Wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański zapowiada, że jeśli Unia Europejska będzie chciała zastosować sankcje wobec Polski za nieprzyjmowanie uchodźców, rząd odpowie zablokowaniem unijnego budżetu. Taka wypowiedź to nie tylko katastrofa dyplomatyczna. Jej realizacja zrujnowałaby polską gospodarkę

Szymański uchodził za jednego z bardziej wyważonych polityków w pionie dyplomatycznym rządu Prawa i Sprawiedliwości, w kontraście do popełniającego gafę za gafą Witolda Waszczykowskiego. Widziany był jako ten bardziej kompetentny, który w razie czego „załatwiać” będzie sprawy z Brukselą.

Wystarczy jednak jeden wywiad, by cały ten obraz z hukiem legł w gruzach.

W rozmowie z międzynarodowym portalem Politico, Szymański zdradził bowiem strategię polskiego rządu na negocjacje w sprawie relokacji uchodźców w Unii Europejskiej. Jak wiadomo, rząd PiS zdecydowanie sprzeciwia się przyjęciu nawet minimalnej liczby przyjezdnych, tłoczących się obecnie w obozach w Grecji i Włoszech.

Strategia to nie byle jaka. Szymański zapowiedział bowiem, że jeśli zostanie zmuszony do przyjęcia jakichkolwiek uchodźców, wykorzysta prawo weta i zablokuje uchwalenie europejskiego budżetu. To odpowiedź na sugestię unijnej komisarz ds. sprawiedliwości Very Jourovej, by obciąć fundusze dla Polski w przyszłej perspektywie unijnej, jeśli nasz kraj nie zgodzi się solidarnie wziąć udziału w rozwiązywaniu kryzysu uchodźczego.

To oznacza, że rząd PiS planuje, za cenę nieprzyjęcia kilku tysięcy osób, zawalić całą europejską wspólnotę, a wraz z nią gospodarczy dobrobyt własnego państwa.

Z Brukselą na noże

Zanim zastanowimy się, czy taka zapowiedź jest możliwa do zrealizowania trzeba jednak zwrócić uwagę na dyplomatyczne konsekwencje tych słów. Wydawało się, że rekord wypowiedzi szkodliwych dla polsko-europejskich stosunków pobiła Beaty Szydło, w trakcie sejmowej debaty nad odwołaniem ministra Antoniego Macierewicza. Mówiła wówczas np. o „szaleństwie brukselskich elit” i że Polska „nie zgodzi się na żadne szantaże” w sprawie przyjmowania uchodźców.



Jeśli jednak premier Szydło „pojechała po bandzie”, to minister Szymański tę bandę przebił i wpadł w publiczność.

Jego wypowiedź była bowiem nie, jak w przypadku Szydło, zapowiedzią twardej postawy wobec Brukseli, ale najzwyklejszą i najbezczelniejszą groźbą. Do tego wypowiedzianą nie na polskim poletku, a dla prestiżowego międzynarodowego portalu, który czytają światowi liderzy.

Szymański właściwie wytacza więc wojnę Unii. Wojnę, którą możemy tylko sromotnie przegrać.

Nie strasz nie strasz, bo…

Czy Polska może zablokować unijny budżet? Nie ma jasności, czy ministrowi Szymańskiemu chodziło o budżet roczny czy wieloletnie ramy finansowe (czyli tzw. perspektywy budżetowe). Rozważmy wszystkie opcje.

Jeśli chodzi o roczny budżet, to Polska nie może nic tu zrobić. Według Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej taki budżet przygotowuje Komisja Europejska, ale żeby był ważny, musi zaakceptować go Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej.

PiS nic jednak nie wskóra w żadnej z instytucji. W PE ma tylko 19 parlamentarzystów, a niewielu przedstawicieli innych krajów odważy się poprzeć taki projekt. Na pewno nie 332 – a tylu dawałoby większość w głosowaniu.

Rada Unii Europejskiej (nie mylić z Radą Europejską) to organ kształtujący konkrety polityki UE. Składa się z ministrów wszystkich państw członkowskich. W zależności od tego, jakiej sprawy dotyczy debata, uczestniczą w niej ministrowie różnych „branży”. W przypadku dyskusji o budżecie są to ministrowie finansów. Uchwalenie budżetu może zablokować grupa państw, w których mieszka łącznie 35 proc. ludności UE. Tu realizacja planu PiS jest więc niemożliwa (w Polsce mieszka ok. 7 proc. ludności Unii).

W przypadku negocjacji następnej perspektywy budżetowej – tej, która rozpocznie się w 2021 roku faktycznie potrzebna jest jednogłośność i Polska mogłaby jej uchwalenie zablokować.

Ale to oznaczałoby dla Polski katastrofę. Wstrzymane zostałyby wypłaty unijnych środków dla wszystkich krajów członkowskich, a zatem i Polski. W perspektywie finansowej 2014-20 nasz kraj otrzymał przeszło 300 mld zł – czyli mniej więcej równowartość rocznego budżetu Polski i około jednej piątej krajowego PKB. Wpływ inwestycji finansowanych z UE na Polską gospodarkę jest właściwie nie do przecenienia. Dość powiedzieć, że to w dużej mierze na unijnych pieniądzach ufundowany jest słynny Plan Morawieckiego. Utrata ich byłaby dla Polski opłakana, nawet, gdybyśmy w kolejnej finansowej perspektywie mieli otrzymać ich mniej niż w obecnej (co nawet bez rządów PiS było pewne).

Nie wiadomo zatem, kogo zamierza przestraszyć minister Szymański: przywódców UE, czy obywateli i obywatelki Polski. Niemcy utraty pieniędzy się nie przestraszą – są przecież płatnikiem netto, a nie, tak jak Polska, krajem pobierającym finansowe wsparcie.

Warto też dodać, że przeciwko Polsce trwa procedura kontroli praworządności, która według traktatów, może zakończyć się zawieszeniem Polski w prawach członkowskich. Taka decyzja musi być jednak podjęta jednogłośnie. Polski rząd się tego nie boi, bo wierzy, że Węgry zawsze zagłosują przeciwko.

Pytanie, czy w nowej sytuacji taka wiara będzie zasadna. Dlaczego Węgry miałyby bronić Polski, jeśli przez nią nie będą mogły otrzymać unijnych funduszy? Owszem, Viktor Orban również nie chce przyjmować uchodźców, ale wybrał zdecydowanie mniej kolizyjny kurs niż rząd Prawa i Sprawiedliwości. Niewykluczone, że między Budapesztem a Brukselą doszłoby do ugody, której ofiarą stałaby się Polska.


Opłać abonament na wolność słowa

Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym