07 sierpnia 2021

Dlaczego Podlasie się nie szczepi?

"W W. człowiek wziął szczepionkę i na trzeci dzień umarł. A nie był chory, ani nico. I kto za niego zapłaci?" - pyta babcia sołtysa. Sama jeszcze się nie zaszczepiła, podobnie jak niemal 80 proc. mieszkańców gminy. Co się dzieje na Podlasiu?

"Ludzie! Ludzie, uciekajta! Doktory jadą!" - przez wieś biegnie owinięta w chusty kobieta, manewrując wśród błotnistych kałuży i biegających samopas świń. Ta scena z serialu "Noce i dnie" zrobiła karierę w czasie pandemii internetową karierę. Przy jej pomocy wyśmiewamy ludzi, którzy nie wierzą w koronawirusa, uważają, że od maseczki można dostać grzybicy płuc, a szczepionki to broń biologiczna.

Na stronie demotywatory.pl scena została opisana jako "Przyjazd lekarzy na Podlasie". Wpis powstał już w kwietniu 2020 roku, więc odnosił się po prostu do złośliwego stereotypu. Ale kontynuowany jest i w roku 2021, bo to właśnie na Podlasiu, obok Podkarpacia i Małopolski, znajdują się gminy z najniższym poziomem wyszczepienia w Polsce. Od kwietnia i maja warszawiacy w ramach turystyki szczepionkowej masowo pielgrzymowali po białostocką Modernę. Co tylko wzmacniało stereotyp opornych Podlasian — skoro sami nie chcą, to my weźmiemy. Terminy można było dostać jeszcze tego samego dnia.

"Czego się spodziewasz. Przecież tam znaleźć można wioski, gdzie ludzie prędzej pójdą do szeptuchy, niż lekarza" - słyszę od znajomej dziennikarki. Strony publikujące statystyczne ciekawostki czerwone płaty niskiego wyszczepienia w regionie porównują z mapami pokazującymi wysokie zagęszczenie kościołów na ścianie wschodniej. Jest i trzecia teoria mówiąca o tym, że tereny wiejskie nie zostały dotknięte koronawirusem tak mocno jak miasta. Dlatego strach przed chorobą nie pcha ludzi do szczepień.

Zaczynam szukać podlaskich gmin z najniższym wyszczepieniem. Układam sobie wstępną trasę i na tym kończę przygotowania w nadziei, że wszystkiego dowiem się już od samych mieszkanek i mieszkańców.

J-o (zaszczepieni pełną dawką w gminie P. - 26,4 proc.)

Stoimy w J-o przed budynkiem ochotniczej straży pożarnej. W bramie z lewej strony stoi czerwona ciężarówka gaśnicza, w bramie z prawej na zaciągniętej blasze namalowany jest pożar i strażacy lejący wodę. W samym rogu budynku, jak to często bywa, mieści się sklep spożywczy.

Podchodzimy do dwóch ubranych na sportowo kobiet z rowerami. Obie są zaszczepione, podobnie jak ich całe rodziny. Pochodzą z okolicznych miejscowości. Nie chcą żadnych nagrań, żadnych zdjęć, choć chętnie z nami rozmawiają. Jedna z nich jest nauczycielką, ale szczepionkę przyjęła dopiero kilka tygodni temu. Dlaczego tak późno, skoro nauczyciele mogli szczepić się od 11 lutego?

“Nie zdążyłam. 18 stycznia wróciliśmy do nauki stacjonarnej, a tydzień później już się pochorowałam. Przeszłam zakażenie dosyć łagodnie, ale i tak musiałam odczekać pół roku. Miałam wysoki poziom przeciwciał” - odpowiada.

W szkole, w której pracuje, koronawirusem zimą zaraziło się prawie dwie trzecie pracowników. “Wszyscy braliśmy po dwie zmiany, nie było rąk do pracy. A dzieciaki przychodziły, kichały, prychały. Zdarzało się, że po czasie dowiadywaliśmy się, że ich rodzice byli zakażeni i siedzieli w domu” - mówi nauczycielka.

Pomimo tych doświadczeń i tak część nauczycielek nie zamierza się zaszczepić. Dyrekcja nie interweniuje. Szczepienia nie są właściwie tematem rozmów, ludzie traktują to raczej jako prywatną sprawę.

“Kilkoro znajomych powiedziało nam w żartach, że uczestniczymy w eksperymencie medycznym albo żebyśmy spisały testament przed szczepieniem. Ale nikt do niczego nie namawiał, nie agitował” - mówi druga kobieta.

Zaczepiamy starszego mężczyznę. Na pytanie o szczepionki tylko się roześmiał. “Boję się szczepień. Tak jak prezydent!” - mówi pół żartem, pół serio. I dodaje, że gdyby miał się zaszczepić, to “tylko Johnsonem, bo to jedno ukłucie”. Z tego, co wie, to w J-o Johnsona jednak nie ma, a do Ł. nie chce jechać, bo to za daleko (17 km).

Inny mężczyzna, około czterdziestu lat. Jego siostra jest pielęgniarką, pracuje w szpitalu w Ł. Pozapisywała na szczepienia całą rodzinę, kiedy tylko otworzyły się ich roczniki. Zaszczepione są nawet dzieci. Nie mogło być inaczej. Siostra miała covida, teściowa maiła covida, a do tego przeszła go wyjątkowo ciężko. Posypało jej się zdrowie, ma problemy z sercem, potrzebne będzie wstawianie rozrzusznika. Mężczyzna nie zastanawiał się nawet przez chwilę, czy się zaszczepić:

“To jak z tymi wszystkimi innymi chorobami. Ospa, pneumokoki, sroki, to, tamto, dla dzieci opłacałem całe pakiety szczepień, to dlaczego nie na covida?” - macha ręką i wsiada do samochodu. A znajomi? Szczepią się? “Są tacy, co mówią, że się nie zaszczepią. Złapią to cholerstwo, to wtedy pogadamy” - rzuca i odjeżdża.

Po tym pierwszym podejściu jesteśmy nieco zbici z tropu. W naszej metodzie zagadywania ludzi musi tkwić jakiś błąd, skoro mamy problem ze znalezieniem przedstawicieli niezaszczepionej większości. Może powinniśmy byli działać jak ankieterzy przed lokalami wyborczymi i twardo trzymać się zasady - "co dziesiąta osoba".

J-w (zaszczepieni pełną dawką w gminie J-e - 26,8 proc.)

W J-w idziemy do domu sołtysa. Na podwórzu wita nas jego ojciec, woła syna. Sołtys ma dwadzieścia kilka lat. Jeszcze się nie zaszczepił. Twierdzi, że na razie nie ma czasu, wydaje się lekko zakłopotany. Powtarzał, że mieszkańcy J-w się szczepią i wiedzą, że to ważne, ale to nie jest temat numer jeden w gminie. Sam sołtys też nie był zbyt wylewny. Nie to, co jego ojciec. Niby tylko dosiadł się z boku altanki, żeby przysłuchiwać się rozmowie, ale szybko się włączył i po chwili zdominował.

Zaszczepił się, chociaż wcale się nie cieszył. Ogląda różne programy i ma swoje wątpliwości. Jak to możliwe, że szczepionka powstała w pół roku? Jak to możliwe, że szczepionka opracowana w Wielkiej Brytanii ma działać na Polaków, którzy zarażają się wirusem z Chin? Nie wiadomo, co tam jest. Skąd czerpie informacje? “Z programów w telewizji”. Jakich programów? “Wszystkich, od prawa do lewa”. Dlaczego w takim razie się zaszczepił? “Rachunek zysków i strat. Jakbym się zaraził, to nie daj boże” - odpowiada. Miał znajomych, którzy bardzo ciężko przechodzili chorobę.

Przy wyjeździe z J-w na rozwidleniu dróg stoi bar-restauracja. Wchodzimy do środka i czekamy, aż podejdzie jedna z kobiet krzątających się w głębi kuchni. To Anna i Monika, czyli matka i córka, które prowadzą tę knajpę.

Anna nawet byłaby skłonna się zaszczepić, ale Monika, która czyta w internecie dużo na temat szczepień, kategorycznie orzekła, że to nic dobrego i lepiej tego nie robić.

Córka twierdzi, że przeszła COVID-a w listopadzie 2020 roku. “Miałam lekkie objawy, nic poważnego mi się nie stało. Dużo gorzej przechodzę grypę” - opowiada. Brat, który zaszczepił się Johnsonem, czuł się fatalnie, gorączkował. Wnioski chyba nasuwaja się same. Zresztą, jak sugeruje Monika, i tak wszyscy już przechodzili tego COVID-a, większość bezobjawowo, więc te całe szczepionki naprawdę nie są potrzebne.

Pytamy o to, czy nie boją się Delty, która zbiera teraz na Zachodzie żniwo i to przede wszystkim wśród osób niezaszczepionych. Koleżanka Anny mieszka w Wielkiej Brytanii i pracuje w korporacji. Na trzy tysiące zatrudnionych tam osób ani jedna nie złapała tej Delty. Więc gdzie niby te tysiące zakażeń?

A jeśli rząd postanowi wprowadzić obostrzenia dla osób niezaszczepionych? “No to nie będzie wyjścia, zaszczepimy się” - odpowiada Anna, Monika jej potakuje. A my jesteśmy zaskoczeni, że mając dosyć zdecydowane poglądy na temat szczepionek, mówią o tym bez cienia złości. “Zresztą, koleżanka tamtej koleżanki pracuje w ministerstwie i mówi, że pierwsze obostrzenia mają wejść już 17 sierpnia” - dodaje Anna.

J-e (zaszczepieni pełną dawką w gminie - 26,8 proc.)

W J-e kierujemy się od razu do proboszcza tutejszej parafii. Od ojca sołtysa z J-a usłyszeliśmy, że ksiądz podczas mszy zachęcał do szczepień. Okrążamy wysoki neobarokowy kościół w poszukiwaniu plebanii. Naszym oczom ukazuje się ogromna posiadłość. Do willowego budynku, który wygląda jakby był sklejony z trzech domów, prowadzi podjazd wyłożony kostką bauma. Po bokach dwumetrowe tuje, na środku, zaraz przed wejściem głównym, szeroki klomb imitujący rondo, okalany niskim żywopłotem. Zastaje nas gospodyni podlewająca kwiaty. Mówi, że ksiądz wyjechał na urlop, więc wracamy na plac Jana Pawła II.

Na ławce siedzi pan Stanisław, lat 79. Czujemy się trochę jak namolni akwizytorzy, bo na każde nasze pytanie macha ręką i mówi “po co o tym gadać”, “żyje się, jak żyje”, “tak już jest”. Nie zaszczepił się, mówi, że jest za stary i nie ma już sensu. Jego żona też się nie zaszczepiła. Nikt ich zresztą do tego nie namawiał - właściwie cała rodzina wyjechała do Niemiec, “każdy martwi się o siebie”. A co sądzi o samych szczepionkach? “Każdy mówi, co innego”, “szkoda gadać”.

W parku spotykamy Mariusza, jego matkę Halinę i ich znajomą, Weronikę z dzieckiem. Mariusz i Halina na pytanie o szczepionki reagują ze szczerym entuzjazmem. Gdy tylko otworzyły się zapisy dla ich roczników, nie czekali ani chwili, nie zastanawiali się, nie roztrząsali. Po prostu boją się choroby i powikłań po niej. Mariusz pracuje w gospodarstwie rolnym, gdzie wiele osób nie zdecydowało się na szczepienie. Nie rozumie tego i nie zna ich konkretnych opinii, czy motywacji, bo w pracy i z kolegami raczej nie rozmawiają o szczepionkach.

W trakcie rozmowy podchodzi do nas młody chłopak, ewidentnie przyjezdny — w glanach, bluzie zespołu KSU, a pod pachą plecak i torba. Pyta, czy wiemy, jak dotrzeć do pomnika pamięci pogromu Żydów. “Już ci tłumaczę, kochany!” - woła kobieta z takim samym entuzjazmem i krótko instruuje przybysza.

Weronika jeszcze się nie zaszczepiła. Trochę się boi, bo jest w ciąży. Planuje to zrobić po szczęśliwym rozwiązaniu, choć i tak ma obawy. Ludzie po szczepionce źle się czują, gorączkują. Jeśli rząd wprowadzi obostrzenia - zakazy wstępu do jakichś miejsc publicznych, to oczywiście przyjmie szczepionkę.

Mariusz, Halina i Weronika to pierwsze osoby, które zgodziły się na zdjęcia.

P-y (zaszczepieni pełną dawką w gminie - 25,4 proc.)

W "Barbarzyńcy w ogrodzie" Herbert pisał, że podróżując z zachodu na wschód Polski przekracza się granicę - do pewnego momentu największymi budynkami są kościoły, potem ratusze. Tutaj jesteśmy na wyraźnym wschodzie - wszędzie w okolicy najwyższym punktem miejscowości są kościelne wieże zakończone krzyżami. Nie inaczej jest w P-y, gdzie od razu zajeżdżamy pod parafię położoną na wzniesieniu.

Do budynku z łamanego kamienia polnego prowadzą szerokie schody. W połowie schodzimy z nich na lewo do parafii, przed którą stoi już i czeka na nas ksiądz.

Wyjaśniamy krótko, po co przyjechaliśmy. Proboszcz prosi nas o pokazanie legitymacji prasowej - jako jedyny z naszych rozmówców. Dziwi się, dlaczego w ogóle pytamy o szczepionki, skoro zdecydowanie większe kompetencje mają osoby pracujące w punktach szczepień.

“Oczywiście, że zachęcam. Przypominam o zapisach i podczas ogłoszeń parafialnych i podczas kazania. Tłumaczę, że musimy chronić i siebie i naszych najbliższych. Przecież Pan Bóg nas kocha, chce, żebyśmy żyli w zdrowiu” - mówi.

Sam jeszcze się nie zaszczepił, bo nie ma zastępstwa na parafii na czas ewentualnej niedyspozycji. Zresztą niedawno przechodził COVID. Ale za kilka dni na pewno pójdzie na szczepienie.

Proboszcz twierdzi, że wszyscy znani mu księża zachęcają do szczepień i sami się szczepią. Byli i tacy, co nie dowierzali w koronawirusa, ale potem ciężko przechorowali i zmądrzeli. Skoro księża zachęcają, to dlaczego w gminie jest tak niskie wyszczepienie? - zastanawiamy się. Popularna publicystyczna teza głosi, że na ścianie wschodniej jest to skorelowane właśnie z dużymi wpływami Kościoła, który ma być siłą antynaukową i antymodernizacyjną. Taki wizerunek wzmocniły denialistyczne wypowiedzi niektórych hierarchów, a przede wszystkim stanowisko Episkopatu z kwietnia 2021 roku, w którym potępiano szczepionki wektorowe jako produkowane na bazie linii komórkowych pochodzących z abortowanych płodów. Dopiero w lipcu przewodniczący KEP arcybiskup Gądecki napisał w specjalnym oświadczeniu, że szczepienia przeciw COVID-19 są ważnym narzędziem ograniczania zakażeń i mają poparcie duchowieństwa, choć zarazem powinny pozostać dobrowolne.

“Ale ludzie już nie słuchają Kościoła. O szczepionkach czytają w internecie, wszystkie te bzdury o eksperymentach, czipach, nie wiadomo o czym i w to wierzą. I co my mamy z tym zrobić?” - pyta nas proboszcz.

Pod koniec dnia zaczynamy się zastanawiać, czy ksiądz nie ma racji. W okolicy co drugi dom ma w ogrodzie od strony ulicy kamienną kapliczkę z Maryjką albo okazały krzyż, ale w rozmowie o szczepionkach nikt nie powołuje się na względy religijne. Ani razu nie usłyszeliśmy argumentu o abortowanych płodach, nikt nawet nie zająknął się na temat tego, co o szczepionkach mają do powiedzenia okoliczni księża albo Kościół w ogóle, dopóki nie został przez nas o to zapytany.

“A jeszcze w pandemii przecież mówiono, że rzekomo w kościołach jest tak niebezpiecznie i nie wolno tam chodzić. Mieliśmy większe obostrzenia niż w supermarketach” - dodaje proboszcz.

Boi się czwartej fali. “Poprzednio mieliśmy tu kilkanaście przypadków zakażeń. A teraz ludzie powyjeżdżali na wakacje, na Facebookach pokazują swoje piękne ciała, opalenizny i na pewno coś przywiozą” - mówi nam.

R. (zaszczepieni pełną dawką w gminie - 21,5 proc.)

R. to duża wieś, która kiedyś była miastem. Na środku głównego placu jest park, plac zabaw i pomnik ku czci bohaterów walczących o niepodległość. Od wschodniej strony przy ulicy mieści się urząd gminy, obok biblioteka. Tabliczka na budynku informuje, że został zmodernizowany przy pomocy grantów z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii.

Zachodzimy do sklepu po drugiej stronie placu. Zwracamy uwagę, że w okolicy dominują prywatne przedsięwzięcia, promujące się po prostu jako "sklepy wielobranżowe", a ten jest franczyzą, którą znamy z Warszawy. W środku na ścianie wisi duży krzyż, a na nim zawieszony na sznurku szyld z nazwą i logo marki.

Wychodzimy i z zakupionymi przed chwilą lodami w rękach postanawiamy zaczepić starszego mężczyznę, który wszedł do środka tylko na chwilę. Najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał. Od razu w oczy rzucił nam się jego strój - oryginalny, a na pewno dobrany z wyjątkową dbałością jak na zwykłe czwartkowe południe. Beżowe garniturowe spodnie, skórzane mokasyny, błękitna koszula w delikatny deseń i słomkowa soczyście fioletowa fedora.

Przedstawiliśmy się, wyjaśniliśmy, że piszemy reportaż o szczepieniach w okolicznych gminach. “A ile mi zapłacicie?!” - krzyknął, wychylając się w naszą stronę przez poręcz schodów. Mówił z taką złością, że aż nas obryzgał śliną.

Zapłata, jak się okazało, ma być nie za udzielenie odpowiedzi, ale przyjęcie szczepionki. Mężczyzna wycenił się na milion złotych. “Ja jestem panem, do biedaków idźcie!” - krzyczał. “Kto weźmie tę szczepionkę, to umrze”. Na odchodnym rzucił jeszcze bluzgiem pod adresem “tego, co rządzi i o tych szczepionkach zdecydował”, a następnie wsiadł do chevroleta prowadzonego przez młodego mężczyznę i odjechał.

Rozmowa o tak agresywnym przebiegu zdarzyła nam się tylko raz. Ale nie była, niestety, jedyną, w której pojawiał się wątek rzekomej śmiercionośności szczepień.

Kilkanaście metrów, już na samym placu zaczepiamy kobietę w średnim wieku. Też nie jest stąd, przyjechała z pobliskiej wsi. Córka zapisała ją przez internet, ale o tym zapomniała, termin pewnie przepadł. Mąż jest już zaszczepiony, tutaj w R.. Ona niedługo pojedzie do Ł-a i tam się zaszczepi. Jest zdecydowana, choć ma pewne obawy. Ludzie w okolicy mówią, że w Ł-e jakiś facet zmarł po podaniu szczepionki.

Podchodzimy do trzech mężczyzn siedzących na ławce przed salą cateringową położoną przy rynku zaraz obok biblioteki. “Nie szczepię się, bo piję” - odezwał się od razu Marek. Szybko zaczęłam się zastanawiać, czy to rzeczywiście taka poważna przeszkoda. Przecież i we wsiach i w miastach Polacy piją na potęgę. Wyszukiwarki same podpowiadają frazę “czy po szczepionce można pić alkohol”.

Marek nawet poszedł raz do punktu szczepień. “Kobieta mi powiedziała, że jak mam być pijany, to lepiej, żebym w ogóle się nie szczepił. Kazała mi wyjść” - opowiada. To było już jakiś czas temu i od tamtej pory nie było okazji, żeby się przygotować na przyjęcie szczepionki. “Ale trochę już zmądrzałem. I chyba niedługo się wybiorę” - uśmiecha się.

Tomasz też jeszcze się nie zaszczepił. Nawet się nie orientował, czy jego rocznik (1985) może już się zapisywać. Ale nie wyklucza, że to zrobi. Jurek jest już po dwóch dawkach, chociaż do szczepionek ma stosunek, delikatnie mówiąc, chłodny. “Zaraz będzie trzecia i czwarta dawka. I nie wiadomo, co jeszcze!” - macha ręką.

Wszyscy trzej potwierdzają, że w Ł-e zmarł człowiek po przyjęciu szczepionki. Zresztą nie tylko on. W okolicy takich historii było więcej, ale są w stanie wymienić tylko tę jedną wieś.

Ł-e (zaszczepieni pełną dawką w gminie R. - 21,5 proc.)

Postanawiamy zmienić naszą trasę i zahaczyć o Ł-e, żeby dowiedzieć się, co tam się właściwie wydarzyło. Na miejscu poszliśmy prosto do kościoła. Był zamknięty. Podejrzewaliśmy, że duża posiadłość po sąsiedzku należała do proboszcza, ale na bramie, choć była otwarta, wisiała tabliczka “ostry pies”. Nie chcąc kusić losu, poszliśmy dalej w wieś.

Odwiedzamy najbliższe gospodarstwo, które miało otwarte podwórko. Przez okna na piętrze wygląda zza firanek mężczyzna. Machamy. Po chwili z drzwi na wysokim ganku wychyla się kobieta. Rozmawiamy przez chwilę, cały czas w bezpiecznej odległości kilku metrów. Kobieta zna rodzinę, w której doszło do zgonu, ale zaznacza, że nie wiadomo, czy przyczyną rzeczywiście była szczepionka. “Wiem, że wszyscy o tym plotkują” - mówi. Prosimy o kontakt z bliskimi zmarłego, chcemy zostawić swoje namiary, żeby się odezwali do nas, jeśli mieliby taką wolę. Jednak kobieta jest nieugięta. Wyjaśnia, że to nie są na tyle bliscy znajomi, żeby załatwiała z nimi takie rzeczy. “A tak w ogóle to nie są stąd, tylko z P.” - rzuca jakby mimochodem. To wieś położona zaledwie 3 kilometry od Ł-e.

Na odchodnym pytamy, czy się zaszczepiła. “Nie, dopóki nie będą obowiązkowe, to nie planuję” - mówi nam. Dlaczego?. “Moim zdaniem przesadza się z tą całą pandemią. Więcej wokół tego szumu, niż rzeczywistej szkody” - odpowiada.

P. (zaszczepieni pełną dawką w gminie R. - 21,5 proc.)

W P. parkujemy naprzeciwko domu sołtysa. W podwórzu wita nas jego matka, kieruje ku drzwiom do piwnicy i woła syna. Sołtys wita się z nami uprzejmie, ale widać, że jest zajęty, coś naprawiał i wyrwał się tylko na chwilę. Mówi, że nie popiera szczepionek. Ani tych na Covid, ani żadnych. A najlepiej porozmawiać z jego matką, ona ma dużo do powiedzenia.

To prawda. Kobieta zaprasza nas do ocienionej altanki, gdzie siadamy razem z jej mężem. Nie musimy właściwie zadawać żadnych pytań, bo oboje zarzucają nas stosem historii i teorii na temat pandemii. Skąd czerpią informacje? "Ja wiem swoje. Ja czytam i w komórce, i w internecie. I pracuję swoją głową. Lekarze śmiechy z ciemnego narodu robią. Jak to cały świat raptem choroby takiej dostał? Wypuszczają truciznę i wszystko" - wyjaśnia kobieta.

"Młodym teraz udumali dawać szczepionkę. Nie mogli wybić normalnie, to inny sposób znaleźli - żeby byli bezpłodni. I w ten sposób chcą Polskę wyludnić. I zapanują wreszcie Chiny, bo i tak zalewają towarem cały świat" - opowiada. "Czemu nie podają do wiadomości, ile osób ma powikłania po szczepionce? To wszystko dla kasy. Koronawirusem jeden się bogaci, a drugi dziadzieje. Już mówią o następnej fali, mają nazwy kolejnych wirusów. Skąd to wiedzą? Bo sami to wypuszczają. I co, ludzie się szczepią. I fali nie będzie następnej? Będzie, już każą się szczepić i trzeci, czwarty raz".

Czy poczuliby się choć trochę pewniej, gdyby rząd wprowadził obiecane odszkodowania za odczyny poszczepienne? "A tyle zobaczy pani tych pieniędzy" - machają ręką. "Pójdzie ktoś i wysądzi? Nawypisują mu chorób współistniejących. Jak rząd sobie z sędziami poradzić nie może, to zwykły głupi człowiek pójdzie i wygra?" - pyta kobieta. "Umarłeś, to wąchaj kwiatki. Tu bogaci rządzą".

W pewnym momencie do rozmowy dołącza się babcia sołtysa. Ubrana w strój tradycyjnie kojarzony z wsią - spódnica, na głowie przewiązana chusta.

"W W. człowiek zdrowy wziął szczepionkę i na trzeci dzień umarł. A nie był chory ani nico. I kto za niego zapłaci?" - mówi. "Ja mam przeszło 80 lat i nie chcę się szczepić, dlatego, że chcę umrzeć spokojnie. Ubrać się jak należy i iść na tamten świat jak należy. A nie żeby mnie przez bramę rzucili, żeby mnie nikt nie widział. Nago albo w majtkach"

"Dużo osób tak zmarło. W naszym regionie, w naszej wsi nawet!" - mówi mężczyzna. Pytam, czy wskażą mi dom rodziny zmarłego. Są niechętni. Tłumaczą, że nikt nie chce rozmawiać, ludzie się boją. Czego? Napiętnowania, nagonki.

Nie próbujemy ich do niczego przekonać, ani nadmiernie wchodzić w dyskusję. W końcu przyjechaliśmy tu, żeby ich wysłuchać. Od czasu do czasu rzucamy tylko drobnymi uwagami, ale małżeństwo na wszystko ma gotową, rozbudowaną odpowiedź. Mówimy, że w takich krajach jak Wielka Brytania, czy Izrael może rosną zakażenia, ale dzięki szczepionkom hospitalizacje utrzymują się na niskim poziomie. Od razu słyszymy, że wszystkie dane są niewiarygodne, rządy pod naciskiem koncernów podają do wiadomości spreparowane statystyki. Telewizja kłamie, pokazuje spreparowane filmy. Sąsiad był w Lombardii podczas tego rzekomo najostrzejszego lockdownu, gdy ludzie mieli padać jak muchy. Wszystko naciągane, inaczej wszystko to wyglądało. I to, co w Nowym Jorku pokazywali, to też nieprawda. Sami mieszkali kilka miesięcy w 2020 roku u córki w sąsiednim stanie. Szczepienia polityków przed kamerami to pic na wodę. Pielęgniarki przykładały tylko igły do ramienia. Kto wie, czy tam cokolwiek sobie wstrzykiwali.

"Nakupili szczepionek i tak się troszczą, żeby tylko lekko przechodzili ludzie zakażenie! Ojojojoj, ale się przejmują" - ironizuje kobieta. "Niech mówią prawdę, choćby i gorzką. A te żywe kłamstwa, to mnie... no, nie mogę! Taka już jestem"

To co wyjątkowo mnie uderza w ich tonie, to poczucie osaczenia i przegranej. Śledzą newsy, słyszą o dyskusji nad wprowadzeniem obowiązku szczepień dla personelu medycznego, słyszeli o tym, że we Francji nie będą wpuszczać niezaszczepionych do miejsc publicznych. Są głęboko przekonani, że obowiązkowe szczepienia i w Polsce są tylko kwestią czasu. Właściwie to mówią wprost: "Przymuszą nas do szczepień, bo inaczej nie dadzą żyć". W tej rozgrywce nie liczy się Polska, ani polski rząd. Wszyscy jesteśmy małymi trybikami w ponadnarodowym spisku koncernów. Nie mamy żadnych szans.

fot. Mikołaj Maluchnik/ OKO.press

Zepsuty pulsoksymetr

Rodzina sołtysa wskazuje nam w końcu dom zmarłego mężczyzny. To na samym krańcu wsi. Postanawiamy pójść na piechotę. Droga jest gładka, asfaltowa, z boku chodnik z kostki brukowej. Na co trzecim słupie widać gniazdo z siedzącymi w środku bocianami. Mijamy szeregi dużych murowanych domów, wśród których zdarzają się jeszcze pojedyncze drewniane. Na ogrodzeniu przy jednym z nim widnieją dwa banery: "dom 80 m2, działka 1700 m2", "zamienię na samochód".

Po kilkudziesięciu kolejnych metrach trafiamy pod wskazany adres. Na schodkach na ganku przed domem siedzi ubrany w pomarańczowy T-shirt mężczyzna. Opowiadamy mu, jakie opowieści krążą w pobliskich miejscowościach i jak tu trafiliśmy. To syn zmarłego.

Ojciec zaszczepił się w marcu, w pierwszym możliwym terminie. Zaraz po powrocie do domu zaczął źle się czuć, gorączkował. Udało im się umówić na e-konsultacje. Lekarz przepisał leki, kazał sprawdzać codziennie saturację. Niebezpiecznie miało być, jeśli pulsoksymetr zacznie wskazywać wartości poniżej 90 proc. Tymczasem ojciec wyniki miał w normie - właściwie cały czas 98.

Po mniej więcej dwóch tygodniach stan chorego zaczął się raptownie pogarszać. Podczas kolejnej e-konsultacji lekarz kazał zmienić leki. Gorączka nieco zelżała, ale już nazajutrz doszło do kolejnego załamania. Saturacja spadła nagle do 70 proc. Syn przystąpił do reanimacji, rodzina natychmiast wezwała pogotowie, które wysłało helikopter aż z Białegostoku. Nie zdążyli. Przylecieli, stwierdzili zgon.

"Zdaję sobie sprawę z tego, co mówią ludzie. Ale my nie wiemy, na co zmarł ojciec. Lekarze powiedzieli, że to niewydolność krążeniowo-oddechowa. Tylko że on wcześniej nie miał żadnych problemów ze zdrowiem" - mówi syn.

Lekarz nie zlecił sekcji zwłok, rodzina jej nie zażądała. Nie zgłosili też oficjalnie przypadku niepożądanego odczynu poszczepiennego. Śmierć ojca była szokiem, nikt nie myślał o załatwianiu takich formalności, bo też nikt ich o takiej możliwości nie informował, ani nie zachęcał.

Syn zmarłego i jego żona jeszcze nie są zaszczepieni. Pytam, czy przez to, co ich spotkało. "Nie wiem, może?" - odpowiada.

"Ten pulsoksymetr cały czas nie dawał nam spokoju" - dodaje mężczyzna. "Już po stwierdzeniu zgonu jeszcze raz założyliśmy go tacie na palec. Znowu wskazywał 98".

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne