Dwudniowa konferencja bliskowschodnia zakończyła się wizerunkową katastrofą Polski. Rząd zapewniał, że nie jest to spotkanie wymierzone w żaden kraj, tymczasem USA i Izrael urządziły sobie u nas antyirański wiec. Urzędnicy i zwolennicy rządu zaklinają rzeczywistość. „Dzisiaj jesteśmy tymi, którzy uczestniczą przy głównym stole” – zapewnia Jacek Sasin

Po zakończonej 14 lutego 2019 konferencji bliskowschodniej w Warszawie PiS stara się robić dobrą minę do złej gry. Przypomnijmy: w styczniu sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych ogłosił, że zorganizuje w Polsce szczyt na temat pokoju na Bliskim Wschodzie w Warszawie. Polscy politycy z radością przyjęli tę inicjatywę i ogłosili, że jesteśmy ważnym graczem na międzynarodowej scenie politycznej, ponieważ gościmy ważną konferencję.

Liga okręgowa

Po szczycie, na którym USA i Izrael starały się zmontować międzynarodową koalicję przeciwko Iranowi, przedstawiciele partii rządzącej ogłosili, że osiągnęli sukces.

Jacek Sasin w radiowej Jedynce powiedział: „weszliśmy do pierwszej ligi światowej polityki. Polska jest krajem, który jest współgospodarzem konferencji dyskutującej o światowym bezpieczeństwie”.

Właściwie wszędzie poza PiS zdanie na temat konferencji jest inne. W Polsce została skrytykowana ze wszystkich stron. Również konserwatywni komentatorzy nie mieli wątpliwości, że warszawska konferencja skończyła się porażką.

Łukasz Warzecha w wp.pl napisał: „Wygląda na to, że konferencja o Bliskim Wschodzie, która miała być sprzedana jako dyplomatyczny sukces, zamieniła się w poważny wizerunkowy (ale też dyplomatyczny) kłopot dla PiS […]”.

Bartłomiej Radziejewski z Nowej Konfederacji napisał na Twitterze w trakcie drugiego dnia konferencji:

„Nie oceniajmy dnia przed zachodem słońca, ale jeśli nie wybuchnie jakaś korzystna dla nas »bomba«, to ta bliskowschodnia konferencja jest katastrofą naszej dyplomacji”.

Jeszcze bardziej bezwzględny był lewicowy publicysta Jakub Majmurek, który porównał konferencję do katastrofalnej w skutkach imprezy wyprawionej przez mało popularnego nastolatka, który bardzo chce być lubiany.

W amerykańskich komediach hajskulowych pojawia się czasem taki motyw: kilka popularnych w szkole dzieciaków namawia…

Opublikowany przez Jakub Majmurek Czwartek, 14 lutego 2019

Wśród komentatorów nie związanych bezpośrednio z obozem władzy trudno znaleźć kogoś, kto dostrzegłby w konferencji jakieś pozytywy.

Źle wybrzmiało

Dzień po konferencji, 15 lutego, gościem radiowej Trójki był doradca prezydenta Andrzej Zybertowicz.

„Konferencja bliskowschodnia jest częścią pewnego procesu i nie wiadomo jak wybrzmią pewne elementy. Jeśli mocne wystąpienie Mike’a Pence’a będzie zrozumiane jako symbol determinacji USA i spełni funkcję odstraszania, to będzie powiedziane, że ta konferencja spełniła swoją rolę w procesie pokojowym”.

Trudno wypowiadać się na temat przyszłości, ale wiemy bardzo dobrze, jak warszawska konferencja wybrzmiała zaraz po jej zakończeniu.

Minister Jacek Czaputowicz zaraz po zamknięciu konferencji udzielił wywiadu Danucie Holeckiej w TVP po „Wiadomościach”. W rozmowie z przychylną dziennikarką starał się dalej zaklinać rzeczywistość: „Sama konferencja nie koncentrowała się na państwach, dyskutowaliśmy też proces bliskowschodni”.

Przed konferencją Czaputowicz starał się przekonywać, że konferencja nie jest wymierzona w żadne konkretne państwo i ma być inicjatywą na rzecz pokoju. Po zakończeniu wydarzenia w Warszawie powtarza to samo.

Piszą zagranicą

Niestety, w kontekście słów, które padły na konferencji i tego, jak wydarzenie zostało rozegrane przez USA i Izrael, mówienie, że konferencja nie koncentrowała się na konkretnych państwach, jest nieprawdą. USA i Izraelowi chodziło o skonstruowanie koalicji państw przeciwko Iranowi. O ostrym, antyirańskim przemówieniu wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a pisaliśmy w tekście „Bajka o złym Iranie i dobrych Stanach. PiS dał się wciągnąć w brudną grę Trumpa”.

Zagraniczne media również jednoznacznie orzekły, że warszawskie spotkanie było wymierzone w Iran. Tekst Katie Rogers w „New York Times” na temat konferencji zaczął się od zdania: „Miało to być spotkanie historycznych przeciwników, którzy zebrali się, aby zjednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi. Jednak jakakolwiek nadzieja, że narody z głębokimi konfliktami między sobą zaprezentują nowo odkrytą przyjaźń od początku była kłopotliwa”.

Autorka „NYT” ma wątpliwości, czy cel – zjednoczenie krajów arabskich przeciwko Iranowi – udało się osiągnąć. Nie ma natomiast złudzeń, że temat Iranu był właściwie jedyny na całej konferencji.

Brytyjski „Guardian” swój tekst o konferencji zatytułował „Mike Pence beszta amerykańskich sojuszników na warszawskim szczycie o Iranie”. W tekście Polska nie jest przedstawiona jako współorganizator, a jedynie jako miejsce, w którym Amerykanie zorganizowali swój szczyt.

Izraelski dziennik „Haaretz” poświęcił tematowi szczytu sporo miejsca – dużą część zajęła dyskusja o słowach premiera Netanjahu o Polakach, którzy współdziałali z Nazistami podczas II wojny światowej. „Haaretz” nie ma wątpliwości, co było właściwym tematem konferencji. Można o tym przeczytać m.in. w tekście pod tytułem „W Warszawie marzenie o arabskim NATO przeciwko Iranowi pokazuje swoje rysy”. Podobnie jak w przypadku „NYT” wynik rozmów jest poddany pod wątpliwość, ale temat rozmów – Iran – jest oczywisty.

Międzynarodowa prasa bardzo mało pisze o roli Polski w konferencji. Spotkanie postrzegane jest jako amerykańsko-izraelska inicjatywa przeciwko Iranowi. Być może dla Polski to lepiej. Na pewno nie można jednak powiedzieć, że po konferencji awansowaliśmy do pierwszej ligi światowej dyplomacji. Awansu nie otrzymuje się za bycie wykorzystanym przez światowe mocarstwo do prowadzenia swojej polityki.

Absolwent historii na UJ, arabistyki na UAM i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował m.in. w Res Publice Nowej, magazynie Kontakt, miesięczniku Znak i Tygodniku Powszechnym. W OKO.press pisze o polityce.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym