralnej Polskiego Instytutu Ekonomicznego: Dla ekonomistów podział pracy w gospodarce to podstawowe zagadnienie, które pojawiało się już u Adama Smitha. Tradycyjnie podział obowiązków domowych był widziany przez pryzmat racjonalizacji podmiotów.

Historycznie to kobiety specjalizowały się w pracach domowych, bo mniej zarabiały, a wyższe zarobki mężczyzn skłaniały ich do pracy w nadgodzinach i koło się zamyka.

Dziś aktywnie walczymy z gender gap w wynagrodzeniach, ale kiedyś to w ogóle nie było przedmiotem zmartwień. Ekonomiści twierdzili, że podział obowiązków domowych jest racjonalny, bo po prostu się opłaca. Ogromną rolę w zmianie tej optyki odegrała ekonomia feministyczna. Badaczki pokazały, że nawet w parach, w których to kobieta zarabia więcej, i tak ona wykonuje więcej prac domowych i opiekuńczych. To obaliło przeświadczenie, że tą sferą rządzi ekonomiczna racjonalność, raczej zestaw norm społecznych, tradycji i wychowania.

Jak ten podział obowiązków rozkłada się na świecie i w Polsce – i czy jesteśmy tu jakoś szczególni?

Niestety w Polsce poruszamy się w pustyni danych. W USA, Australii, czy Wielkiej Brytanii mamy badania, które na przestrzeni lat lub nawet dekad analizują te same rodziny – sprawdzają, w jakim stopniu wzorzec wychowania przekłada się na kolejne generacje.

Jedyne czym dysponujemy w Polsce to dane deklaratywne. Jako ankieter mogę pana zapytać, ile godzin poświęca pan dziennie lub tygodniowo na prace domowe.

Z tych szacunkowych odpowiedzi wychodzi, że kobiety w Polsce pracują 36 godzin w tygodniu, czyli wyrabiają drugi etat. Za to mężczyźni deklarują, że jest to średnio 22 godziny.

Z innej bazy mamy też dane dzienne – z nich wynika, że kobiety oddają pracy opiekuńczej i domowej codziennie 110 minut więcej niż ich partnerzy. W większości rozwiniętych państw, z wyjątkiem Skandynawii i Beneluxu, te proporcje są podobne.

Jeśli spojrzymy sobie na Polskę sprzed 20 lat, to okaże się, że wskaźnik aktywności ekonomicznej kobiet w wieku produkcyjnym wynosił około 50 proc. Teraz jest to niemal 70 proc. Wyrównywanie podziału obowiązków domowych jest znacznie wolniejszym procesem.

Skoro nie zarobkami, to jak wyjaśnić tę lukę?

W tej kwestii występują tak silne mechanizmy związane z normami społecznymi i psychologią jednostek, że nie można polegać tylko na wyjaśnieniach ekonomicznych. Nawet w rodzinach, w których mężczyzna traci pracę, a kobieta utrzymuje dom, mężczyzna redukuje swój wkład w pracę domową. Z punktu widzenia ekonomii to paradoksalne, ale badanie z Australii dokładnie to nam pokazało.

Głównym nośnikiem norm społecznych są rodziny. Z domów, gdzie ojcowie byli bardziej zaangażowani w pracę domową, wychodzą synowie, którzy potem chętniej dzielą obowiązki z partnerką, gdy zakładają własne rodziny. Za to tam, gdzie matka była aktywna zawodowo, córki mają oczekiwanie, że ich dorosłość z partnerem będzie bardziej egalitarna. Z badań w Niemczech i Szwecji wiemy, że rola socjalizacji i wychowania jest kluczowa.

Są też cechy osobowościowe, które sprawiają, że w parach inaczej dzielimy się obowiązkami domowymi. Spolegliwość, ugodowość, chęć unikania konfliktów – kulturowo przypisane kobietom – sprawiają, że rzadziej negocjujemy z partnerem.

Tylko że to również pochodne socjalizacji – dziewczynki przez lata tresowało się do uległości, uczynności, poświęceń.

To prawda, ale te elementy socjalizacji różnie grają u różnych osób. Może być tak, że kobieta chce wyegzekwować równy podział obowiązków. Przychodzi i mówi partnerowi, że jest nadmiernie obciążona, że chce, żeby ten wziął na siebie część zadań. Część mężczyzn znajdzie w sobie elastyczność do zmiany, inni – nawet podświadomie – będą stosować strategie oporu. Będą wykonywać nowe zadania tak niedbale, żeby partnerka zrezygnowała z ich pomocy.

Czyli będę składać pranie tak, żeby trzeba było po mnie poprawić?

Dokładnie. W czynnikach psychologicznych dużą rolę odgrywa komunikacja. Jako dorośli, kochający i szanujący się ludzie, żyjący w jednym gospodarstwie domowym, powinniśmy móc się dogadać co do sprawiedliwego podziału obowiązków.

Okazuje się, że gdy chodzi o negocjacje, mężczyźni częściej skłonni są przyznać, że sprawiedliwy jest podział, w którym oni robią mniej. Za to kobiety równym podziałem zadań mierzą jakość relacji. Skłonność do utrzymania związku, czy w ogóle satysfakcja z relacji, jest u części kobiet silnie związana z tym, czy dobrze się dzielimy obowiązkami.

Sceptycy wyrównywania tej luki powiedzą, że dla części kobiet satysfakcjonujące będzie zajmowanie się domem i dziećmi.

Musimy sięgnąć do danych demograficznych. Im wyższe wykształcenie kobiet, tym większa potrzeba równego podziału, a więc i większe niezadowolenie, gdy nie da się uzgodnić tego, co sprawiedliwe dla obu stron. Za to wykształceni mężczyźni chętniej dołączają do obowiązków domowych, traktując to jako wkład w budowanie czegoś wspólnego.

Trochę bardziej równy podział obowiązków będzie w miastach niż na wsiach. Widoczne są też zmiany generacyjne. Im młodsza para, tym większa prawdopodobieństwo, że pojawi się chociaż dyskusja o podziale obowiązków.

To, co wyraźnie się zmienia, to norma społeczna. Nawet mężczyźni o konserwatywnych poglądach raczej nie będą się chwalić, że nigdy nie zrobili sobie prania, czy nie potrafią niczego ugotować.

Problem w tym, że za zmianą postrzegania nie idzie zmiana praktyki. A przynajmniej nie tak szybko, jak byśmy oczekiwali i potrzebowali.

Najciekawszym czynnikiem demograficznym jest rodzaj relacji. Związki, które nie są sformalizowane, czyli pozamałżeńskie, dzielą się obowiązkami równiej niż pary po ślubach.

W tym kontekście kluczowy jest chyba jednak fakt posiadania dziecka.

U kobiet dziecko daje średnio ok. 20 dodatkowych godzin tygodniowo do obowiązków, u mężczyzn – osiem. Co więcej, kobiety biorą znacznie dłuższe urlopy wychowawcze, a potem często nie mogą wrócić do aktywności zawodowej. Z naszych ankiet wynika, że nawet 30 proc. matek dzieci w wieku do 9 lat nie ma zatrudnienia – to znacząco więcej niż wśród kobiet bezdzietnych. Dla ponad połowy z nich główną barierą w powrocie na rynek pracy jest właśnie opieka nad dzieckiem. A badanie przeprowadzono wśród kobiet, których dzieci były w wieku przedszkolnym i szkolnym.

Tutaj normy wciąż działają bardzo silnie – nadal panuje przekonanie, że kobieta lepiej nadaje się do opieki nad dzieckiem. W tym mechanizmie jako ekonomiści upatrujemy jednego ze źródeł zjawiska, które nazywamy luką płacową, czyli tego, że kobiety zarabiają średnio mniej niż mężczyźni. Gdy rodzi się dziecko, bardzo często ich kariera hamuje. U 40 proc. ojców, którzy byli przez nas badani, nie ma nawet tygodnia przerwy po narodzinach.

Jakie są społeczne i ekonomiczne koszty tej luki?

Gdy popatrzymy na kraje skandynawskie, czy Benelux, które pod względem podziału obowiązków są światowymi prymusami, tam aktywność ekonomiczna kobiet jest większa. Dlaczego to tak ważne? W ciągu ostatnich 15 lat wzrost aktywności ekonomicznej kobiet odpowiadał za około 40 proc. rocznego wzrostu gospodarczego w Polsce.

Gdyby liczba pracujących kobiet pozostała na poziomie z roku 2010 – a jest o ponad pół miliona wyższa, i to mimo zmniejszenia liczby ludności w wieku produkcyjnym – to nasz średni roczny wzrost gospodarczy mógłby być niższy o 1,5 punktu procentowego, czyli zamiast 3,5 proc. wynosiłby 2 proc.

Nie chodzi o to, żeby zmuszać do pracy osoby, które chcą się głównie angażować w życie rodzinne. Wciąż mamy jednak dużo kobiet, które nie trafiają na rynek pracy, bo są zbyt obciążone obowiązkami opiekuńczymi i domowymi. To jest martwa strata dla gospodarki, która w sytuacji pogarszającej się demografii staje się poważnym problemem. Każda osoba, która nie pracuje, nie odprowadza składek emerytalnych. To tak jakby poza konsumpcją, w ogóle nie istniały w gospodarce.

Za opiekę nad osobami starszymi również odpowiadają głównie kobiety. Czy to ma konsekwencje ekonomiczne?

Bardzo dużo badań na ten temat prowadzono od czasu pandemii COVID 19. Podczas lockdownu zaobserwowano, że gdy trzeba było zawieźć zakupy, czy kupić leki starszym rodzicom, prawie zawsze robiły do kobiety. I znów, można powiedzieć, że w Polsce to w pewnym sensie racjonalne, ale niebezpieczne. Kobiety, mając niższy wiek emerytalny, szybciej mogą zrezygnować z pracy. Występuje też powszechnie znany problem dyskryminacji kobiet po 50. roku życia, które nie mogą znaleźć pracy, bo zbliżają się do okresu chronionego. I w ten sposób są niejako systemowo oddelegowane do zajmowania się schorowaną mamą lub tatą.

A demografia wymagałaby, żeby kobiety dłużej zostawały na rynku pracy. Wiadomo też, że zły podział obowiązków obniża dzietność.

Faktycznie występuje negatywne sprzężenie zwrotne między byciem nadmiernie obciążonym obowiązkami domowymi, czyli wykonywaniem więcej niż połowę łącznej pracy domowej i opiekuńczej w gospodarstwie domowym, a zadowoleniem z tego podziału. I taka sytuacja, niezadowolenia z podziału obowiązków domowych zmniejsza według naszych wyliczeń prawdopodobieństwo wyrażania chęci posiadania kolejnego dziecka o 16 proc.

Być może często jest tak, że kobiety są zadowolone ze swojego związku do czasu pojawienia się dziecka. Wtedy okazuje się, że nierówny podział obowiązków, który sankcjonuje dłuższy urlop macierzyński, utrzymuje się już po powrocie matek do pracy. I to prowadzi do rozczarowania partnerem, relacją i weryfikacją planów dotyczących macierzyństwa.

Coraz więcej mówi się jednak o tym, że ojcowie uczestniczą w wychowaniu swoich dzieci.

Badania europejskie pokazują, że mężczyźni, jeśli się angażują, to raczej przejmują bardziej incydentalne i przyjemne obowiązki. Raczej pomogą odrobić lekcje, niż wypiorą ubrania. Raczej zajmą wolny czas zabawą, niż posprzątają wspólną przestrzeń zagraconą zabawkami.

Czyli wybierają te zajęcia, które wiążą się z większą gratyfikacją?

Tak, dlatego kobiety wciąż mogą czuć się bardziej wypalone i obciążone. Dla absolutnej większości matek w Polsce jest oczywiste, że dyrektor szkoły, czy przedszkola w pierwszej kolejność zadzwoni do nich, żeby odebrać dziecko ze szkoły. To taka niewidzialna praca planistyczna, która dokłada nie tylko obowiązków, ale i odpowiedzialności.

Ekonomia, normy, wychowanie to nie wszystko – mówicie w waszych najnowszych badaniach.

Gdy dyskutujemy z partnerką o podziale obowiązków domowych, nie mówimy jej, że powinna wykonywać bardziej rutynowe zadania, bo jest kobietą. Nie podnosimy, że nie nauczono nas w domu gotować i dlatego trzymamy się z dala od kuchni.

Co więcej, prawie 70 proc. kobiet i 55 proc. mężczyzn deklaruje, że chciałoby się dzielić obowiązkami równo, ale taki równy podział występuje w 1/3 gospodarstw domowych w Polsce. Skąd ta różnica na poziomie praktycznym?

To, co jest pomiędzy czynnikiem a skutkiem, nazywamy różnicą w hierarchii celów. Nawet jeśli umówiliśmy się, że będziemy sprzątać tyle samo, jej może bardziej zależeć na tym, żeby praca była w ogóle wykonana niż żeby była wykonana równo. Widząc, że ominąłem swoją turę sprzątania lub gotowania, prędzej chwyci za odkurzacz, niż poczeka, aż mieszkanie będzie czyste a obiad ugotowany. Na to oczywiście wpływ ma wszystko to, o czym już dziś mówiliśmy – np. to, że kobiety są gorzej niż mężczyźni oceniane przez innych ludzi, jeśli ich mieszkanie jest zapuszczone, brudne.

Mamy tu wiele mechanizmów kulturowych, które trudno zamienić w propozycje polityczne. Jakie rozwiązania są możliwe?

Państwo faktycznie nie ma i nie powinno mieć dostępu do pewnych elementów wychowania, czy kształtowania norm. Natomiast edukacja jest bardzo ważnym czynnikiem. Pamiętam, że w gimnazjum chodziłem na lekcje techniki, na których męska grupa uczyła się gotować, zmywać i prać. Brzmi może głupio, ale jeśli chłopcy w domu są izolowani od takich obowiązków, mogliby nauczyć się ich w szkołach.

Jak rozumiem, problem z hierarchią celów jest taki, że mogę nawet mieć te umiejętności, ale stwierdzić, że po pracy wolę rozwijać pasję, oglądać ulubiony serial, maksymalnie zająć się zabawą z dzieckiem. Co z tym zrobić?

Lekcje, w których sam brałem udział, były podzielone na grupę męską i żeńską. W XXI wieku oczekiwałbym raczej egalitarnej, wspólnej edukacji nie tylko z technik, ale umiejętności miękkich potrzebnych do budowania dobrych relacji.

Oddzielną kwestią są urlopy rodzicielskie. Najlepiej byłoby na wzór Finlandii wprowadzić częściowo współdzielone urlopy rodzicielskie. Ten pomysł opiera się na tym, że część urlopu przepada, jeśli partnerzy nie wezmą go wspólnie w tym samym czasie. Takie rozwiązanie sprawia, że ojciec od początku bardziej angażuje się w rutynowe, nudne zadania, a potem łatwiej dzielić się po równo. To mniejszy szok, niż gdy po czterech latach kobieta wraca do pracy i każe partnerowi uczestniczyć we wszystkich zadaniach, z którymi do tej pory nie miał styczności. W Polsce tylko 1 proc. urlopów rodzicielskich wykorzystują ojcowie.

Jednak dotarcie do tych najgłębszych przyczyn nierówności wymaga edukacji. Żadne inne prawne dekrety tego nie zmienią.

;
Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze