0:00
18 maja 2021

Po szczycie z Bidenem w Bukareszcie. Polska jak sierota po Trumpie

Gdzie w światowym zamieszaniu jest nasz rząd, nasza dyplomacja? Nasuwa się porównanie z pasażerem na kolejowym dworcu, który twierdzi, że jedzie do Paryża, ale stoi na peronie dla podróżnych do Moskwy - pisze Ryszard Schnepf*, były wiceminister w MSZ i ambasador w USA

Wydrukuj

Prezydent Andrzej Duda odetchnął. Nie było wprawdzie osobistego spotkania, ani zwyczajowej rozmowy telefonicznej, ale podczas bukaresztańskiego Szczytu B9 10 maja 2021 prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden przemówił do jego uczestników.

Wprawdzie do „dialogu” doszło za pośrednictwem internetu i w obecności pozostałych partnerów z wschodniej flanki NATO, ale rządowe media pośpiesznie odtrąbiły historyczny sukces.

To wydarzenie miało zatrzeć fatalne wrażenie po latach umizgów do Donalda Trumpa - kontrowersyjnego poprzednika obecnego lokatora Białego Domu - i potwierdzić, że relacje polsko-amerykańskie nie ucierpiały z powodu serii niestosowności i nietaktów, które prezydenta Bidena spotkały ze strony władz polskich przed, w trakcie i po listopadowych wyborach ubiegłego roku.

Dyplomacja pisowska bez wyobraźni

Przestrogi i rady doświadczonych ekspertów, którzy odradzali mieszanie się w wyborcze zmagania na terenie obcego mocarstwa, nie zdały się na nic. Jak w przysłowiu o palcach wkładanych w drzwi, prezydent Duda niemal do ostatniego dnia kampanii oddawał Trumpowi hołdy, które wprawiały w zakłopotanie nie tylko opozycyjnych polityków, ale też postronnych obserwatorów, w tym dyplomatów reprezentujących obce państwa. Tydzień przed amerykańskimi wyborami, jakby odwzajemniając się za wsparcie Andrzeja Dudy w elekcjach nad Wisłą, Polska wysłała Trumpowi ostatni, znamienny prezent, a mianowicie przystąpienie do tzw. konsensusu genewskiego, antyaborcyjnego i antywolnościowego porozumienia, w który znaleźliśmy się obok Białorusi i Węgier, trampowskiej Ameryki i blisko trzydziestu krajów, które łączy brak równych praw dla kobiet.

Dwa miesiące po wyborach z kolei - a więc kiedy większość światowych przywódców złożyła już stosowne gratulacje, zapewniając przy tym o gotowości do współpracy - Andrzej Duda wciąż nie był w stanie zaakceptować faktu, że Trump zwyczajnie wybory przegrał i to gigantyczną różnicą 7 milionów głosów. Najpierw jego słowa o „udanej kampanii wyborczej” Bidena, potem zagadkowe oczekiwanie na wynik głosowania Kolegium Elektorskiego, zabrzmiały jak kpina, z której przebijała wiara, że wynik elekcji zostanie ostatecznie odwrócony.

Czy o przekonaniu, że władza może wygrać z każdym zadecydowały własne wyborcze doświadczenia, nie wiemy, ale ta wiara w reelekcję Trumpa musiała być rzeczywiście głęboka, skoro 6 stycznia 2021 - czyli dwa tygodnie przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta - w reakcji na brutalny atak oszalałego tłumu trumpistów na Kapitol, polski prezydent przyjął pozycję neutralną, oświadczając, że dramatyczne wydarzenia w Waszyngtonie to wewnętrzna sprawa amerykańska. Te słowa padły w momencie, kiedy cały demokratyczny świat słał słowa wsparcia i otuchy do Białego Domu i amerykańskiego Kongresu.

W gruncie rzeczy to niepospolite, pełne oddania i szkodliwe dla interesu Państwa Polskiego zaangażowanie, nie powinno nikogo dziwić, jeśli przyjąć, że osobiste, a jednocześnie toksyczne relacje na linii Duda-Trump stały się filarem prezydenckiej polityki zagranicznej.

Dodajmy jedynym filarem, ponieważ innej polityki nie było w ogóle. Z Unią Europejską ekipa PiS wojuje od dnia przejęcia władzy. Upadek Trumpa obnażał więc pustkę koncepcyjną środowiska prezydenckiego, któremu przez cztery lata nie udało się zbudować praktycznie nic, skoro nawet pozornie bliskie relacje z administracją amerykańską okazały się kruchym epizodem. Kruchym i krótkim, jak krótka jest jedna kadencja amerykańskiego szefa państwa.

Przeminęło z Trumpem

20 stycznia, a więc w dniu zaprzysiężenia prezydenta Bidena na najwyższy urząd w państwie, ta szczególna, duszna atmosfera spotkań wypełnionych pozorowanymi uśmiechami, pokłonami i przysiadami, przeszła do historii. To dobrze, bo w polityce międzynarodowej wszystko, co przerysowane trąci fałszem i zapowiada zdradę. Jak słynny pocałunek Breżniewa z Honeckerem.

Na plan działań nowa administracja Bidena nie kazała nam długo czekać. Sam prezydent i jego sekretarz stanu Tony Blinken przedstawili jasno swoje priorytety. Jest więc:

- współpraca międzynarodowa i powrót do aktywności w ONZ i Porozumieniu Klimatycznym w Paryżu,

- jest ponowne zacieśnienie relacji z Unią Europejską i sojusznikami na innych kontynentach,

- ale przede wszystkim nawiązanie do wartości, którymi Ameryka szczyciła się od początku swego istnienia: wolności, równości i demokracji.

Powrót do wartości

Świat, a przynajmniej świat demokracji i praworządności, odetchnął z ulgą. Gigant wrócił na miejsce, do którego nas przyzwyczaił i które tylekroć dawało wsparcie i otuchę wszystkim spragnionym wolności. Nie bądźmy jednak naiwni. Są i problemy, tam w Ameryce, gdzie wielbiciele Trumpa wciąż liczą na jego powrót, i poza nią. Chiny, Rosja, Iran, Bliski Wschód to tylko główne obszary rywalizacji, a nawet konfrontacji.

Joe Biden wie i dawał temu wielokrotnie wyraz, że Stany Zjednoczone nie zmierzą się skutecznie ze wszystkimi wyzwaniami. Potrzebują wsparcia i współpracy tych, którzy myślą podobnie.

Dlatego Blinken powoli, ale konsekwentnie odbudowuje koalicję wartości, mimo iż podstawy wzajemnego zaufania zostały w ostatnich latach poważnie naruszone. Także w NATO, które dla Polski stanowi wartość unikalną, bowiem pospołu z UE określa nasze miejsce na mapie świata.

A gdzie w tym wszystkim jest nasz rząd, nasza dyplomacja? Nasuwa się porównanie z pasażerem na kolejowym dworcu, który twierdzi, że jedzie do Paryża, ale stoi na peronie dla podróżnych do Moskwy.

Tak właśnie, nasz pociąg zmierza w innym kierunku, niż podążają nasi najważniejsi sojusznicy. Jeszcze niedawno siedzieliśmy w tym samym przedziale, dziś możemy co najwyżej pomachać sobie przez okno.

Jedna rzeczywistość w dwóch odsłonach

Wirtualne spotkanie prezydenta Bidena z przywódcami wschodniej flanki NATO miało na celu potwierdzenie zaangażowania USA w obronę tej części sojuszu, która najdotkliwiej odczuwa mroźny powiew ze wschodu. I tak zostało to odebrane. Z komunikatów rządowych mediów wybrzmiewa satysfakcja, a nawet duma.

Podobne z pozoru treści zawiera zapis wystąpienia Bidena opublikowany dzień później przez Biały Dom. Są zapewnienia, obietnice, ale też coś więcej. W ostatnim akapicie oficjalnej relacji z wystąpienia Bidena, padają słowa:

„Na koniec, Prezydent Biden podkreślił wagę umocnienia demokratycznej formy rządów i praworządności – u siebie, w Sojuszu i na świecie”.

Niby krótko, ale znacząco. Znawcy analizy tekstów twierdzą, że to właśnie ostatnie akapity nadają ton całości. To, jak kończymy, pozostaje w pamięci. Zapewne tak jest i właśnie dlatego nasze oficjalne komunikaty tę kwestię pominęły.

To nie pierwszy przypadek manipulowania przebiegiem rozmów. Zaledwie kilka tygodni wcześniej relacje z telefonicznej konwersacji ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Raua z sekretarzem stanu Antony Blinkenem tak bardzo odbiegały od siebie, że można było odnieść wrażenie, że dotyczyły dwóch, nie mających ze sobą nic wspólnego wydarzeń, lub że rozmówcy nie słyszeli się ani na jotę. (Można porównać - oto rozmowa według polskiego MSZ , a oto według Departamentu Stanu USA).

Mówiąc jednak serio, można odnieść wrażenie, że selektywne i nieobiektywne relacjonowanie przebiegu spotkań stało się naszą praktyką, a nawet specjalnością i nie ma wątpliwości, że strona amerykańska nam to zapamięta.

Na szczycie NATO o stanie demokracji i praworządności

Nawet wirtualnego udziału prezydenta Bidena w szczycie bukaresztańskim nie należy lekceważyć, podobnie jak treści, które globalna potęga chciała przekazać mniejszym partnerom.

14 czerwca odbędzie się szczyt NATO i jest prawdopodobne, że stan demokracji i praworządności właśnie będzie jednym z kluczowych tematów. Zachód, w tym Stany Zjednoczone, bardziej niż ktokolwiek, wie, że spójność Wspólnoty Euroatlantyckiej w znacznym stopniu zależy od zachowania jej członków.

Wspomina o tym preambuła do Traktatu Waszyngtońskiego z 1949 roku ustanawiającego Sojusz Północnoatlantycki, która o stronach podpisujących dokument mówi: „Są one zdecydowane ochronić wolność, wspólne dziedzictwo i cywilizację swych narodów, oparte na zasadach demokracji, wolności jednostki i praworządności”.

Dziś wszyscy wiemy, jak ważne to słowa.

* Ryszard Schnepf – polski dyplomata, historyk, iberysta, były wiceminister MSZ, były ambasador RP w USA, Hiszpanii i krajach Ameryki Łacińskiej. Członek-założyciel Konferencji Ambasadorów RP, zgromadzenia byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej, wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski i sporządzanie rekomendacji.

Udostępnij:

Ryszard Schnepf

Polski dyplomata, historyk, iberysta, były wiceminister MSZ, były ambasador RP w USA, Hiszpanii i krajach Ameryki Łacińskiej. Członek-założyciel Konferencji Ambasadorów RP, zgromadzenia byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej, wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski i sporządzanie rekomendacji.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne