„Wielka historyczna produkcja TVP” okazała się czymś między świętem bractwa kurkowego, podrzędnym tasiemcem a szkolną akademią. „Zgniłem” – zrecenzował serial na Twitterze PiS-owski wiceminister kultury

Nie wiadomo, kto pierwszy – na długo przed premierą – nazwał „Koronę królów” „polską «Grą o tron»”. Z pewnością takiego określenia użył w rozmowie z „Dziennikiem. Gazetą Prawną” prezes TVP Jacek Kurski, przy czym zaznaczył, że głośna amerykańska produkcja średniowiecznej fantasy ma 200 razy większy budżet.

Już wcześniej zestawienie z amerykańską superprodukcją pojawiało się zawsze, gdy mowa była o niegdysiejszym przesłuchaniu prezesa przed Radą Mediów Narodowych i złożonych wtedy obietnicach. Dawny „bulterier Kaczyńskiego“ wiedział pewnie, co robi. Porównanie jest nietrafione, ba – żenująco nieadekwatne i obciachowe. Ale zostało w głowach odbiorców i napędziło projektowi popularność.

Z genderowego punktu widzenia ciekawe jest, że „Korona królów” była zapowiadana jako „Korona królowej”. Miała też opowiadać o Jagiellonach (póki co rozgrywa się w czasach Piastów). Zaś za scenariusz odpowiadać miała Maria Ciunelis, ale i jej jakoś nie ma.

Piastowie jako „Klan”

Ostatecznie współscenarzystką tej „polskiej «Gry o tron»“ jest Ilona Łepkowska, weteranka nadwiślańskiej telenoweli („Klan“ „M jak miłość“, „Barwy szczęścia“ czy „Na dobre i na złe“). Na tle „wielkiej historycznej produkcji TVP” fabuła „Klanu“ wydaje się skomplikowaną powieścią psychologiczną.

Również na „Klanie“, a także na serialu „Samo życie“, szlifował swój warsztat reżyser Wojciech Pacyna. Niewiele pomogło mu ukończenie w 1983 prestiżowego wydziału reżyserii WGiK w Moskwie.

Ze świata kiepskiej telenoweli przyszło do „Korony“ poczciwie nieporadne aktorstwo i równie dobre dialogi. Wieloletni epizodysta Wiesław Wójcik jako król Łokietek sprawia wrażenie amatora ściągniętego z ulicy do odegrania scenki w produkcji docusoap typu „Trudne sprawy“.

Gdy w drugim odcinku król osuwa się bezwładnie na łóżko, pojawia się nadzieja, że umrze. Niestety, chwilę później się podnosi.

Postaci właściwie nie ma – nie mają celów, charakterów, nie przykuwają uwagi, nie budzą emocji – są ożywionymi figurynkami z pocztu władców. Nie rozumiemy, dlaczego pogańska litewska królewna Aldona (pierwsza duża rola Marty Bryły, do tej pory okazjonalnie w telenowelach; debiut delikatnie mówiąc nieudany) w parę minut przekonuje się do królewicza Kazimierza (później: Kazimierza Wielkiego), za którego musi wyjść za mąż. Najpierw ekspresyjnie protestuje przeciwko porzuceniu wiary ojców i dotychczasowego ukochanego, chwilę później

w scenie przypominającej najgorsze tradycje (braku) erotyki w polskim kinie – z uśmiechem szczęścia pozwala Kazimierzowi zsuwać ze swego ciała  jakieś osobliwe giezła, fantazje kostiumografa na temat czternastowiecznej piżamy.

Zawitaj dziś do mojego łoża

Jakub Majmurek na łamach „Newsweeka” pisał, że „Korona królów” jest przeznaczona nie dla publiczności ambitnych seriali HBO czy Netflixa lecz dla fanów „Wspaniałego stulecia”, popularnej tureckiej telenoweli o czasach sułtanów. Jednak dodać trzeba, że w ojczyźnie Erdogana powstał serial może nieco tandetny, ale wciągający w świat namiętności i intryg oraz nieporównywalnie lepiej zrealizowany. Telenowelę też trzeba umieć robić.

Na bezrybiu i rak ryba – w tym królestwie paździerzu stosunkowo najbardziej przekonująca jest Halina Łabonarska w roli Jadwigi, królowej matki. Nadaje swojej postaci jakiś ludzki rys – nadopiekuńczej matki i wrednej teściowej, choć wrednej oczywiście „w słusznej sprawie“, czyli sprawie wiary i ojczyzny. Z ukazaniem wiary też zresztą bywa różnie. W pierwszej scenie pierwszego odcinka królowa modli się po łacinie, ale liturgia chrztu czy ślubu odbywa się już po polsku i to we współczesnej, posoborowej formie. Na Woronicza bywa często Magdalena Ogórek, doktor historii Kościoła. Może warto było poprosić o konsultację?

Z pewnością konsultacja przydałaby się przy pisaniu dialogów, tautologicznych i papierowych. „Jadą“ „Musimy jechać“ – powtarzają rycerze. Albo taka rozmowa królewskich małżonków:

„Chcę byś mi dała syna, następcę”. „To zawitaj dziś do mojego łoża“ – odpowiada królowa tonem, jakby chodziło o podanie talerza.

Dialogi jak referat

Podsumowując pierwsze cztery odcinki: otrzymujemy coś  między zjazdem bractwa kurkowego, podrzędnym tasiemcem a szkolną akademią. Jakąkolwiek dynamikę tej inscenizacji stara się nadać muzyka Marcina Przybyłowicza – któremu imitowanie osiągnięć zachodnich kolegów wychodzi nieco lepiej niż scenarzystom, choć dalej do porządnego poziomu tu daleko.

Każdy z pierwszych odcinków to żywy obrazek z historycznej czytanki; w pierwszych dwóch objaśniony wprowadzającą planszą z odczytywanym z offu komentarzem historycznym. W kolejnych komentarz zastępują szkolne dialogi, w których postaci referują zdarzenia jak na lekcji historii. Ta ostatnia nie tyle odgrywa jakąś rolę w życiu bohaterów, co po prostu jest doklejona do scenek rodzajowych i kuchennych dramatów.

„Jakby nigdy nic, że niby wracamy do tradycji polskich seriali”

Nieudolnie szkolny kształt całości to może nie przypadek. Prezes Kurski, choć dziś dystansuje się już od porównań z „Grą o tron”, podkreśla edukacyjny wydźwięk przedsięwzięcia – nazywa je wyzwaniem „nie tylko kulturowym, ale przede wszystkim edukacyjnym”. Żyjemy bowiem zdaniem prezesa „w czasach wielkiego nieuctwa i zapóźnień, jeśli chodzi o wiedzę historyczną”.

Co więcej, Kurski zapowiada, że serial obliczony jest „kilka, a może nawet kilkanaście lat”.

„Moją ambicją jest pokazać w ten przystępny, edukujący sposób, historię Polski aż do czasów najnowszych” – groził szef TVP na konferencji prasowej.

„Odzyskanie historii” przy pomocy filmu, a zwłaszcza telewizyjnego serialu, jest od dawna obsesją prawicy.

Już w 1996  na łamach „Frondy” (nr 6, s. 297) Jarosław Kaczyński narzekał na popularność „Czterech pancernych i psa” i postulował „kontr-seriale”. „[To] nie może być film, tylko serial. Tam muszą być twarze czołowych polskich aktorów (…) osoby, z którymi się ludzie utożsamiają. (…) Taki serial – nie jeden oczywiście – trzeba by bardzo zręcznie sprzedawać, nie na zasadzie: uwaga! my tutaj prostujemy historię. Tylko niewinnie, jakby nigdy nic, że niby wracamy do tradycji polskich seriali, które ogląda cała Polska”.

Jak widać – prezes Kurski musi się jeszcze wiele nauczyć, by spełnić oczekiwania prezesa Kaczyńskiego.

Minister gnije

Jak wiadomo, wszelkie głosy krytyczne ze strony lewicowo-liberalnej, a nawet rozsądnie konserwatywnej będą przez przedstawicieli telewizji publicznej i ich sojuszników dyskredytowane jako przejaw obsesyjnej „pedagogiki wstydu” i „totalna krytyka artystyczna”.

Nie od rzeczy więc będzie zacytować opinię… wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego, Pawła Lewandowskiego – bezpośredniego podwładnego prof. Glińskiego, odpowiedzialnego m.in. za Polski Instytut Sztuki Filmowej i projekt nowej ustawy o abonamencie TV.

„A co do serialu Korona…. to poczekajcie na trzeci odcinek i dialog o śniadaniu w czasie postu. Zgniłem jak to zobaczyłem ☹” – napisał wiceminister na Twitterze, w wymianie z udziałem m.in. publicysty Łukasza Warzechy. Później tweet zniknął z sieci. Niesłusznie – przecież wiceminister miał rację, pobożny dialog z trzeciego odcinka o postnych śniadaniach jest jednym z gorszych wśród wielu złych dialogów.

Ale Internet nie zapomina – przypomina OKO.press ministrowi Lewandowskiemu. Do zobaczenia przy telewizorach!


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym