"Wariowałam, bo już nie wiedziałam, czy piszę o kobiecie, mężczyźnie czy osobie trans" - Marta Konarzewska opowiada o swym obsypanym nagrodami scenariuszu "Włast". Słucha Anton Ambroziak z OKO.press, który jest osobą transpłciową. Niesamowita rozmowa o seksualności, cierpieniu, determinacji, o klęsce, która staje się zwycięstwem. O tym, co w nas nieoczywiste

„I have a dream, żeby na ten film chodziły szkoły. Dla młodzieży ważny byłby moment dojrzewania, który tam silnie wybrzmiewa. Męskość, kobiecość, kim jestem? Co to jest ciało? Czy to moje ciało? – to wszystko tematy, z którymi borykasz się, gdy masz naście lat” – mówi OKO.press Marta Konarzewska.

„Od kiedy zaczęłam się zajmować płcią i genderem interesowało mnie właśnie to wszystko, co jest pomiędzy, co niuansuje. Zawsze wydawało mi się, że z tym ludzie się zidentyfikują. Dlaczego? Bo natrafiają na nieoczywistości, które są w nas wszystkich.

Tą drogą zbliżamy się do świata, w którym wielorakość faktycznie jest wartością, a nie tylko pustym hasłem”.

„Tożsamość to właśnie ta ciągłość i spójność ze sobą jako kobietą, jako mężczyzną, jako procesem, czy czym tam jesteś. A tożsamość, którą produkują nacjonaliści pod hasłem »Polak«, to pusty zbiór. Przynależność jest ważna, i wspólnota, ale to nie to samo co tożsamość”.

„Sama wariowałam pisząc scenariusz, bo nie wiedziałam czy piszę o kobiecie, mężczyźnie, osobie trans. Niby widziałam tę trzecią, ale były momenty, do których i ten filtr mi nie pasował”.


Ciemny ekran, napis: „Po wojennej tułaczce Piotr Odmieniec Włast trafia do kolejnych zakładów opieki. Umiera w 1949 roku, jak na ironię 8 marca, w Dzień Kobiet. Tuż po tym jak dr David Oliver Cauldwell wprowadza do medycyny określenie transseksualizm. Poezje pisane w drugim, męskim okresie życia poety zachowały się w rękopisie. Nie zostały wydane do dziś”.

Piotr Włast to artysta znany raczej jako Maria Komornicka. Urodzona/y w 1876 roku – poetka i krytyk literacki, współautorka młodopolskiego manifestu „Forpoczty”, jedna z ikon emancypacji.  W 1907 roku zamknięta w szpitalu psychiatrycznym z powodu deklaracji „przemiany płci” i przyjęcia imienia Piotr. Nazywany „wariatką na strychu”. Zmarł w 1949 roku.

Czy da się tę historię napisać inaczej? Próbę podjęła Marta Konarzewska*. Jej scenariusz „Włast” zrobił furorę na „Script pro 2018”, konkursie, który jest organizowany przez Szkołę Wajdy i Fundację Off Camera. Partnerem konkursu jest Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Scenariusz pt. „Włast” Marty Konarzewskiej otrzymał Nagrodę Główną PISF, i – rzecz bez precedensu – także nagrodę specjalną Stowarzyszenia Autorów ZAIKS. To najważniejszy konkurs scenariuszowy w Polsce.

Ze scenarzystką rozmawia Anton Ambroziak z redakcji OKO.press, który sam jest osobą transpłciową. Próbują dociec, jak opowiadać historie, które nie dają się włożyć w proste etykietki. I czy taka narracja może być lekiem na polską transfobię.

Anton Ambroziak: W twoim scenariuszu Włast to bohater tytułowy. Dlaczego nie Maria?

Marta Konarzewska: Bo tak się nazywał. A w kółko pojawia się jako Komornicka. Imię „Maria” jest przynależne tylko połowie życia, „mniejszej połowie” – 31 lat. Ja chciałam całości. Włast urodził się w 1876 roku, zmarł w 1949. Tak zwana przemiana, czyli ogłoszenie się mężczyzną, nastąpiła w 1907 roku. Ten drugi okres – dłuższy i potwornie dramatyczny – zazwyczaj podsumowuje się jednym zdaniem: „Maria schyłek życia spędziła w szpitalu psychiatrycznym, na strychu i w domach opieki”. To nie był schyłek, to było 40 lat! Szmat czasu, na przykład całe moje życie.

W literaturze i kulturze doceniana jest postać Marii, błyskotliwej postaci bohemy Młodej Polski i modernizmu. Piotra Własta brak.

Pierwsza część jego/jej życia była bardzo barwna. To były czasy mroczne i dekoratywne, rozkwit moderny i dekadencji, kwiaty zła, kobiety fatalne, scenerie jak z Klimta.

Piotr, jeszcze wtedy ona, nastoletnia Maria, zadebiutował szybko w „Gazecie Polskiej”, [dzienniku warszawskim 1826-1907, z solidną sekcją literacką – red.] i został rozpoznany jako genialna dziewczyna. Błyskotliwa, o ciętej ripoście i mocnym charakterze. Współpracowała z Cezarym Jellentą i Wacławem Nałkowskim (ojcem Zofii Nałkowskiej) – ważnymi postaciami na arenie literackiej i artystycznej.

Wyszła za mąż za Jana Lemańskiego, cenionego poetę i satyryka, współpracowała z Zenonem Przesmyckim w czołowym modernistycznym piśmie „Chimera”.

Jedno z dwóch zachowanych zdjęć Własta, tu jako Maria / fot. domena publiczna

Feminizm

Feministki widzą tylko Marię, Piotra nie dostrzegają.

Maria była w samym centrum życia publicznego. W krytyce feministycznej pojawiła się pokusa znalezienia w niej postaci ikonicznej dla emancypacji. Maria urosła do rangi polskiej Camille Claudel, francuskiej rzeźbiarki, związanej tragicznym romansem ze słynnym Rodinem, artystki zbyt odważnej, by zmieścić się w genderowych standardach epoki.

Obłęd Marii/Piotra – miałby według prostych narracji feministycznych – wynikać z niemożności pełnej obecności kobiety w patriarchalnym świecie.

Camille Claudel, zdjęcie z 1884 rok.

Czyli „przemiana” miała być rozpaczliwym poszukiwaniem drogi do pełnej emancypacji? Maria stała się Piotrem, bo chciała uzyskać to, co było nieosiągalne dla kobiety?

Tak to bywa czytane. Ale warto zaznaczyć, że Maria nie była feministką. Doskonale pisze o tym Izabela Filipiak w „Obszarach odmienności” – monografii, która podchodzi do postaci Marii/Piotra najbliżej. Jej ciotka – Waleria Morzkowska – owszem, była znaną emancypantką, Maria bywała na jej słynnych żurkach, ale w jej ślady nigdy nie poszła. Irytowały ją ówczesne emancypantki, i polskie i – potem, gdy mieszkała jakiś czas w Cambridge – angielskie. Drażnił ją ten dyskurs, ta „skobieciałość”. „Nieznośny babiniec” – pisała do matki. A może – pisał?

Waleria Morzkowska, ciotka Komornickiej/Własta / fot. domena publiczna

Feminizm ma więc z Marią problem. Radzi sobie tak, że jej „przemianę” w Piotra odczytuje jako gest symboliczny, stłamszenie w sobie kobiety jako sprzeciw wobec społecznemu uciskaniu kobiecości. Albo: wyzbycie się płci. Noszenie spodni, bo między falbanami hula wiatr, a spódnica to gorset.

W feministycznych tekstach Piotr funkcjonuje jako kobieta, a nawet „bogini”.

Dopiero w tekstach osób transpłciowych, na przykład Wiktora Dynarskiego czy Marcina Rzeczkowskiego, zobaczyłam coś innego, prostego, ale bardzo ludzkiego.

Zobaczyłam Komornicką jako Piotra, który musiał połowę życia przeżyć jako Maria. „Publikowałem pod pseudonimem niewieścim” – tak sam Włast pisał w listach. Problem w tym, że życie Piotra nie daje się bezkarnie uprościć. Także  do transowej narracji.

To jest jednak artysta. W jego historii, budowanej jako autoekspresja i autokreacja, przeplatają się różne motywy, a to znaki obłędu, a to symbole z wyobrażeń poetyckich, ślady przemyśliwanej wte i wewte tzw. wojny płci. Czemu wierzyć? Czego się trzymać? To nie jest prosta historia o tranzycji.

Samostanowienie

To, co mnie – jako osobie trans – wydaje się istotne w historii odtrąconego i zapomnianego Piotra Własta, to kwestia samostanowienia. Oczywiście w czasach Piotra niemożliwe było przeprowadzenie korekty medycznej. Wszystko zasadzało się na słowie. Na deklaracji: „Jestem Piotr”. Ta deklaracja została wrzucona do przepastnego wora obłędu, ale była zwycięstwem samostanowienia: „Jestem mężczyzną”.

No tak, ale to, co było wygraną, było jednocześnie przegraną. Ceną był obłęd. Niestety, stany psychotyczne Piotra były najpewniej prawdziwe. To nie jest takie zero-jedynkowe, że wmówiono Marii obłęd, by ją zamknąć (tak się mówi o Claudel).

Jaka była tych stanów przyczyna? Może zostały wytworzone przez presję społeczną, może przez szpital psychiatryczny, który sam w sobie był instytucją niewyobrażalnie opresyjną? W tzw. domu zdrowia  z przełomu XIX i XX wieku trudno było nie oszaleć. A może te stany były wynikiem, czegoś czego nie mogę zbadać, sięgnąć? Relacji rodzinnych, więzi z matką?

Ta matka to najbardziej nieruchomy element scenariusza, nawet ściany będą bardziej ruchome w tym filmie.

Stany psychotyczne zdarzały się zresztą Marii/Piotrowi wcześniej, tuż przed tą – jak mówisz – samostanowiącą decyzją.

Jednak to, co jest przegraną, jest jednocześnie wygraną. Piotr wytrwał w swojej deklaracji. Najpierw przez siedem  lat w szpitalu psychiatrycznym, potem przez całe dwudziestolecie międzywojenne mieszkając na stryszku dworku w rodzinnym Grabowie, który należał teraz do jego brata i w którym miał status niemal przybłędy.

Pozostawał Piotrem, nosił się męsko, narażony na drwiny, odosobnienie.  Był traktowany gorzej niż reszta domowników. Wstydliwie ukrywany.

Można to wyczytać z fragmentów listów do matki, gdzie pisze o skąpych porcyjkach pływających w tłuszczu klusek, albo o tym, jak jakąś scenę w jadalni udało mu się podejrzeć przez szparę w drzwiach. Bardzo smutno to czytać.

Fotografia prawdopodobnie z 1943 roku z Grabowa. Piotr Włast znajduje się na niej na czwartym planie – odwrócony bokiem, z lekko pochyloną głową. Zdjęcie pochodzi z wystawy zorganizowanej w 1979 roku w Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce-Winiarach

Cała ta przemiana – to nie był bieg ku chwale, po pełne, szczęśliwe życie, a jednak Piotr trwał przy sobie. Szczególnie widać to w poezji, która do dziś nie została opublikowana.

Nazwał to „Xięgą poezji idyllicznej”. Widać tam niesamowicie silne przekonanie o swojej racji. W jej imię wytworzył

poetycki obraz idylli, stan powrotu do siebie, bardzo zdziecinniałego i przepełnionego rezygnacją, ale jednak powrotu do domu. I to jest dla mnie jednocześnie wzruszające i zasmucające.

Właśnie w tym znalazłam jego wewnętrzną prawdę. To oczywiście trudno oddać w filmie, bo każdy dzień Piotra po decyzji, by żyć jako mężczyzna wyglądał tak samo. Tylko spacery i spacery, po polach, lasach, ćwiczenia gimnastyczne, praca w ogrodzie, „podróż” do pobliskiego sklepu po herbatę i papierosy „na zeszyt”, obiad, mleko z pianką, pisanie, spanie, spacery…

Zobacz, jak to brzmi w porównaniu z wojażami Marii, gdy migotały miasta, morza i ukochane przez młodopolan góry, Paryż, Rzym, Neapol! I masz odpowiedź na pytanie, dlaczego wszyscy wolą ten pierwszy etap.

Legendy

Biografia Piotra – według  popularnych legend – ma punkty zwrotne, jakby stworzone dla scenarzysty. Jest noc poznańska.

Miało do niej dojść w 1907 roku, kiedy to Maria Komornicka będąc z matką w hotelu w Poznaniu rzekomo spaliła suknię i uznała, że odtąd będzie mężczyzną. Już Izabela Filipiak podkreślała, że nie wiemy czy noc poznańska w ogóle miała miejsce.

Użyłam tej sceny jako syntezy wcześniejszych stanów i symbolu decyzji, a nie faktu biograficznego. Film lubi takie sztuczki, bo działa jak sen. Chodzi o to, by zagęścić rzeczywistość. Przecież on już wcześniej przyjął pseudonim Piotr Włast. I – jak sam wiesz – tranzycja to proces, a nie punkt na osi czasu.

Druga legenda to makabryczny rytuał wyrwania zębów, żeby zmienić rysy twarzy na bardziej męskie.

Pytałam wielu transchłopaków, czy to ma sens. Węższa szczęka jest lepsza?

Nie, pożądana jest raczej szersza szczęka i ogólna zmiana rysów twarzy. To udaje się osiągnąć, gdy przyjmujesz hormony, które inaczej rozprowadzają tłuszcz w organizmie.

No właśnie. Oczywiście taki akt mógłby mieć wymiar masochistyczny, ale w listach można przeczytać o całkiem zwyczajnych problemach Piotra z zębami.  Że bolą, wciąż bolą. Siostra – Aniela Komornicka – pisała, że Maria miała bardzo popsute zęby i dość szybko je straciła. Motyw dentystyczny pojawia się też w prozie, w powieści „Halszka”.

Według wspomnień Lorentowicza, Maria z czasów, gdy poznała Lemańskiego, miała krótkie włosy. Już wtedy, około 1897 roku, czyli 10 lat przed „nocą poznańską”. Ale  nic nie wiemy na pewno, to są skrawki, z których w różny sposób możemy budować narrację.

Sukienka

Ale jakiś obraz dochodzenia Piotra do swojej tożsamości ci się wyłonił?

Przede wszystkim poetycki. Najważniejsze dla mnie było prześledzenie tekstów literackich. Motywy zagłębiania się w siebie, feniksa, metamorfozy i czekania na coś. Te wszystkie elementy do jej/jego poezji włączają się powoli. Na przełomie wieków zaczyna się też wkradać rodzaj męski. Jest jeden wcześniejszy wiersz, w którym męski zaimek wygląda jak pomyłka. Ale może nią nie jest? Nie wiem.

Bardzo przeżywałam listy z ostatnich lat, gdy Piotr leży u sióstr w Izabelinie zniszczony tułaczką II wojny światowej. Spokój dworku w Grabowie został zakłócony bombardowaniami. Cała rodzina musiała uciekać. Piotr po wojnie ma odmrożone ręce i stopy, nie ma zębów, jest niedosłyszący. Wciąż pisze listy do siostry. Prosi o herbatę – pił jej bardzo dużo, to go podkręcało – i papierosy.

W co drugim liście pojawia się też prośba czy apel: proszę mi zabrać tę sukienkę, nie wysyłać sukienek, lecz białą czapeczkę. Bo strasznie marzł. To było takie zimno dojmujące, jakby przesadne. Zimno, które jest samotnością. Bolesne. Tak smutne, że ledwo możesz przy tym pozostać, wytrwać. Pracowałam z przerwami, wiele miesięcy.

Wszystkie interpretacje, które mówią, że „przemiana Marii” była emancypacją – są łatwe do podważenia.

Bo kto tak robi? Kto decyduje się ponad połowę życia spędzić w biedzie, odepchnięciu, dalej niż na marginesie? Co to za emancypacja? Paradoksalnie Piotr Włast właśnie jako mężczyzna mógł mniej niż jako kobieta.

Paryż

Czy Piotr w tamtych czasach miał szansę zetknąć się z kulturą LGBTQ? Czy do wszystkiego dochodził sam?

W Polsce oczywiście nie bardzo. Ale był w Paryżu, tuż przed przed rewolucją 1905 roku. To są czasy wczesnej Colette [popularnej pisarki obnażającej fałsz mieszczańskich instytucji, takich jak małżeństwo, znanej z dziesiątek przygód homo i heteroseksualnych – red.], lesbijskiej i queerowej twórczości tzw. lewego brzegu Paryża.

Czy miał szansę się z tym spotkać? W teatrze, kawiarniach, na ulicach? Na pewno. Ale znów – nie wiadomo. Wiemy, że to właśnie tam doszło do pierwszego załamania psychotycznego. Trafił do kliniki pod Paryżem.

Wydaje się, że Piotr musiał ścierać się sam ze sobą, że w otoczeniu nie było mu podobnych. Choć gdyby przyjrzeć się jego małżeństwu z Lemańskim, które trwało dwa lata, to już ono było co najmniej campowe. Coś tam było z teatru, coś z nienormatywu. Lemańskiego cechowała – jak to się mówiło – „kobiecość”. Był wrażliwy, było w nim coś z urażonego dziecka, życie się go nie trzymało. Trzeba się było o niego troszczyć. Chorował, słabł. Wiele lat po rozstaniu z Marią – zastrzelił się. Lorentowicz spekulował, że to przez nią.

Próbowano przedstawiać ją jako femme fatale, modliszkę. Sam Lemański pisał o niej jako o lilii wodnej, co się chce wyrwać dnu i pędzić do słońca. Jej wciąż było mało. Była w niej siła i pęd ku życiu, większemu Życiu. Wciąż chciała jechać nad morze, ciągnął ją bezmiar, nieskończoność. Morze, morze – pisała niczym Rimbaud. Jej wyobraźnia życiowa i poetycka była radykalna, dzika. Chciała ruchu, podróży.

Dynarski podkreślał, że ruch w tamtych czasach genderowo i symbolicznie przynależał mężczyźnie.  Lorentowicz wspominał też o włosach – chłopięcości Marii, które miały się Lemańskiemu podobać. Po rozwodzie Maria zaczęła ubierać się dziwacznie – jak określała to jej siostra. Nie wiemy, czy chodzi już o męskie ubrania, ale można podejrzewać, że ten proces postępował.

A jak Maria/Piotr był odbierany w środowisku literackim? W rodzinie?

Szalony intelekt, „żywa puszka pandory”. Tak pisał o młodej Marii Jellenta [Cezary, pisarz i krytyk literacki – red.]. Ognik, czarująca intelektem dzikość. Ciekawa jest jej relacja z Zofią Nałkowską, która o Marię była zazdrosna w taki dziwaczny, kobiecy sposób.

Niesamowicie pisało mi się te sceny między małą Zosią a Marią. Zosia to jest dopiero! Jakbyś pisał kolejną „Lolitę”. Chciałam oddać klimat dziwnej rywalizacji, która z pewnością miała wpływ na późniejsze zachowanie słynnej pisarki wobec Piotra. Gdy Piotr już był w szpitalu psychiatrycznym, Nałkowska nie pojechała go odwiedzić, nawet nie próbowała go odnaleźć. Nie zajęła się jego tekstami, na co liczył. Teksty pokazała jej Zofia Villaume, wczesna miłość Piotra, wtedy jeszcze – Marii.

Cezary Jellenta, zdjęcie z Tygodnika Ilustrowanego / fot. domena publiczna
Zofia Nałkowska z mężem w Grodnie, 1924 rok / fot. domena publiczna

W „Chimerze” ceniono Własta (to właśnie na łamach tego pisma przyjął ten pseudonim)  przede wszystkim za talent krytyczno literacki. Cięty język. Miriam [Zenon Przesmycki, słynny redaktor „Chimery” – red.] był nieprzejednany, Maria mówiła: potrzebuję czasu, sił  dla twórczości własnej, a on wciąż kazał jej pisać i pisać te recenzje.

Wspomnienia o Piotrze są jedynie wspomnieniami jego obłędu. „Biedna Marynia” – tak o nim mówili.

Tylko jedna osoba znalazła Własta, gdy był w domach opieki. Właśnie Zofia Villaume. Wymieniali ciepłe listy. Piotr otwierał się przed nią. Zofia przysyłała mu papierosy i herbatę. Słała też zdjęcia, Piotr chwalił się jej urodą współmieszkańcom domu opieki jak prawdziwy kochanek. Posyłała też  konfitury, z czego się bardzo cieszył. Zawsze miał się za żarłoka.

Nagroda

Główna nagroda PISF, pozostającego pod kontrolą konserwatywnej partii rządzącej,  za scenariusz o osobie transpłciowej. To cię nie zaskakuje?

Nie. Bo ten film nie jest dokładnie o „tym”. Narracje czysto coming outowe były nam kiedyś w sztuce potrzebne, ale one nie mają siły opowieści o wewnętrznej prawdzie postaci. Scenariusz, który napisałam jest o borykaniu się z tożsamością. Przenika się w nim świat wewnętrzny Piotra wyrażony w poezji, ze światem zewnętrznym.

Głównym założeniem było wyjście poza wartość anegdotyczną jego historii. Odejść od ciekawostek i opowiastek, które są tylko gładką powierzchnią na rzecz otchłani.  Niesamowitego zmagania z samym sobą, jak z Goliatem. Chodzi o te wszystkie siły, które są w każdym i każdej z nas, i ciągną! O te „biesy”, o których Piotr napisał najbardziej mroczny ze swoich tekstów. Na cztery lata przed „przemianą”.

A nie obawiasz się, że ze względu na temat i tak „Włastowi” zostanie przypięta łatka kina gatunkowego LGBT? A ty – jako autorka scenariusza – będziesz oceniania przez pryzmat tego, jak wiernie oddałaś doświadczenia osób transpłciowych? Osoby trans mogą mieć pretensje.

Nie. To nie jest taki scenariusz jak w „Dziewczynie z portretu”, gdzie bohaterka zdaje sobie sprawę ze swojej odmienności, przechodzi tranzycję i jakoś się to kończy. Mój scenariusz opowiada o pisaniu, o rozpoznawaniu siebie poprzez tworzenie. Łatwiej umieścić go w worku „filmy o artystach”. Pewniej jako taki wygrał w Krakowie.

Zresztą najlepsze filmy to te, w których to, co ważne, przedostaje się do odbiorcy niejako poza głównym nurtem opowieści. Nie mówisz wprost, każesz przeżywać: ból, dramat, samotność. Jeśli widz to przeżyje i zareaguje niezgodą, osiągnę cel.

W sztuce nie chodzi o machanie ideowym gotowcem. Podawanie na tacy. Chodzi o zbudowanie czegoś w widzu.

Polska

I co chcesz tym filmem zbudować? Czy łączysz postać Własta z doświadczeniami osób transpłciowych dziś? W Polsce osoba transpłciowa, która chce zmienić dokumenty (przejść korektę prawną) musi pozwać swoich rodziców do sądu za to, że źle określili jej/jego płeć przy urodzeniu. Musi mieć 18 lat. Musi poddać się zmianom medycznym (przyjmowanie hormonów i/lub operacje), żeby sąd był pewny, że w ciele doszło już do nieodwracalnych zmian. Jesteśmy zakładnikami okrutnego prawa, którego zmianę zawetował prezydent Andrzej Duda – to była zresztą jedna z pierwszych decyzji tej kadencji. Odbijamy się od specjalisty do specjalisty, żeby dostać tysiące papierków potwierdzających naszą tożsamość. To wszystko dużo kosztuje, także pieniędzy, bo w publicznej służbie zdrowia ciężko znaleźć wsparcie. Polska jest w europejskiej „czołówce” transfobii. Z badań Kampanii Przeciw Homofobii wynika, że wśród osób LGBTQ to właśnie osoby transpłciowe doświadczają najwięcej przemocy.

Wydaje mi się, że narracja, którą buduję, rymuje się z doświadczeniami osób transpłciowych, z którymi rozmawiałam przygotowując się do pisania scenariusza. Chodzi przede wszystkim o doświadczenie wewnętrznej walki, mocowania, próby uzgodnienia czegoś w sobie. I komunikowania tego, choć brakuje akceptowanej narracji.

To doświadczenie odcięcia czegoś w sobie, żeby się dopasować, albo odwrotnie – wycięcia elementu siebie z całości, jaką jest „ja”, jaką jest  życie „przed” i „po”, ażeby być sobą. Tak to chyba przebiega, niezależnie od tego, w jakich czasach żyjesz.

Pracując nad scenariuszem sięgałam też do własnego doświadczenia zmagania się z nienormatywną tożsamością lesbijki.

Tym, co łączy Własta i osoby trans dzisiaj, jest bieda. Kiedy decydujesz się na terapię hormonalną lub operację, to potrzebujesz masę pieniędzy na leki, specjalistów, dojazdy do większego miasta, jeśli akurat nie mieszkasz w Warszawie.

Kiedy pisałam o Właście czułam, że piszę o współczesnej nam osobie. Biednej, odrzuconej i zapomnianej. Zresztą to nie było tak dawno temu. Piotr umiera w 1949 roku, moja mama rodzi się w 52., a za chwilę – jestem ja.

Obcość

A gdybyś miała porównać społeczny odbiór Piotra wtedy i osób transpłciowych dziś. Z mojego doświadczenia wynika, że poza niechęcią – bo to takie „dziwne”, „obce”, „nienaturalne” – spotykamy się często z protekcjonalnością. Współczują nam, że „tacy się urodziliśmy”, „to przecież nie ich wybór”. Z jednej strony łatwiej nam niż osobom homoseksualnym, których orientację wrzuca się do wora „fanaberii” czy „stylu życia”, ale z drugiej strony odbiera się nam podmiotowość. 

Tam też było współczucie, ale dla obłędu. Znajomi Piotra powtarzali „biedna Marynia” albo „słyszałaś, co ją spotkało?”. Współczucie połączone było z lękiem. Zofia Nałkowska, która nie bała się w życiu niczego, bała się odwiedzić Piotra w Domu Opieki.

Można pytać dalej. Czy Nałkowska bała się obłędu, czy bała się tego, kogo spotka? Nie bardzo się jej dziwię. W tamtych czasach… Nawet we mnie był lęk, kiedy Piotra czytałam.

Lęk przez „tym czymś”, nie wiem, jak to określić, czymś nie do rozpoznania. Ale był i gniew. Gdy czytałam kolejny list zakończony prośbami typu „proszę zabrać sukienkę”.

I wtedy, i dziś wspólne jest radykalne niezrozumienie i niechęć, żeby rozumieć. Wrzucasz czyjeś doświadczenie do worka „obłęd” lub „ofiara losu” i koniec. Dalej się nie posuniesz.

Sama wariowałam pisząc scenariusz, bo nie wiedziałam czy piszę o kobiecie, mężczyźnie, osobie trans. Niby widziałam tę trzecią, ale były momenty, do których i ten filtr mi nie pasował. Tak było w małżeństwie Marii lub w relacji z siostrą.

Dla ruchu feministycznego przypominanie historii emancypantek jest szalenie ważne. A po co nam taka zawiła, niedookreślona historia Piotra Własta? 

Od kiedy zaczęłam się zajmować płcią i genderem interesowało mnie właśnie to wszystko, co jest pomiędzy, co niuansuje. Zawsze wydawało mi się, że z tym ludzie się zidentyfikują. Dlaczego? Bo natrafiają na nieoczywistości, które są w nas wszystkich.

Tą drogą zbliżamy się do świata, w którym wielorakość faktycznie jest wartością, a nie tylko pustym hasłem.

Tożsamość

Z tego, co mówisz wyłania się niepopularna strategia opowiadania o nienormatywności. Z aktywizmu znamy raczej prymat silnych jednoznacznych tożsamości. Musimy opowiadać o sobie jak najprostszymi hasłami i wycinać wszystko, co nie pasuje do skryptów lesbijka, gej, trans. 

Mnie jest łatwiej komunikować te nieoczywistości, bo temu wierzę. Zresztą polityka tożsamościowa sobie, a ruchy antygenderowe sobie. Co to oznacza? Że dotychczasowe strategie nie działają.

Jak chodziliśmy z Piotrem Pacewiczem na spotkania o naszej książce „Zakazane miłości”, to powtarzałam w koło jedno zdanie – ludzie wolą filmy Almodovara niż kampanie organizacji pozarządowych.

Siła spójnej tożsamości jest zresztą niebezpieczna. Na to stawiają nacjonaliści. Ja za taką opowieść dziękuję. Nie chcę mieć spójnej tożsamości lesbijskiej. Ani nielesbijskiej. Ani żadnej innej, zbiorowej. Chce mieć swoją tożsamość. Zbiorówka nie tylko nie opisuje mnie. Mam poczucie, że zbiorówki w ogóle nie opisują świata.

Silna tożsamość nie jest wtedy, gdy nazwiesz się jednym słowem i do niego będziesz dopasowywać innych.

Silna tożsamość jest wtedy, gdy znasz swoją wewnętrzną prawdę, masz w sobie poczucie ciągłości z samym sobą i w zgodzie z tym żyjesz. U Komornickiej/Własta nie ma tej ciągłości. Są silne zerwania i stąd może psychoza.

Tożsamość to właśnie ta ciągłość i spójność ze sobą jako kobietą, jako mężczyzną, jako procesem, czy czym tam jesteś. Myślę, że Kindze Kosińskiej, autorce „Brudnego różu” [powieści o trans doświadczeniu – red.] udaje się to oddać. Im więcej takich postać pokażemy, tym lepiej.

A tożsamość, którą produkują nacjonaliści pod hasłem „Polak”, to pusty zbiór. Przynależność jest ważna, i wspólnota, ale to nie to samo co tożsamość.

Obłęd

A obłęd Własta? Nie podważa jego doświadczenia osoby trans?

To pytanie zadałam sobie na początku. Boże, jak powiem, że był obłęd to na pewno zarzucą mi, że to jest anty-trans.

Musi być albo – albo. Albo jesteś osobą transpłciową albo zwariowałaś. Byle nie powiedzieć, że to była choroba psychiczna,  bo od razu kogoś zdyskredytujesz. Takie myślenie w nas pokutuje.

Do dziś lekarze rzucają nam kłody pod nogi, gdy okazuje się, że mamy depresję czy stany lękowe. Mówią: najpierw zalecz depresję, a potem przyjdzie czas na „bycie sobą”. 

Film

Póki co doceniony został scenariusz. Wyobraź sobie, że Włast wchodzi do mainstreamowej produkcji i co?

I have a dream, żeby na ten film chodziły szkoły. Mogłyby zobaczyć żywe środowisko literackie inaczej niż szkolny bezosobowy „autor wiersza”. Dla młodzieży ważny byłby też moment dojrzewania, który tam silnie wybrzmiewa.

Męskość, kobiecość, kim jestem? Co to jest ciało? Czy to moje ciało? – to wszystko tematy, z którymi borykasz się, gdy masz naście lat.

Film należy jednak do reżysera/reżyserki. Cieszę się, że scenariusz został doceniony. To oznacza, że jest głód takich narracji.

Laureaci konkursu scenariuszowego „SCRIPT PRO”, Kraków, 2 maja 2018. Konarzewska w środku z „czekiem” na 20 tys. zł

Chyba jest. W lutym 2018 roku „Nina” Olgi Chajdas według twego scenariusza dostała nagrodę w Rotterdamie. Też skomplikowana narracja. 

„Nina” opowiada o relacjach rodzinnych: matka-córka, siostra-siostra, a także o relacjach seksualnych między kobietami. Tam też nie ma prostej narracji o coming-oucie. Raczej o odnajdywaniu czegoś skrytego  w swoich pragnieniach i borykaniu się z tym.

Świat lesbijski jest tłem, powietrzem. Tak jak w filmie o kryzysie życiowym pielęgniarki, gdy kręcisz sceny w szpitalu. Takie ujęcie świetnie wyszło w filmie „Życie Adeli” [francuski film w reżyserii Abdellatifa Kechide, Złota Palma w Cannes 2013], który pokazuje konflikt miłosny między dwiema dziewczynami, a świat lesbijski jest obecny tak jak inne tła: rodzina, szkoła, galeria.

Takie było założenie „Niny” i to się udało. Jeden z krytyków filmowych na festiwalu w Rotterdamie mówił, że czuł się dziwnie oglądając ten film, bo patrzy z perspektywy nie swojej płci. To jest duże osiągnięcie reżyserki Olgi Chajdas i całej ekipy.

Jak dochodziłaś do takiego sposobu opowiadania?

Przełomem w moim życiu była książka „Zakazane Miłości. Seksualność i inne tabu”. Tam mieliśmy takie zdanie: „seksualność to dziwna rzecz”. Ciągle pozostaję w zdziwieniu, utrzymuję się w nim, dlatego nigdy nie zostałam działaczką.

Bo jak działasz, to musisz iść prosto do celu, a ja umiem tylko kluczyć i śnić.

*Marta Konarzewska (na zdjęciu) – Literaturoznawczyni, nauczycielka szkolna i akademicka, scenarzystka. Współautorka (razem z Piotrem Pacewiczem) książki „Zakazane Miłości. Seksualność i inne tabu” (2010), autorka głośnego tekstu „Jestem nauczycielką, jestem lesbijką” w „Wyborczej” (2010).

Pracowała m.in. z reżyserkami Olgą Chajdas, Kasią Adamik, Agnieszką Glińską. Aktualnie pracuje nad nowym filmem z Łukaszem Rondudą oraz książką o Małdze Kubiak – artystce i córce poety Tadeusza Kubiaka.


OKO.press pilnuje ABC praw LGBT+
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press