0:00
0:00

0:00

"Gdy dotarliśmy do granicy w płocie były wycięte przejścia" – napisał nam tuż przed 12:00 w poniedziałek 8 listopada jeden z Irakijczyków biorący udział w wielkim marszu uchodźców, który kieruje się w stronę przejścia w Kuźnicy. - To nie były byle dziury w drucie kolczastym, a profesjonalnie wycięte okna, tak że można przejść bez okaleczenia". To ten sam Irakijczyk, z którym mamy kontakt od początku marszu. Uznał, że płot, na który się natknął jest już na samej granicy białorusko-polskiej.

Potem potwierdził to kolejny, który sam nie widział takich dziur, ale twierdził, że wiadomość o nich rozeszła się pocztą pantoflową wśród migrantów. Informacje, które dostaliśmy od "naszych" Irakijczyków potwierdzały doniesienia serwisu motolko.help, który za pośrednictwem Telegrama opublikował film. Widać na nim profesjonalnie wycięte okno o wysokość dwóch metrów oraz ludzi, którzy bez żadnego problemu przechodzą przez przejście.

Później serwis przyznał, że to mogła być próba dezinformacji ze strony służb białoruskich. I zapewne była propagandową pułapką.

Wycinają, żeby nakręcić marsz?

'To wejście do pasa śmierci, a nie do Polski. Białorusini próbowali nas oszukać" – przyznał w wiadomości o godz. 14:00 trzeci z Irakijczyków, z którym mamy kontakt. Dodał, że postanowił wrócić do Mińska i podobny plan ma wiele innych osób protestujących.

Wiele wskazuje na to, że służby białoruskie chciały stworzyć wrażenie, że przejście przez polską granicę jest możliwe i łatwe, i tym samym zachęcić więcej osób do przemieszczania się w kierunku Polski. Tymczasem funkcjonariusze wycinali przejście w pasie zasieków postawionych przed polską granicą.

Dostaliśmy też screen krążący wśród uchodźców. Przedstawia białoruskiego żołnierza, który przecina ogrodzenie. Do tego ironiczny komentarz: "Kojarzycie tego migranta? W jakiej jednostce służy?".

Wczesnym popołudniem tysiące migrantów wciąż jednak tkwiło przy granicy białorusko-polskiej. Przyjeżdżali od rana Irakijczycy z Mińska, Grodna, Brześcia i z innych miast. Ci, którzy są już w Białorusi, ale nie dotarli jeszcze na granicę, albo zostali odepchnięci przez polskie służby. Dołączyły do nich grupy migrantów, którzy - z "pomocą" strażników - wydostali ze „strefy śmierci” na granicy polsko-białoruskiej. Wszyscy razem maszerowali poboczem autostrady w kierunku granicy z Polską.

Przeczytaj także:

Aby zrozumieć przebieg wydarzeń OKO.press korzysta z własnych źródeł wśród migrantów. Udało nam się także dotrzeć do białoruskiego pogranicznika, który przekazuje nam informacje anonimowo.

Wersja irakijskiego uchodźcy: to miała być manifestacja dla świata

Początkowo Irakijczycy planowali pokojowy marsz, podczas którego chcieli zwrócić uwagę świata na kryzys humanitarny.

"Wiele z nas jest ofiarami reżimów, a teraz dostaliśmy się w pułapkę zgotowaną przez polityków. Chcieliśmy pokazać światu, ile nas jest w Białorusi. I że to wielki kryzys humanitarny, na który nie można zamykać oczu – pisał nam w poniedziałek o świcie "nasz Irakijczyk", który uczestniczy w marszu.

Inny informator bliski organizatorom marszu, nie zgadza się z doniesieniami polskich mediów, że inicjatywa była zaplanowaną prowokacją białoruskich służb.

"To wcale nie był pomysł Białorusinów. Inicjatywa wyszła ze strony migrantów z Iraku, którym udało się wrócić do Mińska. Prace nad marszem trwały od tygodnia. Do niedzieli, do momentu, gdy pierwsi migranci zaczęli zjeżdżać w ustalone miejsce Białorusini nic nie wiedzieli".

Irakijczycy chcieli połączyć swój marsz z planowaną manifestacją niemieckich aktywistów, do której ma dojść we wtorek po polskiej stronie.

Według naszej wysłanniczki Anny Mikulskiej, w poniedziałek z Berlina w południe wyrusza autobus w kierunku polskiej granicy z Białorusią.

Aktywiści i aktywistki chcą się upomnieć o los uchodźców brutalnie traktowanych przez służby graniczne Białorusi i Polski, wbrew prawu humanitarnemu. Wiozą też zebrane w Niemczech dary.

Białoruski żołnierz: w niedzielę dostaliśmy rozkaz

W plany imigrantów włączyły się białoruskie służby, które zamierzają wykorzystać marsz do własnych celów. Uruchomiły operację, którą możemy nazwać umownie "Marsz na Polskę".

"Wszystko się zmieniło. Na miejscu pojawiły się białoruskie wojsko i policja. Są agresywni. Każą iść nam wprost na granicę" – napisał nam ten sam Irakijczyk tuż po godz. 10.

O znaczeniu operacji "Marsz na Polskę" świadczy podana na Telegramie informacja serwisu @probelpl, że w pobliżu przejścia granicznego w Kuźnicy widziano Witalija Stasiukiewicza, wysoko postawionego w strukturze reżimu szefa bezpieczeństwa publicznego w grodzieńskim Komitecie Wykonawczym.

"To taki lokalny boss w milicji. Kierował akcją tłumienia protestów w Grodnie, który wybuchły niemal na całej Białorusi po zmanipulowanych wyborach prezydenckich w sierpniu 2020 roku. Przez całą karierę polował na dziennikarzy i opozycjonistów "– opowiadał nam niezależny białoruski dziennikarz.

Żołnierz z Białorusi, który zastrzega anonimowość przekazał nam szczegóły: "W niedzielę dostaliśmy rozkazy, że możemy wpuszczać na Białoruś osoby, które do tej pory koczowały w pasie granicznym".

Chodzi o ludzi, którzy utkwili w „strefie śmierci” na samej granicy. Jak napisał nam o 11:00 ten sam białoruski pogranicznik, „obóz jest już pusty”. Osoby z obozu dołączyły do tych, które dotarły z Mińska, Brześcia, Grodna i z innych miejscowości.

Żołnierz dodawał: "Transportowaliśmy migrantów pod Grodno, by mogli uczestniczyć w marszu. Widziałem tam dwa, trzy tysiące ludzi. Wszyscy idą na granicę. Tam będzie piekło, bo czekają już na nich Polacy".

Po drugiej stronie granicy stoją oddziały polskiego wojska i straży granicznej. Na filmach oraz zdjęciach, które publikują w mediach społecznościowych migranci, widać tłumy ludzi przy samej granicy. Na jednym z nich migranci wykrzykują różne hasła do polskich żołnierzy i policji schowanych za tarczami.

[video width="264" height="480" mp4="https://oko.press/images/2021/11/IMG_258852637.mp4"][/video]

[video width="264" height="480" mp4="https://oko.press/images/2021/11/IMG_144035999.mp4"][/video]

[video width="264" height="480" mp4="https://oko.press/images/2021/11/IMG_103061596.mp4"][/video]

;

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze