Wbrew protestom opozycji PiS przeznaczył 75 mln złotych na powołanie „Instytutu Solidarności i Męstwa”. Według ustawy ma zajmować się upamiętnianiem obcokrajowców pomagającym Polakom w czasie wojny. Chodzi jednak naprawdę o politykę historyczną PiS

Sejm powołał instytut na posiedzeniu w czwartek 9 listopada 2017 głosami rządzącej prawicy. Zmienił przy okazji nazwę – „odwagę” w projekcie zastąpiło „męstwo”. Tekst projektu i przyjętych poprawek można znaleźć na stronach Sejmu (tutaj i tutaj).

Co wynika z tekstu ustawy o Instytucie Solidarności i Męstwa? Celem instytutu jest:

„Inicjowanie, podejmowanie i wspieranie działań mających na celu upamiętnienie i uhonorowanie osób żyjących, zmarłych lub zamordowanych, zasłużonych dla Narodu Polskiego, zarówno w kraju, jak i za granicą, w dziele pielęgnowania pamięci lub niesienia pomocy osobom narodowości polskiej lub obywatelom polskim innych narodowości będącym ofiarami zbrodni sowieckich, nazistowskich zbrodni niemieckich, zbrodni z pobudek nacjonalistycznych lub innych przestępstw stanowiących zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodni wojennych, w okresie od dnia 8 listopada 1917 roku do dnia 31 lipca 1990 roku.

Głównym zadaniem instytutu jest:

  • prowadzenie, inicjowanie i wspieranie badań naukowych;
  • gromadzenie baz danych, archiwów i księgozbiorów;
  • popularyzowanie i upowszechnianie wiedzy o osobach zasłużonych dla „Narodu Polskiego” (pisanego wielką literą);
  • wskazywanie osób do odznaczenia Krzyżem Wschodnim (nowym odznaczeniem ustanowionym w grudniu 2016 roku) oraz Krzyżem Zachodnim (ustanowiony w kwietniu 2017 roku) oraz Medalu Virtus et Fraternitas (łac. „cnota i braterstwo”, ustanowiony właśnie przez Sejm).

W liczącym 12 punktów spisie zadań instytutu „popularyzacja” pojawia się aż trzy razy – obok „upowszechniania”, „organizowania uroczystości, konferencji i sympozjów”, „produkcji i współprodukowaniu materiałów audiowizualnych, w tym filmów o wysokim poziomie artystycznym”.

Instytutem – który będzie kosztował polskiego podatnika na początek 75 mln złotych – będzie kierował dyrektor, którym może zostać tylko osoba „wyróżniająca się wiedzą z zakresu historii Polski i Narodu Polskiego” oraz „ciesząca się nieposzlakowaną opinią i daje rękojmię prawidłowego wykonywania powierzonych zadań”. To może oznaczać naukowca, ale nie musi. Dyrektor nie może zarabiać w żaden inny sposób – z wyjątkiem pracy naukowej (np. w PAN). Będzie go wspierać „Rada Pamięci”, organ doradczy, który także będzie typował kandydatów do odznaczeń, pracująca społecznie (tylko za zwrot kosztów przejazdów i diety).

Z tekstu ustawy nie dowiadujemy się nic więcej – pozostałe artykuły poświęcone są rozmaitym sprawom formalno-organizacyjnym (takim jak budżet).

O co chodzi PiS? Dlaczego tych samych zadań nie mógłby wykonywać np. Instytut Pamięci Narodowej?

Takie pytania zadawali podczas dyskusji w Sejmie posłowie opozycji, pozwalając sobie przy tym na liczne żarty z patetycznej nazwy instytutu. Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO zwróciła uwagę, że podobnymi zadaniami zajmuje się kilka innych instytucji, w tym IPN:

„Jedyny powód, dla którego powołujemy Instytut Solidarności i Męstwa, widzę taki, że po prostu jeszcze paru historyków nie znalazło zatrudnienia w IPN-ie i trzeba znaleźć dla nich nowe miejsca pracy. Mamy taki racjonalizatorski pomysł, ponieważ nie podano nam nazwiska dyrektora, a musi to być ktoś bardzo odważny i ktoś bardzo mężny, więc mamy dwóch kandydatów spośród posłów klubu PiS. Jeden to jest pan poseł Piotrowicz, a drugi to jest pan poseł Tarczyński” – mówiła posłanka PO.

Poseł Krzysztof Mieszkowski z Nowoczesnej zgadywał, że władzom chodzi o powołanie imitacji instytutu Yad Vashem z Izraela. To sławna na cały świat placówka, która zajmuje się badaniami nad Zagładą Żydów oraz badaniami naukowymi na jej temat. Mieszkowski nazwał ten projekt „aberracyjnym”, mówił, że instytut jest niepotrzebny, a jego nazwa brzmi słabo. Posłanka Agnieszka Pomaska (PO) pytała, czy instytut nie powtórzy drogi Polskiej Fundacji Narodowej – która wydała 19 mln złotych na kampanię promującą politykę rządu.

We wszystkich tych zarzutach i protestach był element rytuału – jak gdyby posłowie i posłanki opozycji doskonale zdawali sobie sprawę, że cokolwiek powiedzą, to PiS i tak ten projekt uchwali.

Przedstawiciele PiS nie owijali sprawy w bawełnę: Instytut ma być „elementem polityki historycznej” rządu. Poseł Dariusz Piontkowski (PiS) pytał politycznego patrona instytutu, wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego: „Czy ten projekt ustawy daje w końcu szansę polskiemu rządowi na to, aby prowadzić skuteczną politykę historyczną, której tak naprawdę w Polsce przez wiele lat nie było? Czy w końcu państwo polskie stać na to, aby odpowiadać na zarzuty, które pojawiają się także na arenie międzynarodowej wobec Polaków, naszych ojców i praojców? Czy warto wydać z budżetu państwa pieniądze na to, aby bronić honoru Polaków i państwa polskiego?”

Gliński odpowiadał: „Tak, Polska potrzebuje poważnej polityki historycznej i poważnych badań. (Oklaski) Przez kilkadziesiąt lat nie badano bardzo ważnych elementów, okresów polskiej historii. Musimy nadrobić ten czas i dlatego potrzebujemy poważnej instytucji naukowej, o charakterze naukowym, która będzie zajmowała się badaniem polskiej historii, a także wpływała na prowadzenie – to jest oczywiste, bo to jest obowiązek polskiego rządu, państwa polskiego – odpowiedzialnej polityki historycznej”.

Gliński nie wyjaśnił, których „ważnych elementów” polskiej historii nie badano. Od 1989 roku historycy w Polsce mają pełną swobodę badań naukowych. Nie wiadomo, co miałby nowy instytut zmienić.

Nieco więcej szczegółów podała wiceministra kultury Magdalena Gawin. Przypomniała, że Polska nigdy nie nagrodziła ludzi niosących pomoc Polakom w czasie wojny. Instytut mógłby nagradzać Ukraińców, którzy pomagali polskim ofiarom czystek etnicznych na Wołyniu w 1943 roku.

„Byliśmy pytani już kilka razy, dlaczego nie zajmuje się tym inna instytucja, jaki jest tu zakres prac. Przede wszystkim wyobrażamy sobie, że ta instytucja będzie także bardzo wspierać i rozwijać działalność ośrodka badań nad totalitaryzmami. To są dwie instytucje, które będą współpracowały ze sobą ściśle, które są Polsce potrzebne”.

Ustawę uchwalono głosami PiS i Kukiz’15. Głosowaniu towarzyszyły okrzyki „Hańba” i „Wstydźcie się” z ław opozycji.

OKO.press podziela tutaj krytykę opozycji. Ani z deklaracji rządzących, ani z tekstu ustawy nie wynika, dlaczego trzeba powoływać nową instytucję zajmującą się polityką historyczną – zamiast np. zlecić jej zadania innej. Być może rzeczywiście w praktyce instytucja ta będzie zajmowała się czymś, co miał w zamyśle PiS robić IPN, a co wychodzi mu kiepsko – propagowaniem rządowego punktu widzenia na historię za granicą.

Rolę „złego policjanta” gra tutaj „Reduta Dobrego Imienia” Macieja Świrskiego, hojnie wspierana przez władze. „Reduta” pisze listy protestacyjne i grozi procesami sądowymi. Nowy instytut może mieć pozytywne przesłanie, chociaż jest zupełnie niejasne, jak ono miałoby wyglądać, a przede wszystkim – dlaczego potrzeba na to aż tyle pieniędzy.

O ile „Reduta” wzorowana jest na amerykańskiej Anti-Defamation League – organizacji walczącej z antysemityzmem w USA i na świecie – to w wypadku „Instytutu Solidarności i Męstwa” (nie sposób pisać tej patetycznej nazwy bez cudzysłowu) faktycznie inspiracją może być Yad Vashem. Te inspiracje są ciekawe: mogą świadczyć o tym, że w optyce PiS Polacy są równie prześladowanym (a przede wszystkim zniesławianym) przez wrogów narodem, jak Żydzi, i dlatego trzeba korzystać z ich doświadczeń.


Opłać abonament na wolność słowa

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym