Węgrom trudno ochłonąć po ekspresowo przepchniętej ustawie, która reguluje działalność uczelni międzypaństwowych i kładzie kres funkcjonowaniu w obecnej formie Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, ufundowanego przez naczelnego wroga Viktora Orbána w osobie George’a Sorosa. Na ulice wyszło 70 tys. ludzi

Węgierski premier nie kryje personalnych pobudek, w programie „180 perc” Radia Kossuth powiedział, że „nikt na Węgrzech nie może stać ponad prawem, nawet będąc miliarderem”.

Wypowiedź w tym tonie to dyskursywne uzasadnienie dla węgierskiej polityki ostatnich siedmiu lat, które upłynęły Orbánowi na walce z Unią Europejską, globalnymi koncernami i bankami, sektorem użyteczności publicznej czy organizacjami pozarządowymi. Fidesz cały kapitał polityczny zbił na zręcznym osadzaniu okoliczności społecznych i ekonomicznych – ceny elektryczności, kryzys franka szwajcarskiego czy kryzys migracyjny – w retoryce walki z zachodnim modelem wolnorynkowej gospodarki i liberalnej demokracji.

George Soros i jego Central European University (CEU) stanowią doskonałe symboliczne uosobienie wszystkiego, czego nie tolerują Węgry Orbána i w tym kontekście zamach legislacyjny na prestiżową uczelnię nikogo na Węgrzech specjalnie nie dziwi.

Widać to w lewicowym tygodniku HVG, który, choć krytycznie przygląda się uchwalonej ustawie, to nie odmawia władzy konsekwencji w działaniu: „Ciężko powiedzieć z iloma wrogami od 2010 roku toczył wojnę rząd. Możemy też znaleźć ogromną liczbę przykładów na to kiedy przekształcał całe gałęzie gospodarki, wyrzucał ogromne korporacje, kładł ręce na sektory działające wcześniej na zasadach rynkowych. Celem jest zwykle jakaś korporacja lub też przynajmniej zagraniczny kapitał, ale mniejsze i większe węgierskie firmy też padały ofiarami dążeń nacjonalizacyjnych”.



Konsekwentny brak mądrości

Przegląd mediów daje wrażenie, że choć lex CEU to zagranie w stylu Orbána, tym razem przestrzelił. Węgierski premier jest znany jako wytrawny fan futbolu i zręczny napastnik, więc wszelkie piłkarskie analogie są uzasadnione. I tak, w wywiadzie dla prorządowego „Heti Valász” opisał ustawę Laszló Csaba, wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, a zarazem były doradca rządu Viktora Orbána: „Zdarza się się, że podejmowana jest decyzja, która z wąskiego punktu widzenia uważana jest za słuszną, ale nie jest z nikim konsultowana. A potem okazuje się, że to był jednak strzał do złej bramki”.

Zwykle wyrozumiały wobec Orbána tygodnik „Heti Valász” dywaguje nad polityczną opłacalnością lex CEU: „Liderów Fideszu wcale nie martwi, że w centrum Budapesztu na ulicę wychodzi kilka tysięcy ludzi, demonstrując solidarność z uczelnią, że protestują naukowcy, wykładowcy, władze akademickie. Prawdopodobnie liczyli się z tym i uznali za cenę wartą spodziewanych korzyści.”

Cel uświęcający środki to w tym kontekście ideowa mobilizacja trzonu elektoratu, nawet kosztem frakcji inteligenckiej, która w dużej części nie będzie tolerowała izolacjonizmu intelektualnego i nie wybaczy odstąpienia od legalistycznej tradycji autonomii uniwersytetów.

Kto się boi Ameryki

Inny aspekt ataku na Uniwersytet Środkowoeuropejski, o którym pisze „Heti Válasz”, to eliminacja amerykańskiej instytucji, która – jak wiele innych uczelni, rozmieszczonych w różnych miejscach świata, działa na zasadzie kulturowej ambasady, dodającej prestiżu placówki edukacyjnej, która jednocześnie kształci elity wrażliwe na liberalne i obywatelskie wartości.

Idąc za logiką samego Orbána, według której ulokowanie CEU na Węgrzech ma charakter kolonizatorski i wywiadowczy, „(…) poczynania węgierskiego rządu są zdecydowanie niebezpieczne.

Istnieje wiele miejsc na świecie, gdzie może zostać odnotowane jak łatwo można wyeliminować CEU z małego państwa środkowoeuropejskiego, a tym samym, że Ameryka nie broni swojej sieci szkolnictwa wyższego. Ciężko wyobrazić sobie supermocarstwo, które bez słowa sobie na to pozwoli, zwłaszcza, jeśli przeczuwałoby, że za przedsięwzięciem stoją rosyjskie dążenia do wpływów” – pisze „Heti Válasz”.



Wzór, który może zaszkodzić

Lex CEU budzi obawy również w żywym na Węgrzech kontekście mniejszościowym – okazuje się, że mieszkający poza granicami Węgrzy, stanowiący tradycyjnie elektorat Fideszu, mogą odczuć nieprzyjemne konsekwencje ewentualnych rozwiązań legislacyjnych inspirowanych węgierską ustawą.

Jak pisze prawicowy, jednak krytyczny wobec rządu dziennik „Magyar Nemzet”, „Victor Ponta, były rumuński premier ogłosił niedawno, że uważa za słuszne węgierską inicjatywę nałożenia restrykcji na funkcjonowanie zagranicznych uczelni, więc sam w niedługim czasie opracuje podobną propozycję. Na tym mogą jednak ucierpieć dwie węgierskie uczelnie funkcjonujące poza granicami kraju, Uniwersytet Sapientia i Uniwersytet Partiumi bo chociaż oba otrzymują wsparcie z Węgier, nie istnieje umowa międzyrządowa regulująca finansowanie tych instytucji”.

Wygląda więc na to, że Orbán nie zagrał do jednej bramki także z wierną mu mniejszością siedmiogrodzką.

Aferze CEU pikanterii dodają sensacje na temat wykształcenia Racheli Orbán, najstarszej córki premiera Węgier. Od kilku dni media – wcale nie bulwarowe – rozsmakowują się w faktach dotyczących ukończonej przez nią szkoły École Hoteliere w Lozannie, która wydaje dyplomy akredytowane w Stanach Zjednoczonych i jednocześnie uznawane w Szwajcarii. Analogie do funkcjonowania na zasadach CEU są rażąco oczywiste.

Kiedy słucha się Orbána mówiącego w radiu Kossuth, że „Jeśli na Węgrzech działa węgierski uniwersytet, wydaje jeden dyplom i w stosunku do tego jest uniwersytet, który wydaje dwa: jeden ważny na Węgrzech i jeden ważny w Ameryce, to nie jest to fair w porównaniu do pozostałych węgierskich uczelni”, chciałoby się pomyśleć, że pytanie „Jaki dyplom ma córka Orbána?” to tylko nieśmieszny dowcip polityczny. Jednak w historii o Lex CEU nie ma miejsca na żarty i konsekwencje też będą zupełnie na serio.

W ostatni weekend w obronie uniwersytetu na ulice Budapesztu wyszło 70 tys. osób. To największy protest podczas siedmioletnich rządów Orbana.


Abonament na wolność słowa


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press