Pułapką wpisaną w politykę pamięci uprawianą na poziomie rządowym jest konieczność synchronizowania dyskursów. Cudza pamięć musi być zgodna z naszą pamięcią, inaczej postrzegana jest jako zagrożenie, potwarz, uderzenie w fundament narodowej tożsamości – pisze historyk Piotr Osęka
„Jak Ukraińcy mogą być tak niewdzięczni i po tym wszystkim, co dla nich zrobiliśmy, wciąż czcić pamięć UPA?!” zachłystuje się oburzeniem polskim internet. Liderom opinii z Twittera wtórują politycy skuszeni wizją sondażowych zysków. Rodzą się sojusze ponad tradycyjnymi podziałami: Leszek Miller mówi jednym głosem z Karolem Nawrockim. Spirala emocji wiruje coraz szybciej, wciągając w otchłań nawet rozsądnych dotąd publicystów. Ci mniej rozsądni wprost porównują już Ukraińców do zwierząt. W komentarzach widać zwroty żywcem zaczerpnięte z języka rosyjskiej propagandy (nie będę cytował).
Erupcje pogardy i nienawiści (bądźmy sprawiedliwi: także po stronie ukraińskiej) na pewno są Moskwie na rękę, ale tłumaczenie ich manipulacjami FSB lub GRU wydaje się niestety nadmiernym optymizmem.
Na Łubiance prażą wiadra popcornu, nic więcej nie mają teraz do roboty.
Burza po decyzji Zełenskiego o nadaniu jednemu z oddziałów imienia Bohaterów UPA jest kolejną ilustracją tezy, że studia nad pamięcią to nie hermetyczna akademicka subdyscyplina, ale wiedza jak najbardziej użytkowa, którą powinno się wykładać w szkołach niczym kursy pierwszej pomocy. Już od czasów prac Halbwachsa i Assmana wiadomo, że pamięć społeczna jest nienegocjowalna. Mechanizm organizowania narracji historycznych w narodowe mity jest niewrażliwy na racjonalną argumentację, próby konfrontowania z „obiektywną prawdą” ani nie podlega zasadzie wdzięczności.
Ten tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak”, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości.
Dominująca ukraińska pamięć o UPA i Banderze jako bohaterach walki narodowowyzwoleńczej jest jednym z kluczowych mitów założycielskich, którego państwo walczące z rosyjskim najeźdźcą o przetrwanie potrzebuje nie mniej niż rakiet i pocisków.
Dlatego polskie oburzenie przyjmowane jest z gniewem i zaskoczeniem. Pojawiają się argumenty, że kult antysowieckiej insurekcji ma charakter oddolny i masowy, a próby jego blokowania lub ograniczania są porównywane do działań kolonizatorskich, wymierzonych w samą istotę narodowej suwerenności. „Najpierw Rosjanie, a teraz Polacy chcą nam mówić, jak mamy pamiętać nasze dzieje” – czytamy w ukraińskich komentarzach.
Z kolei powtarzane przez polskich publicystów tezy, jakoby Zełenski sprowokował konflikt z zachodnim sąsiadem, aby wzmocnić swoją pozycję polityczną, wydają się naciągane. W ukraińskich mediach zarówno decyzja prezydenta, jak i wywołane nią kontrowersje są prawie niewidoczne, zepchnięte na odległe pozycje przez doniesienia z frontu oraz informacje o skutkach kolejnych rosyjskich bombardowań.
Pułapką wpisaną w politykę pamięci uprawianą na poziomie rządowym jest konieczność synchronizowania dyskursów. Cudza pamięć musi być zgodna z naszą pamięcią, inaczej postrzegana jest jako zagrożenie, potwarz, uderzenie w fundament narodowej tożsamości. Mechanizm jest uniwersalny, jednak w polskiej debacie publicznej po 2015 roku zakorzenił się szczególnie mocno. Jednym z priorytetów polityki zagranicznej czasów PiS było sprawienie, by cały świat widział drugą wojnę światową przez pryzmat polskiej martyrologii. Jak otwarcie zadeklarował premier Morawiecki „polska historia powinna być królową pamięci świata”. Powołano w tym celu instytuty, rady, fundacje i komisje, wydano miliardy złotych. Wszystko na próżno.
„Dyplomacja historyczna”, która miała przynieść Polsce podziw i wpływy na arenie międzynarodowej, okazała się kosztownym niewypałem. Teraz nowa ekipa przymierza się do skoku na te same grabie.
Oczywiście, stawką w grze są też (a może przede wszystkim) przyszłoroczne wybory parlamentarne. Politycy prześcigają się w popisywaniu przed elektoratem niezłomnością, licytują na dobitne protesty. Prawie nikt nie myśli już łagodzeniu antyukraińskich resentymentów, trwa walka o ich przekucie w sondażowe poparcie. Nieuniknionym efektem ubocznym jest normalizacja nacjonalistycznych stereotypów – oto zarówno polityczka lewicy, jak i prawicowa dziennikarka dywagują publicznie na temat korzeni etnicznych członków polskiego rządu.
W dodatku szańce wznoszone są przeciwko wrogowi, którego nie ma. Co prawda elity ukraińskie celebrują formację odpowiedzialną za rzeź wołyńską, ale jednocześnie wbrew historycznym dokumentom budują narrację zaprzeczającą tej odpowiedzialności. W tej opowieści czystki miały być efektem spontanicznego ludowego buntu, zainspirowanego sowiecką i nazistowską propagandą, a ich okrucieństwo – wynikiem wojennego chaosu, a nie akcją zaplanowaną przez polityczne kierownictwo ukraińskiego podziemia. Materialne i symboliczne pomniki UPA mają upamiętniać walkę z sowieckim najeźdźcą, a nie mordy na Polakach. Jakkolwiek można zarzucać, że taka narracja jest sprzeczna z wiedzą historyczną (z czym historycy ukraińscy w większości się nie zgodzą), to nie sposób doszukać się w niej pochwały ludobójstwa.
Umiejętność krytycznego osądu narodowej historii to cecha niewielu demokracji. Większość krajów nie jest gotowa do podjęcia takiego wysiłku, a przedstawiciele elit kwestionujący dominujące narracje pamięci oskarżani są o zaprzaństwo, brak patriotyzmu lub „uprawianie pedagogiki wstydu”.
Rozliczenia z historią zawsze muszą się odbywać w obrębie narodowej debaty, nie da się ich narzucić z zewnątrz, wymusić przez dyplomatyczne ultimatum.
Nawet Niemcy, często stawiani za wzór, jeśli chodzi o rozliczenia z totalitarną historią swojego państwa, nie od razu przyjęli antynazistowską optykę. Wymuszone w pierwszych latach po wojnie przez aliantów gesty potępienia III Rzeszy były z reguły powierzchowne i nieszczere. Autentyczna debata o zbrodniach reżimu, odpowiedzialności niemieckiego społeczeństwa i powojennej amnezji rozgorzała dopiero w latach 60., w dużej mierze zainicjowana falą młodzieżowych protestów.
Dominuje przeświadczenie, że aby między zwaśnionymi niegdyś narodami zapanowała zgoda, niezbędny jest szczery i uczciwy rachunek krzywd – że „pojednanie można budować tylko na prawdzie”. Nic błędniejszego. Ten imperatyw, skrzący się moralną czystością, w praktyce jest receptą na permanentny konflikt, ciąg dyplomatycznych afrontów i nieprzyjaznych gestów. Każda ze stron będzie wszak inaczej rozumieć postulowaną prawdę, zaś świadomość, że wspólnie ustalona narracja ma odtąd stać się kanoniczną wersją narodowej historii, zniechęci do kompromisów. Spór historyków, powołujących się, a to na odmienne źródła, a to na ich rozbieżne interpretacje, nieuchronnie eskaluje w konfrontację polityków i głosujących na nich społeczeństw.
Im więcej mówi się o konieczności rozliczeń z przeszłością, w tym w czarniejszych barwach jawi się przyszłość.
Czas zostaje unieważniony: historyczne zbrodnie przywoływane są jako wciąż żywe doświadczenie teraźniejszości, mimo że nie tylko ofiary, ale i sprawcy nie żyją już od dziesiątek lat. Okrzyk „najpierw błagajcie o wybaczenie za to, żeście nas mordowali” jest niczym klątwa, skazująca sąsiadujące kraje na wieczną wrogość i rozpamiętywanie krzywd. Ćwierć wieku temu, przy okazji dyskusji o Jedwabnem, filozofka Helena Eilstein przestrzegała przed konsekwencjami takiej postawy. Pisała: „Otrząsnąć się musimy z czadu myślenia kategoriami odpowiedzialności zbiorowej, zwłaszcza rozciągającej się poprzez pokolenia”.
Polska i Ukraina mogą, mimo częściowo rozbieżnych interesów, rozwijać współpracę gospodarczą i technologiczną, zwłaszcza w obszarze zbrojeniowym. Oba państwa łączy wspólny wróg – agresywna i coraz bardziej zdesperowana Rosja. Uzależnianie przez Polskę kształtu obustronnych relacji od ustępstw Kijowa w obszarze polityki pamięci, w ostatecznym rachunku może okazać się samobójcze. Nasuwają się analogie ze stosunkiem piłsudczyków do Czechosłowacji; w 1938 Warszawa odrzuciła myśl o wspólnym sojuszu przeciw niemieckim roszczeniom terytorialnym, bo nad rachunkiem strategicznych korzyści górę wzięła pamięć o postawie Pragi w latach 1919-1920.
Pomysły odbierania orderów albo zamykania lotniska w Rzeszowie mogą nie tylko dramatycznie zantagonizować Polaków i Ukraińców, ale też zmniejszyć szanse obu narodów na zachowanie suwerenności. To droga donikąd. Przyszłość budować należy nie wbrew ani pomimo dramatycznej historii, ale POZA nią – poza porządkiem pamięci społecznej.
Polski historyk, badacz dziejów najnowszych Polski, doktor habilitowany nauk humanistycznych. Profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Autor wielu książek naukowych z najnowszej historii Polski
Polski historyk, badacz dziejów najnowszych Polski, doktor habilitowany nauk humanistycznych. Profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Autor wielu książek naukowych z najnowszej historii Polski
Komentarze