Obecny system wyborów do Parlamentu Europejskiego ma wady. Głos oddany w Warszawie ma 2,5 razy większą moc niż oddany w Białymstoku. Ale proponowana przez posłów PiS, m.in. Ryszarda Terleckiego (na zdjęciu), nowelizacja więcej psuje niż naprawia. Łamie zasadę proporcjonalności wyborów, wyborcy mniejszych partii stracą swoich reprezentantów

Gdyby ordynacja forsowana przez PiS obowiązywała w 2014 roku, z 52 polskich miejsc w europarlamencie aż 48 zyskałyby PO i PiS. Obecnie mają 39 foteli.

Jeśli PiS wprowadzi nową ordynację do Parlamentu Europejskiego, głos dużej części polskich obywateli w ogóle nie będzie słyszany. Zupełnie co innego deklarował w Parlamencie Europejskim premier Mateusz Morawiecki. Wzywał do powrotu do „Europy obywateli”, bo ludzie mają poczucie utraty wpływu na to, co się dzieje w unijnych instytucjach i dlatego się od nich odwracają.

„Wspólnota europejska znalazła się na zakręcie, musi ponownie wsłuchać się w głos swoich obywateli. Musimy w tym głosie usłyszeć niepokój i nadzieję” – przekonywał. Zachwalał też europarlament jako najbardziej demokratyczną unijną instytucję. Tymczasem projekt złożony przez posłów PiS praktycznie likwiduje obowiązującą państwa UE zasadę proporcjonalności.

Leczenie dżumy cholerą

Po pierwszym czytaniu 3 lipca projekt skierowano głosami PiS przy protestach całej opozycji do Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego.

Przewodniczącą komisji jest Anna Milczanowska z PiS, a jednym z jej zastępców partyjny kolega, zyskujący coraz większą widoczność poseł Marcin Horała, kandydat PiS na prezydenta Gdyni. W 17-osobowej komisji jest 10 posłów PiS, 5 z PO i po jednym z Kukiz’15, Nowoczesnej i PSL.

Wnioskodawcy, wśród nich szef klubu PiS Ryszard Terlecki, twierdzą, że projekt powstał z troski o frekwencję wyborczą, o jasne i precyzyjne zasady oraz równość okręgów.

Faktycznie, obecny system jest krytykowany, jednak to, co proponują posłowie jest jak leczenie dżumy cholerą.

Nowa ordynacja wykasuje inne ugrupowania – poza PiS i PO. Dwie największe partie zyskają 4-5 mandatów więcej niż dotychczas. To też czysty zysk finansowy – pięć mandatów oznacza 11 milionów złotych rocznie!

„Wadą aktualnego systemu wyborczego do PE jest skomplikowany i – co ważniejsze – niesprawiedliwy mechanizm podziału mandatów pomiędzy okręgi wyborcze. Brak przypisania mandatów do okręgów na stałe oraz uzależnienie ich liczby od rozkładu głosów pomiędzy zwycięskie komitety wyborcze, prowadzi do

nieproporcjonalnego podziału mandatów pomiędzy okręgami, co w praktyce powoduje, że siła głosu pojedynczego wyborcy nie jest wszędzie taka sama. Oznacza to złamanie zasady równości materialnej głosu”.

– komentuje prof. Michalak, politolog, dawniej pracownik Krajowego Biura Wyborczego, w analizie dla Fundacji Batorego.

Nie tylko polska sprawa

Polska ma w PE 51 posłanek i posłów. Więcej mają tylko Niemcy, Francja i Włochy. I Wielka Brytania, której w następnym PE już nie będzie, dzięki czemu Polska dostanie jedno miejsce więcej.

Zmiana w polskim prawie wpłynie także na podział europarlamentu na grupy polityczne – wzmocni się największa frakcja – Europejska Partia Ludowa, do której należy PO, oraz frakcja eurosceptyczna, do której należy PiS.

„Przedmiot projektowanej regulacji nie jest objęty prawem Unii Europejskiej” – piszą posłowie w uzasadnieniu. Podobną opinię wydało Biuro Analiz Sejmowych. To nieprawda.

Wybory do Parlamentu Europejskiego reguluje nie tylko polska ordynacja, ale również prawo europejskie.

„Akt z 1976 roku w sprawie wyborów członków Parlamentu Europejskiego w bezpośrednich i powszechnych wyborach” wprowadził wymóg proporcjonalności eurowyborów. Mają one spełniać cztery zasady:

  •  tajność głosowania,
  • powszechność,
  • bezpośredniość
  • proporcjonalność wyborów.

O co chodzi z tą proporcjonalnością?

Skład wybieranego organu ma odzwierciedlać preferencje obywatelek i obywateli. Jeśli na jakąś partię zagłosowała połowa wyborców, to około połowa mandatów w parlamencie powinna przypaść tej partii — a nie dwie trzecie. Ale też: jeśli na daną partię zagłosowało 15 proc. obywateli, to powinna uzyskać kilkanaście procent mandatów w parlamencie, a nie zero.

Wybory według ordynacji, nad którą pracuje Sejm, nie będą proporcjonalne i dlatego nie są zgodne z prawem unijnym – twierdzi ekspert Fundacji Batorego.

Prof. Michalak policzył jak zmieniłby się podział mandatów, gdyby w poprzednich wyborach w 2014 roku obowiązywała ordynacja ze zmianami proponowanymi teraz przez PiS. Pokazuje to symulacja w tej tabeli, w której przyjęto liczbę 52 mandatów:

Jak widać, dzięki nowej ordynacji PiS miałby pięć mandatów więcej, a PO – cztery więcej. SLD-UP zamiast 5 miałby 2 mandaty, a PSL zamiast 4 – tylko jeden.

W przypadku dużych partii – PiS i PO – nieco ponad 30 proc. głosów daje 46 proc. mandatów. A blisko 7 proc. głosów (na PSL) – ledwie jeden mandat, niecałe 2 proc. wszystkich.

Duzi zyskują nieproporcjonalnie dużo, mali tracą prawie wszystko.

Co jest nie tak z dzisiejszą ordynacją?

Obecna ordynacja dla wyborów do europarlamentu dzieli Polskę na 13 okręgów pokrywających się z granicami ośmiu województw. Ponadto:

  • okręg nr 3 obejmujący dwa województwa: warmińsko – mazurskie i podlaskie),
  • okręg 12 – województwa dolnośląskie i opolskie,
  • okręg 13 – lubuskie i zachodniopomorskie, a dla odmiany
  • dwa okręgi 4 i 5 – obejmują województwo mazowieckie.

Podział mandatów jest bardzo skomplikowany. Najpierw liczy się głosy oddane na komitety w całym kraju, we wszystkich 13 okręgach. Na tej podstawie dzieli się ogólną pulę mandatów między komitety. W każdym okręgu mandaty są przydzielane według liczby głosów oddanych na wszystkie listy okręgowe tych komitetów wyborczych, które przekroczyły ogólnokrajowy próg.

Zdarza się, że posłanka lub poseł przekroczy próg w swoim okręgu, ale mandatu nie dostanie jeśli jej/jego partia nie przekroczyła progu na poziomie kraju.

Jak pisze prof. Michalak, „takie rozwiązanie krytykowane jest nieprzerwanie od 2003 roku, zarówno przez przedstawicieli świata mediów, nauki, jak i polityki”.  Bo przez brak mandatów na stałe przypisanych do okręgów, niektóre okręgi mogą nie mieć żadnego europosła.

System jest skomplikowany i nieprzejrzysty, sprzyja walce wewnątrz partii, a nie między partiami. Stwarza iluzję reprezentacji terytorialnej.

Okręgi o zbliżonej liczbie wyborców zyskiwały różną reprezentację. Np. okręg nr 3 (warmińsko-mazurskie i podlaskie) oraz okręg nr 4 (mazowieckie z Warszawą) mają podobną liczbę mieszkańców (ok. 2,1 mln). Jednak Mazowsze ma aż o trzy euromandaty więcej.

„Siła głosu wyborców z okręgu warszawskiego jest w eurowyborach konsekwentnie większa od siły głosu wyborców okręgu olsztyńsko-białostockiego prawie 2,5-krotnie” – pisze dr Michalak.

Propozycja PiS coś poprawia, ale więcej psuje

Co pozytywnego można powiedzieć o propozycji PiS? Wprowadza „zgodny z polską tradycją wyborczą oraz postulatami wielu środowisk, a także ekspertów, model klasycznej reprezentacji terytorialnej z przypisanymi z góry i na stałe mandatami do okręgów wyborczych” – pisze ekspert Fundacji Batorego.

Co z tego, skoro nowa ordynacja łamie jedną z najbardziej podstawowych zasad wolnych i równych wyborów – wybory muszą być proporcjonalne.

„Proporcjonalność systemu wyborczego uważana jest za jego cel główny i jedno z najważniejszych kryteriów oceny. Zasada ta ma rangę konstytucyjną dla wyborów sejmowych, a w odniesieniu do eurowyborów jest wymogiem prawa europejskiego” – pisze dr hab. Michalak.

Zmiany proponowane przez PiS w znacznym stopniu proporcjonalność likwidują, bo

„uzyskanie mandatu w najmniejszych okręgach wymaga zgromadzenia poparcie w okolicach 20 proc. głosów ważnych, a w okręgach największych przynajmniej 9 proc.”
Według propozycji PiS będzie co najmniej 6 okręgów trzymandatowych, a tylko dwa okręgi 6-mandatowe. Reszta będzie między tymi dwoma skrajnościami. „Są to więc wartości poniżej progów gwarantujących realizację wymogu proporcjonalności wyborów” – pisz prof. Michalak. System wyborczy z okręgami mniejszymi niż 10-mandatowe nie daje w większości przypadków proporcjonalnych rezultatów, a system z okręgami mniejszymi niż 5-mandatowe nie jest proporcjonalny.
Według badacza, żeby proporcjonalność została zachowana, Polska musiałby być podzielona 5 okręgów, gdzie obsadzonych byłoby od 8 do 12 mandatów. Trzeba by też zastąpić obecna metody obliczania podziału mandatów d’Hondta (faworyzującą duże ugrupowania) neutralną metodą Sainte Laguë.

Przeczytaj całą analizę dr hab. Bartłomieja Michalaka dla Fundacji Batorego.


Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Dumna z mazowiecko-podlaskich korzeni.
W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym