0:00
05 stycznia 2021

"Moi przyjaciele piętro niżej słyszeli każdy mój oddech, ciężki i świszczący" [Kroniki COVID-19]

Zachorował na urlopie z przyjaciółmi, daleko od domu. „Lekarka powiedziała, że zgłasza mnie jako podejrzanego o COVID do krakowskiego sanepidu. A ja leżę na „wakacjach" kilkaset kilometrów dalej! Powiedziała: no to musi pan wrócić, choćby pociągiem, bo policja będzie szukać"

Wydrukuj

Poprosiliśmy czytelników, żeby opowiedzieli o doświadczeniach z koronawirusem. Chcemy w ten sposób zobaczyć system z perspektywy chorych, dowiedzieć się, jak różne mogą być objawy COVID oraz konsekwencje dla zdrowia, choć nie tylko. Historii opublikowaliśmy już kilka, wszystkie znajdziecie tutaj.

Dzisiaj o swoich doświadczeniach opowiada Dominik z Krakowa, którego objawy koronawirusa zaskoczyły w drodze na wakacje latem 2020.

Podróż i pierwsze objawy

Wybraliśmy się z przyjaciółmi z Krakowa na upragniony urlop na Kaszuby. Tydzień wcześniej czułem lekkie przeziębienie - sporadycznie pokasływałem, miałem lekki katar i ból głowy. Nic poważnego. Jednak już pierwszego dnia podróży poczułem się źle - gorączka, dreszcze z zimna i uderzenia gorąca na zmianę.

Po kilku godzinach w samochodzie i dotarciu na miejsce odizolowałem się od reszty i zamknąłem sam w pokoju. Noc przespałem kiepsko. Następnego dnia, w niedzielę, gorączka wzrosła do ok. 39 stopni. Pojawił się suchy, duszący kaszel i ból całego ciała - głowa, mięśnie, stawy, skóra - dosłownie wszystko, do tego brak apetytu.

Objawy się nasilały, ale wciąż występowały falami - bywały nie do zniesienia, ale bywały też momenty, że ustępowały i czułem się całkiem nieźle. Wkrótce doszła bezsenność. Spałem po 3 godziny na dobę.

Poniedziałek: proszę jechać do Krakowa

W poniedziałek pojawiły się duszności i ciężki oddech. Moi kompani, mieszkający w domku piętro niżej, słyszeli każdy mój oddech, ciężki i świszczący. Przez cały czas towarzyszył mi potworny ból, którego nie mogłem zbić ani ibuprofenem, ani paracetamolem - a dawki stosowałem wysokie. Gorączka sięgała 40 stopni.

Zadzwoniłem po teleporadę do swojej przychodni w Krakowie. Lekarka przepisała mi antybiotyk i powiedziała, że zgłasza mnie jako podejrzanego o COVID do krakowskiego sanepidu.

Na moją uwagę, że jestem kilkaset kilometrów od Krakowa, stwierdziła, że muszę jak najszybciej wrócić, choćby pociągiem, bo jak mnie zgłosi, to policja będzie mnie szukać w Krakowie.

Cóż, nie miałem siły się kłócić, więc skończyliśmy rozmowę. Znajomi pojechali do pobliskiej apteki i kupili przepisane lekarstwa: antybiotyk i ACC na kaszel. Dzień minął okropnie. Najwyższa zmierzona temperatura ciała wyniosła 40,2 C. Powtarzałem je kilkukrotnie i robiłem zdjęcia odczytom, bo trudno mi było w nie uwierzyć.

Nawet nie pamiętałem, kiedy miałem ostatnio gorączkę, tym bardziej że mam fizjologicznie obniżoną temperaturę ciała - zwykle przy pomiarach termometry pokazują 35,5-36 *C.

Wciąż nie mogłem spać, coraz trudniej mi się oddychało, doszedł ból gardła. Próby wideorozmów ze znajomymi, którzy byli ze mną na wakacjach i mieszkali na parterze wynajmowanego domku, kończyły się szybką utratą głosu. Ból stawał się nie do zniesienia, przestałem też logicznie rozumować - upierałem się np., że muszę się dostać na najbliższą stację PKP i wsiąść do pociągu do Krakowa.

Wtorek: Nie mógł pan jeszcze wytrzymać?

We wtorek, po kilku godzinach nocnego wycia z bólu, przyjaciele zaczęli dzwonić po znajomych lekarzach i pobliskich szpitalach, szukając rady. Ja nie miałem już na to siły.

Próbowano ich przekonać, że najlepszym wyjściem jest zawiezienie mnie przez jednego z nich do szpitala. Nieważne, że wiązałoby się to dla nich z ogromnym ryzykiem zakażenia.

W końcu ktoś zaproponował, żeby po prostu zadzwonić na pogotowie, opisać mój stan i zażądać przyjazdu karetki. Sanitariusze przyjechali po ok. godzinie i zaprowadzili mnie do karetki.

Tam, po zdaniu krótkiej relacji z ostatnich kilku dni, zostałem dosłownie okrzyczany, że wzywam karetkę bez wyraźnego powodu. Że na działanie antybiotyku trzeba czekać 3-4 dni, i czy nie mogłem jeszcze tyle wytrzymać?

Ponownie nie miałem siły wdawać się z bezsensowne dyskusje. Dałem się zawieźć do najbliższego szpitala w Kościerzynie, gdzie stał specjalny namiot, w którym pobrano wymaz do badań. Przez cały czas przekonywano mnie, że to nie są objawy COVID-19. Poczułem się nawet lepiej, bo po podanej dożylnie pyralginie spadła mi gorączka. Niestety - półtorej godziny po wymazie zadzwonił telefon z kościerzyńskiego sanepidu i informacja o pozytywnym wyniku testu pozbawiła mnie złudzeń.

Szpital

Dwie godziny później, ok. 22:00, byłem już w szpitalu zakaźnym w Gdańsku. Opieka była bardzo dobra, pielęgniarki co kilka godzin zaglądały i dopytywały, czy wszystko ok, lekarka prowadząca była niezwykle miła, empatyczna i kompetentna. Wykonana następnego dnia tomografia komputerowa wykazała rozlane zapalenie płuc.

Przez tydzień byłem pod tlenem z tzw. wąsów - natlenowanie krwi bez wspomagania było w granicach 93-94 proc. Dostałem kurację z remdesiviru, do tego były dwie kroplówki dziennie na wzmocnienie, pyralgina dożylnie 2 razy dziennie, sterydy na płuca, zastrzyki z heparyny w brzuch 2 razy dziennie, antybiotyk, osłona, lek nasenny i jeszcze kilka tajemniczych pigułek.

Planowano również kurację osoczem ozdrowieńca, ale lekarka stwierdziła, że skoro jest poprawa po stosowanej kuracji, to „zostawimy sobie” osocze na wszelki wypadek, gdyby miało się pogorszyć.

Po około tygodniu wróciłem do dobrego samopoczucia i formy na tyle, że odstawiono tlen i pyralginę, odzyskałem głos. Zrobiono mi dwa wymazy, oba dały wynik pozytywny. Wyszedłem po 15 dniach z wynikiem pozytywnym „dzięki” temu, że nowe rozporządzenie dopuszczało wypis takiego pacjenta, jeśli minęła określona liczba dni od pojawienia się oraz ustania objawów.

Prawdę mówiąc, po 15 dniach zamknięcia w pokoju i dwóch pozytywnych wymazach byłem w tak kiepskiej formie psychicznej, że z chęcią skorzystałem z tej możliwości. Wróciłem do Krakowa pierwszym szybkim pociągiem i nie wychodziłem z mieszkania przez kolejny tydzień, chociaż lekarze uspokajali, że już na pewno nie zarażam. Wolałem dmuchać na zimne.

Szybko się męczę i łapię zadyszkę

Okazało się, że ani jedna osoba, która miała ze mną kontakt na przestrzeni tych kilku dni, kiedy mogłem zarażać, się nie zaraziła. Bardzo mi to pomogło. Dało spokój ducha, że nikogo nieświadomie nie skrzywdziłem - nawet osób, z którymi jechałem 7 czy 8 godzin jednym samochodem.

Od wyjścia ze szpitala cały czas aż do teraz, szybko się męczę - w trakcie dnia, w pracy. Szybko łapię też zadyszkę - wejście na trzecie piętro, gdzie mieszkam, wiązało się do niedawna z minutą głębokiego i łapczywego łapania powietrza.

Na szczęście wydaje się, że te objawy powoli ustępują, ale wciąż zdarza się, że łapię zadyszkę po 3 krokach, zupełnie znienacka.

Wykonana w zeszłym tygodniu tomografia pokazuje, że płuca, w porównaniu do tomografii z pierwszego dnia pobytu w szpitalu, wracają do normy i zmiany w większości się cofnęły. Jest dużo lepiej, ale wciąż nie jest „normalnie".

W tej historii jest jeszcze dużo do opowiedzenia. Na przykład o nieudolności i braku dobrej woli lekarki z krakowskiego POZ, której nie chciało się mnie „przepisać” z sanepidu krakowskiego do kościerzyńskiego.

Albo o totalnym bałaganie w krakowskim sanepidzie, który dzwonił do mnie po tygodniu pobytu w szpitalu w Gdańsku, żeby poinformować, że zostałem zgłoszony jako „podejrzany” o COVID i zapytać, jak się czuję. Zdziwili się, że nie jestem podejrzany, tylko potwierdzony i leżę od tygodnia w szpitalu.

Ale mógłbym też opowiadać o wspaniałych paniach z sanepidu kościerzyńskiego, które dzwoniły do mnie i do moich przyjaciół przez kilka dni i dopytywały o zdrowie i samopoczucie. O wspaniałych paniach pielęgniarkach i pani doktor, które zajmowały się mną w Szpitalu Zakaźnym w Gdańsku.

Jestem też wdzięczny cudownym przyjaciołom, którzy z Krakowa, Warszawy i Gdańska przysyłali mi paczki niespodzianki. Bez nich wyszedłbym ze szpitala ze sporą niedowagą - opieka w szpitalu fantastyczna, ale katering dramatyczny. Przez pierwsze kilka dni, kiedy odzyskałem apetyt, a nie dostałem jeszcze paczek żywnościowych, schudłem 4-5 kg.

Młodych też trafia i to ciężko

Na koniec to, co zaskoczyło mnie najbardziej: nie ma reguł - będąc młodym (34 lata), aktywnym i zdrowym mężczyzną bez żadnych chorób towarzyszących również można przejść tę chorobę tak ciężko. Nie spodziewałem się też, że tak długo po wyzdrowieniu (już ponad dwa miesiące), wciąż będę się zmagał z problemami płucnymi.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne