0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.plFot. Maciek Jaźwieck...

Ordynacja do Parlamentu Europejskiego jest zupełnie odmienna od ordynacji do wszystkich innych wyborów w Polsce – tak odmienna, że nawet osoby interesujące się polityką nie rozumieją w pełni jej niuansów i konsekwencji. W tym tekście wyjaśnimy, na czym ta ordynacja polega i co z niej wynika dla liczonego w mandatach wyniku wyborów.

Najważniejsze informacje:

  • Liczbę mandatów dla komitetu ustala się na poziomie kraju: już przekroczenie progu 5 proc. gwarantuje dwa mandaty.
  • Głosujemy jednak nie na jedną listę krajową, tylko na listy okręgowe. To w okręgach i – co ważne – w relacji między okręgami konkretnie ustala się, kto weźmie mandat z puli mandatów zdobytych przez dany komitet.
  • Paradoksem wyborów do PE jest fakt, że zapewnia proporcjonalność podziału mandatów na partie, ale nie zapewnia proporcjonalności podziału mandatów na okręgi wyborcze. Logika podziału mandatów na okręgi preferuje okręgi większe.
  • Ponieważ liczba mandatów na partie rozdzielana jest na poziomie całej Polski, sensu w wyborach do PE nie ma też turystyka wyborcza taka jak w wyborach sejmowych, choć ma sens wspieranie konkretnego kandydata lub kandydatki z innego okręgu.

Teraz przejdziemy do szczegółów. Na początek prześledzimy, jak w jej ramach przyznawane są mandaty i co się z tym wiąże. W tabeli poniżej pokazujemy różnice między wyborami do parlamentu krajowego i wyborami europejskimi, a następnie omówimy najważniejsze elementy ordynacji, by w pełni zrozumieć, co się dzieje z naszym głosem.

Krok pierwszy w eurowyborach jest analogiczny do wyborów do Sejmu.

Ustala się w nim, które listy przekroczyły pięcioprocentowy próg ustawowy w skali kraju i są uprawnione do brania udziału w podziale mandatów.

W kroku drugim ustala się, ile mandatów biorą poszczególne listy partyjne.

Przy czym w przeciwieństwie do wyborów do Sejmu, gdzie mandaty dzieli się metodą D’Hondta na poziomie okręgów wyborczych, w wyborach do PE podziału mandatów dokonuje się na poziomie całego kraju.

Jakie są konsekwencje tego faktu? W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie występują progi naturalne. Wiemy, że w wyborach do Sejmu, by liczyć na mandat w okręgu, trzeba w zdecydowanej większości okręgów zyskać wyraźnie większe poparcie niż próg ustawowy (dla najmniejszych sejmowych okręgów taki próg naturalny to nawet ponad 10 proc.) i jest to główne źródło odchylenia od proporcjonalności. W wyborach do PE jest inaczej:

przekroczenie 5 proc. w skali kraju gwarantuje dwa mandaty dla komitetu w europarlamencie.

Co więcej, ponieważ mandaty w wyborach do PE są rozdzielane na partie na poziomie kraju (czyli de facto w jednym 53-mandatowym okręgu), ten rozdział jest niemal idealnie proporcjonalny (odliczając rzecz jasna partie pod progiem ustawowym). Przy tak dużym okręgu fakt, że stosuje się korzystną dla dużych partii metodę D’Hondta, nie ma praktycznie znaczenia.

W związku z powyższym w wyborach do PE praktycznie nie występuje tzw. „premia za jedność”. To dlatego tak nietrafionym pomysłem była Koalicja Europejska stworzona przed wyborami do PE w 2019 roku: standardowo szeroka koalicja prowadzi do utraty części głosów (w 2019 głównie wyborców PSL), która w wyborach parlamentarnych może być rekompensowana „premią za jedność”, ale jak już powiedzieliśmy, akurat w wyborach do PE tej premii nie ma.

Krok trzeci jest specyficzny dla ordynacji europejskiej.

Polega na rozdzieleniu mandatów dla poszczególnych partii wyliczonych w kroku drugim na okręgi wyborcze.

W wyborach do PE Polska jest podzielona na 13 okręgów wyborczych. Właściwie powinniśmy mówić o „okręgach” w cudzysłowie, ponieważ – jak już wiemy – mandaty dla partii są rozdzielane na poziomie kraju, ale wyborcy nie głosują na jedną listę krajową, tylko na listy okręgowe. Celem jest zapewnienie reprezentacji „okręgów” w PE, przy czym – jak zobaczymy – stopień realizacji tego celu jest daleki od optymalnego.

Okręgi obejmują po jednym lub dwa województwa, tylko mazowieckie jest podzielone:

Trudno powiedzieć, czym kierowali się twórcy tego podziału (obowiązującego bez zmian od 20 lat). Niektóre okręgi są całkowicie niespójne pod względem historycznym, społecznym i wzorców wyborczych (szczególnym kuriozum jest tu okręg 3), ale przede wszystkim –

okręgi wyraźnie różnią się od siebie wielkością, co ma ogromny wpływ na proces rozdziału mandatów.

Przeczytaj także:

Im więcej partii dzieli mandaty, tym mniej przypada największym

Podział mandatów na okręgi dla każdej listy partyjnej odbywa się metodą Hare’a-Niemeyera, gdzie kryterium jest liczba głosów oddaną na daną partię w okręgu. Najpierw dla każdego okręgu ustala się normę wedłu wzoru, w którym liczbę głosów na komitet w okręgu dzieli się przez ogólną liczbę głosów na komitet wyborczy i mnoży przez liczbę mandatów zdobytych przez komitet w skali kraju.

Następnie z normy bierze się część całkowitą – oznacza ona liczbę mandatów zdobytych w poszczególnych okręgach. Pozostałe mandaty przydziela się okręgom o największej części ułamkowej.

Poniżej przykład – wyliczenie podziału mandatów dla PiS w wyborach 2019:

PiS łącznie zdobył 27 mandatów. Wyliczamy normy dla poszczególnych okręgów i rozdzielamy mandaty z części całkowitych – w ten sposób zostają rozdzielone 22 mandaty. Pozostaje 5, które przypada pięciu okręgom o najwyższych częściach ułamkowych (zaznaczonych w tabeli najciemniejszym odcieniem).

Liczba mandatów i kolejność ich zdobywania zależy od liczby głosów zdobytych przez partię w okręgu, ta zaś od trzech czynników:

  • wielkości okręgu (liczby uprawnionych do głosowania),
  • frekwencji
  • i procentowego poparcia w okręgu.

W okręgu 11 (Katowice) poparcie procentowe dla PiS było niższe od średniej krajowej, ale jest to jeden z największych okręgów w kraju i dlatego przydzielono w nim aż trzy mandaty dla PiS, gdy w bastionach tej formacji – jak Podkarpacie, Mazowsze, czy Lubelszczyzna – tylko dwa. Okręgi te są jednak dużo mniejsze, natomiast okręg 10 jest jednocześnie duży i z mocnym poparciem dla PiS, dlatego partii Kaczyńskiego przypadły w nim aż cztery mandaty (a byłby piąty, gdyby PiS zdobył w skali kraju choćby jeden mandat więcej).

W tabeli powyżej pokazaliśmy też kolejność brania mandatów. Np. w okręgu 13 pierwszy mandat PiS był dwunastym z kolei, a drugi – dwudziestym siódmym. Co oznacza, że gdyby PiS miał do podziału o jeden mandat mniej, wziąłby w tym okręgu tylko jeden mandat.

Szczegółowa kolejność oczywiście się zmienia, ale nie są to zmiany wielkie, więc politycy liczą np. że gdy w obecnych wyborach PiS weźmie prawdopodobnie 18-20 mandatów, drugi mandat w Lubelskiem jest nierealny, a w Podkarpaciu może być na granicy – i tę wiedzę uwzględniają w targach o biorące miejsce na liście.

Analogiczne zestawienie dla Koalicji Europejskiej i Wiosny z 2019 roku:

Dla KE (a wcześniej dla PO) pierwszym okręgiem biorącym były Katowice, ale drugim była Warszawa – okręg dużo mniejszy pod względem uprawnionych do głosowania od Krakowa czy Wrocławia, ale z wysoką frekwencją i wysokim poparciem PO. W Krakowie KE wzięła dopiero swój piąty mandat. Natomiast małe okręgi wschodniej Polski (zwłaszcza Rzeszów) są daleko w kolejce. W tych wyborach KO niemal na pewno zdobędzie mniej mandatów niż KE w 2019 i nie ma pewności, czy załapie się na jakikolwiek mandat na Podkarpaciu.

Mniejsze partie, takie jak Wiosna (a obecnie Lewica, Konfederacja czy nawet Trzecia Droga) zdobędą tylko kilka mandatów – i z góry wiedzą, że w niektórych okręgach tych mandatów nie zdobędą. Oznacza to, że spora część „jedynek” Lewicy czy Konfederacji pracuje de facto nie na swój mandat, ale na mandat kolegi czy koleżanki (częściej kolegi) z bardziej szczęśliwego okręgu.

Logika podziału mandatów na okręgi preferuje okręgi większe. Dla PiS pierwszym „biorącym” był Kraków, dla KO Katowice, dla Wiosny Warszawa – ale ostatecznie, niezależnie od wzorców poparcia, w okręgach większych zostaje rozdysponowanych więcej mandatów. Przy czym – zostanie rozdysponowanych więcej niż wynika z proporcji oddanych głosów czy liczby uprawnionych do głosowania. Paradoksem wyborów do PE jest fakt, że zapewnia proporcjonalność podziału mandatów na partie, ale nie zapewnia proporcjonalności podziału mandatów na „okręgi” wyborcze. A ta nieproporcjonalność jest tym większa, im więcej partii uczestniczy w podziale mandatów.

W wyborach 2019 roku w podziale uczestniczyły tylko trzy partie i odchylenie od proporcjonalności było niewielkie – wyniosło średnio pół mandatu. Ale np. w pierwszych eurowyborach w 2004 roku, gdzie mandaty zdobyło siedem partii, odchylenie przekroczyło 1 mandat na okręg. Np. Bydgoszcz, której z proporcji oddanych głosów „powinno” przypaść 2,6 mandatu, dostała tylko jeden. Z drugiej strony duże okręgi, jak Kraków, Katowice czy Wrocław, dostały o ponad mandat więcej niż „powinny”.

Wyjaśnienie jest proste: im więcej partii uczestniczy w podziale mandatów, tym mniej mandatów przypada największym partiom. Jako że w pierwszej kolejności zawsze biorące są okręgi „duże”, te mniejsze mogą się „nie załapać” na mandat – albo przypadają im tylko pojedyncze mandaty największych partii.

Co więcej, wyborcy z żadnego „okręgu” nie mają pewności, ilu będą mieli reprezentantów.

Wyborcy z Podkarpacia w wyborach 2024 mogą być pewni jednego mandatu PiS. Drugi mandat dla PiS w Okręgu 9 to będzie zapewne ok. osiemnastego-dwudziestego mandatu tej partii, czyli przy prawdopodobnym poparciu krajowym w granicach trzydziestu kilku procent – gdzieś na styk.

Analogicznie wygląda sytuacja z pierwszym mandatem KO. Wreszcie – Konfederacja najprawdopodobniej weźmie pięć-sześć mandatów i ten podkarpacki znów jest na granicy.

Tak więc, zależnie od ostatecznej liczby mandatów dla poszczególnych partii i minimalnych wahnięć rozkładu głosów między okręgami, Podkarpacie może mieć jednego europosła albo czterech.

Rywalizacja między okręgami

Omówiliśmy już trzy kroki, teraz krok czwarty.

Ustala się w nim, komu konkretnie z danej listy w danym okręgu przypada mandat (zdobywają go osoba, lub osoby z największą liczbą głosów).

Wszyscy znamy stopniowanie: „wróg, śmiertelny wróg, kolega z listy”. Specyfiką wyborów do PE jest jednak fakt, że rywalizuje się nie tylko z kolegami w swoim okręgu wyborczym, ale również z kolegami z innych okręgów. Wiośnie do czwartego mandatu w 2019 roku brakowało ponad 91 tysięcy głosów, ale liderowi listy wrocławskiej do wyprzedzenia kolegi z Katowic – tylko 5 tysięcy.

Z kolei – inaczej niż w wyborach do Sejmu – nie ma bezpośredniej rywalizacji z kandydatami z innych list w tym samym okręgu.

Dla liczby mandatów zdobytych przez PiS we Wrocławiu nie ma żadnego znaczenia, ile głosów zdobędą inne listy we Wrocławiu – dlatego lansowana przed poprzednimi wyborami akcja „jedź do Wrocławia i zagłosuj przeciw minister Zalewskiej” nie miała żadnego sensu.

Jako że mandaty na partie rozdzielane są na poziomie całej Polski, sensu w wyborach do PE nie ma też turystyka wyborcza taka jak w wyborach sejmowych – dla maksymalizacji wyniku listy, którą wspieramy. Sens może mieć natomiast wsparcie konkretnego kandydata/kandydatki.

Zaletą ordynacji do PE jest brak progów naturalnych i niemal całkowita proporcjonalność przy podziale mandatów na listy partyjne. Wadą – mechanizm podziału mandatów między „okręgi”. Warto pamiętać, że niewiele brakowalo, aby już w poprzednich wyborach obowiązywała inna ordynacja: PiS przegłosował w Sejmie i Senacie podział na mandaty w niewielkich okręgach o wysokich progach naturalnych, jednak zmianę zawetował Andrzej Duda.

;

Udostępnij:

Leszek Kraszyna

Ekonomista i analityk, autor modelu przeliczania głosów na mandaty, z którego korzysta OKO.press

Komentarze