Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Mało która wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego odbiła się w światowych mediach tak głośnym echem, jak ta o budowie przez Polskę własnego potencjału jądrowego. Trudno powiedzieć, czy takie były intencje Nawrockiego, najczęściej jednak odczytywano ją jako wydatny przykład rozpadu europejskiego zaufania do Stanów Zjednoczonych przez cały okres zimnej wojny i ponad trzy ostatnie dekady zapewniających Europie parasol atomowy.

„Jestem wielkim zwolennikiem tego, aby Polska przystąpiła do projektu jądrowego” – stwierdził w wywiadzie dla Polsatu Nawrocki. Po tym, jak prowadzący rozmowę doprecyzował, że nie chodzi mu o udział naszego kraju w NATO-wskim programie Nuclear Sharing, w ramach którego niektóre państwa Sojuszu mają dostęp do niewielkich arsenałów amerykańskich taktycznych bomb jądrowych, Nawrocki nie pozostawił wiele miejsca na domysły. Chodziło mu o całkiem polską broń jądrową.

„Droga do polskiego potencjału jądrowego – oczywiście z szacunkiem do wszystkich regulacji międzynarodowych – jest drogą, którą powinniśmy iść” – stwierdził prezydent.

„Dla mnie zbudowanie bezpieczeństwa Polski, nawet w oparciu o potencjał jądrowy, atomowy, jest kierunkiem, który popieram” – dorzucił jeszcze Nawrocki.

Pomysł już nie całkiem z kosmosu

Owszem, Nawrocki rozmawiał z Bogdanem Rymanowskim w krajowym Polsacie, dokładnie wtedy, gdy liderzy Europy rozmawiali w Monachium o nowych strategiach Europy. Owszem też, deklaracja Nawrockiego wpisuje się idealnie w PiS-owską wizję Polski jako uzbrojonego po zęby regionalnego mocarstwa nieliczącego się z sąsiadami. Owszem wreszcie, co nawet zabawne, w oficjalnej relacji z wywiadu Nawrockiego dla Polsatu zamieszczonej na stronie prezydent.pl nie znalazła się choćby wzmianka o wypowiedziach głowy państwa na temat polskich głowic jądrowych.

Są jednak trzy powody, dla których na nuklearną deklarację prezydenta należy spojrzeć nieco bardziej serio niż na inne przejawy typowego dla prawicy prężenia muskułów zarówno przez Nawrockiego, jak i przez polityków z jego obozu.

Po pierwsze, opowieść o „polskim potencjale jądrowym” w ustach polityka będącego jawnym fanem Donaldem Trumpa i prezentującego dotąd równie jawnie wasalną postawę wobec USA, wydaje się mówić całkiem sporo o erozji zaufania wobec amerykańskiego parasola atomowego roztaczanego nad Europą – nawet w kręgach populistycznej protrumpowskiej prawicy, do których Karol Nawrocki zdecydowanie się zalicza.

Po drugie natomiast, myśl o rozszerzaniu europejskiego potencjału jądrowego, w tym także poprzez ewentualne powołanie do życia nowych mocarstw atomowych, krąży po Europie jako idea całkiem już mainstreamowa.

Po trzecie, słowa Nawrockiego nie zostały w żaden sposób skomentowane przez czołowych polityków koalicji rządzącej. Zupełnie inaczej niż rok i dwa lata temu, kiedy do wypowiedzi Andrzeja Dudy o ewentualnym udziale Polski w programie Nuclear Sharing ironicznie odnosili się i premier Donald Tusk, i szef MSZ Radosław Sikorski. A przecież gdy głowa państwa wypowiada się na temat ewentualnego uzyskania przez Polskę statusu nuklearnego mocarstwa, wydawałoby się to dobrym punktem wyjścia np. do polemiki.

Wątpliwy sojusznik zza oceanu

Jedno, drugie i trzecie ma bezpośredni związek z faktem, że Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa nie tylko odwracają się od Europy nawet na poziomie oficjalnych dokumentów jak Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA, ale też wchodzą na ścieżkę konfrontacji z Europą, czego najbardziej wydatnym przykładem był jak dotąd kryzys grenlandzki. Ameryka Donalda Trumpa wciąż jest tym najsilniejszym militarnie sojusznikiem Europy, jest to jednak sojusznik, którego wiarygodność i skłonność do dotrzymywania zobowiązań traktatowych zdecydowanie nie jest już niepodważalna.

Przeczytaj także:

Dlatego też w Europie jak najbardziej rozmawia się zarówno o wzmocnieniu tzw. europejskiego komponentu NATO – czyli stworzeniu czegoś w rodzaju sojuszu wewnątrz sojuszu, jak i o budowie czy też daleko idącej rozbudowie własnego europejskiego potencjału nuklearnego.

Ostatnie takie nieoficjalne rozmowy toczyły się w trakcie weekendu w kuluarach dorocznej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium i tuż wcześniej, w czwartek 12 lutego w trakcie spotkania szefów MON państw Europy.

Niemcy i Szwecja myślą o euroManhattanie

W piątek 13 lutego kanclerz Niemiec Friedrich Merz ogłosił na konferencji w Monachium, że rozpoczął rozmowy z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem na temat stworzenia europejskiego systemu odstraszania nuklearnego. Na tym nie koniec, bo Merz wystąpił razem z Macronem i premierem Wielkiej Brytanii Neirem Starmerem zapowiadając wzmocnienie „europejskiego filaru NATO”. Trzej przywódcy dość jasno sugerowali, że ma to stanowić również rodzaj zabezpieczenia na wypadek, gdyby Trump lub przyszły przywódca USA zdecydował się kiedyś nie bronić Europy w sytuacji zagrożenia.

„Ten nowy początek jest słuszny w każdych okolicznościach. Jest słuszny, jeśli Stany Zjednoczone będą się nadal dystansować. Jest słuszny, dopóki nie będziemy w stanie sami zagwarantować sobie bezpieczeństwa” – mówił Merz.

„Rozmawiamy o potencjale nuklearnym z Wielką Brytanią i Francją. Dopóki niebezpieczne kraje posiadają broń jądrową, zdrowe demokracje również powinny być w stanie ją posiadać” mówił dwa tygodnie wcześniej – 27 stycznia – premier Szwecji Ulf Kristersson.

Jeszcze wcześniej na łamach „Dagens Nyheter”, czyli najważniejszego dziennika Szwecji ukazały się edytoriale wzywające zarówno do rozpoczęcia działań na rzecz uzyskania przez Szwecję broni nuklearnej, jak i do budowy Sojuszu Nordyckiego – czyli skierowanego na wschód układu wojskowego, w którym uczestniczyć by miały kraje Skandynawii, Niemcy, Polska i kraje bałtyckie.

Dość dobrze oddawało to atmosferę, w której funkcjonowały elity polityczne krajów Europy Północnej w apogeum kryzysu grenlandzkiego.

„Myślę, że Europejczycy będą dyskutować – i powinna toczyć się dyskusja – na temat odstraszania nuklearnego, że musi ono mieć charakter europejski” – mówił wtedy premier Norwegii Jonas Gahr Støre.

Tusk i broń jądrowa

Już w zeszłym roku o zacieśnianiu współpracy militarnej z Francją – i wykorzystaniu francuskiego potencjału nuklearnego do stworzenia parasola atomowego nad Europą publicznie mówił Donald Tusk. Skutkowało to podpisaniem tzw. traktatu z Nancy, czyli bilateralnej umowy wzmacniającej wojskowe więzy Polski i Francji. Umowa nie przesądza jednak o wykorzystaniu francuskiej broni nuklearnej do obrony Polski.

„Musimy mieć świadomość, że Polska musi sięgnąć po najnowocześniejsze zdolności związane także z bronią jądrową i nowoczesną bronią niekonwencjonalną (...) to jest wyścig o bezpieczeństwo, a nie o wojnę” – mówił natomiast Tusk w Sejmie w marcu 2025 roku.

Wybór, przed którym stoi Europa

W swych rozważaniach na temat budowy europejskiego parasola atomowego Europa ma obecnie trzy główne teoretyczne możliwości:

  • Wzmocnienie i rozszerzenie istniejących już na kontynencie arsenałów atomowych, czyli broni jądrowej, którą dysponują Francja i nienależąca do Unii Europejskiej Wielka Brytania.
  • Wsparcie wybranych krajów Europy w dążeniu do uzyskania własnych arsenałów, które razem (przy udziale Francji i Wielkiej Brytanii) tworzyłyby europejski parasol nuklearny – i tu w rozmaitych eksperckich rozważaniach i wizjach najczęściej wymieniane są Niemcy, Szwecja i Polska.
  • Stworzenie jakiegoś rodzaju wspólnego europejskiego arsenału atomowego, który funkcjonowałby na zasadzie podobnej do NATO-wskiego programu „wypożyczania” amerykańskich taktycznych bomb jądrowych, czyli Nuclear Sharing. To jednak wciąż zdecydowanie idea o tej najbardziej odległej perspektywie – zważywszy na dotychczasowe problemy z tworzeniem wspólnych europejskich struktur wojskowych.

Jedynie dwa kraje Europy – Francja i Wielka Brytania – mają własne arsenały nuklearne. Arsenały te mają jednak swoje dość poważne ograniczenia, które sprawiają, że nie da się w ich trybie natychmiastowym zaadaptować do utworzenia pełnowymiarowego parasola atomowego nad Europą.

Francja może zniszczyć Moskwę, ale ma problem ze skalą ataku

Francja ma łącznie ok. 290 głowic jądrowych przenoszonych przez samoloty i wystrzeliwanych z 4 okrętów podwodnych o napędzie atomowym. Co najmniej jeden z tych okrętów w systemie dyżurnym zawsze pozostaje na morzu. Francja nie posiada natomiast pocisków nuklearnych typu ziemia-ziemia oraz – co ważniejsze w kontekście najbardziej współczesnych potencjalnych zagrożeń – w jej arsenale w ogóle nie ma głowic taktycznych, a więc tych o najbardziej ograniczonej mocy.

Doktryna jądrowa Francji zakłada w wypadku każdego atomowego ataku na ten kraj natychmiastową odpowiedź nuklearnymi pociskami strategicznymi – co ma odstraszać potencjalnego agresora od wszelkich prób stosowania nuklearnego szantażu z użyciem zimnowojennej, niewypróbowanej w praktyce teorii jądrowej drabiny eskalacyjnej.

Na wszelkie próby ataku z użyciem broni nuklearnej (nawet ograniczone do tzw. ataku demonstracyjnego, na przykład z wykorzystaniem pojedynczej głowicy taktycznej o bardzo ograniczonej mocy przeciwko symbolicznemu celowi na terenach niezamieszkałych), Francja ma więc jedną odpowiedź – pełnoskalowe uderzenie nuklearne głowicami (ewentualnie pojedynczą głowicą, na co francuska doktryna również pozwala) o wielkiej mocy. O ile tego typu radykalna doktryna nuklearna może być wręcz doskonała do odstraszania od ataku na samą Francję, o tyle jednak jest ona zdecydowanie zbyt mało elastyczna do obejmowania przez Francję innych państw jej parasolem atomowym. Brak też w niej innej niż totalna odpowiedzi na te najbardziej realistyczne obecnie scenariusze możliwego wykorzystania broni nuklearnej przez Rosję. O ile bowiem rosyjskie zmasowane uderzenie jądrowe na kraje Zachodu jest wciąż tak samo mało prawdopodobne, jak w trakcie zimnej wojny, o tyle z jakąś możliwością uderzenia „demonstracyjnego” czy też „ograniczonego” liczą się obecnie wszystkie sztaby generalne państw NATO.

Wielka Brytania jest nuklearnym wasalem USA

Wielka Brytania ma natomiast od 220 do 260 głowic jądrowych. Ich jedynym środkiem przenoszenia są 4 okręty podwodne o napędzie atomowym uzbrojone w amerykańskie (i serwisowane przez Amerykanów) międzykontynentalne pociski balistyczne Trident II z brytyjskiej produkcji głowicami nuklearnymi. Brak w arsenale Wielkiej Brytanii zarówno lotniczych bomb i pocisków nuklearnych, jak i pocisków ziemia-ziemia.

Brak też jak dotąd uzbrojenia taktycznego, choć Wielka Brytania właśnie to zmienia, bo zamówione przez nią w USA myśliwce F-35A mają być zdolne do przenoszenia amerykańskich taktycznych bomb nuklearnych B-61 w ramach programu Nuclear Sharing (o czym więcej w dalszej części tego tekstu).

Brytyjski arsenał nuklearny jest więc (pociski Trident II) i będzie (F-35A z amerykańskimi bombami B-61) w bardzo dużym stopniu zależny od Stanów Zjednoczonych. Zupełnie inaczej jest pod tym względem z arsenałem francuskim – oparty jest on niemal wyłącznie na technologiach wytworzonych przez Francję i kontrolowanych przez ten kraj.

Nie takie to wszystko proste

Jest też pewien paradoks związany z nie do końca pełnym uczestnictwem obu europejskich potęg atomowych w najważniejszych strukturach międzynarodowych na kontynencie.

Wielka Brytania jest członkiem NATO i udostępnia w ramach Sojuszu swój arsenał jądrowy (należąc do Grupy Planowania Nuklearnego NATO). Zarazem jednak nie jest państwem Unii Europejskiej. Jest więc zobowiązana do obrony sojuszników na mocy art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, ale nie jest na mocy art. 42 Traktatu Lizbońskiego.

Z kolei Francja należy i do UE, i do NATO, ale jej siły jądrowe są w pełni autonomiczne i pozostają poza strukturami dowodzenia nuklearnego NATO (Grupa Planowania Nuklearnego). Ewentualna decyzja o użyciu broni jądrowej przez Francję należy tylko do Francji, zaś na stałe, by objąć inne państwa swym parasolem nuklearnym, Francja musiałaby z nimi podpisywać zupełnie nowe traktaty.

Utworzenie „europejskiego parasola atomowego” na bazie arsenałów Francji i Wielkiej Brytanii wymagałoby więc zmiany doktryn nuklearnych obowiązujących w obu krajach, dość istotnego rozszerzenia palety posiadanych przez nie typów broni atomowych (przede wszystkim wprowadzenia do uzbrojenia głowic taktycznych) oraz podpisania nowych umów regulujących współpracę na tym polu z pozostałymi krajami Europy. Wspomniane „rozszerzenie palety” o głowice taktyczne wymagałoby też co najmniej ekwilibrystyki, jeśli chodzi o wciąż obowiązujące traktaty rozbrojeniowe podpisane przez oba państwa.

A co z Nuclear Sharing?

Poprzednik Karola Nawrockiego w fotelu prezydenta po pełnoskalowym rosyjskim ataku na Ukrainę kilkakrotnie poruszał temat możliwego udziału Polski w programie Nuclear Sharing. Andrzej Duda mówił o tym w 2024 i 2025 roku. Był to zresztą pomysł, który krążył po korytarzach władzy niemal od początku rządów PiS, bo już w roku 2015 ówczesny zastępca ministra obrony narodowej (był nim wówczas Antoni Macierewicz) Tomasz Szatkowski ogłosił, że w jego resorcie analizowane są możliwości przystąpienia do tego programu. W 2020 roku, gdy wycofanie się z Nuclear Sharing publicznie rozważały Niemcy, ambasador USA w Warszawie Georgette Mosbacher napisała w mediach społecznościowych, że w takim wypadku dotychczasową rolę Niemiec mogłaby przejąć Polska.

W ramach Nuclear Sharing Niemcy, Włochy, Belgia, Holandia i Turcja składują na swoim terytorium po około 20 amerykańskich taktycznych lotniczych bomb jądrowych B-61. Broń pozostaje pod kontrolą Amerykanów, ale w sytuacji kryzysowej może zostać wydana lotnictwom uczestniczących w programie krajów – mają one bowiem zarówno samoloty zdolne do przenoszenia B-61, jak i własnych – choć wyszkolonych w zakresie operowania bronią nuklearna przez Amerykanów – pilotów.

W marcu 2025 roku tuż po swojej ostatniej deklaracji w sprawie udziału Polski w Nuclear Sharing, Duda dostał jednak od Amerykanów zimny prysznic. „Nie rozmawiałem o tej konkretnej kwestii z prezydentem, ale byłbym zszokowany, gdyby poparł rozprzestrzenianie broni atomowej dalej na wschód Europy. Musimy być ostrożni, bo dosłownie gramy przyszłością życia ludzkiej cywilizacji” – tak mówił o propozycji Dudy wiceprezydent USA J.D. Vance. Donald Trump nie wypowiadał się w tej sprawie.

Prawie rok później, po kryzysie grenlandzkim i licznych konfrontacyjnych lub krytycznych wobec sojuszników z NATO wypowiedziach Trumpa i innych najwyższych urzędników USA, prawicowe marzenie o polskim uczestnictwie w amerykańskim programie Nuclear Sharing mocno straciło na wartości. Program pozostaje pod pełną kontrolą Stanów Zjednoczonych, to Biały Dom i amerykańscy dowódcy wojskowi decydują w nim o wydaniu lub nie broni jądrowej swym europejskim sojusznikom.

Ile kosztuje broń jądrowa?

Osiągnięcie potencjału naukowego i technologicznego pozwalającego na budowę własnej broni jądrowej w realiach roku pierwszej połowy XXI wieku nie jest już dla państw wysoko rozwiniętych czymś, co wymagałoby znaczącego przekroczenia ich dotychczasowych możliwości. Mówimy przecież o technologii mającej już mocno ponad 80 lat. Dotyczy to zwłaszcza krajów, które mają własne reaktory i instytuty badawcze zajmujące się fizyką jądrową – do których należy większość państw Unii Europejskiej, w tym Polska.

Nie są to też wstrząsające wydatki – zwłaszcza w kontekście obecnych pułapów sum przeznaczanych przez państwa Europy na zbrojenia. Francja wydaje na utrzymanie i modernizację swego potencjału nuklearnego od 6,6 do 7 mld euro w skali roku, co stanowi kilkanaście procent jej całego budżetu na obronę. Jak za posiadanie własnego parasola atomowego i zarazem ostatecznego argumentu odstraszającego potencjalnych agresorów nie wydaje się to być ceną nie do poniesienia. Dla porównania – Polska wyda w 2026 roku na zbrojenia i utrzymanie armii nie mniej niż 47 miliardów euro (Francja wyda ok. 60 mld).

Rzecz jasna do zrobienia pozostawałoby znacznie więcej niż samo opracowanie broni jądrowej – chodzi także o technologie dotyczące środków jej przenoszenia i przechowywania, a także o systemy zabezpieczające cały arsenał. Ale i w tym kierunku sprawy wydają się toczyć względnie rozwojowo.

W czwartek 12 lutego ministrowie obrony Francji, Niemiec, Włoch, Polski i Szwecji podpisali na przykład list intencyjny w sprawie przyspieszenia prac nad projektem ELSA (European Long-range Strike Approach), mającym na celu opracowanie wspólnych pocisków manewrujących o zasięgu przekraczającym 500 km. Choć pociski z programu ELSA mają być zdolne do przenoszenia niewielkich głowic konwencjonalnych o wadze około 50 kg (co raczej wyklucza ich zastosowanie nuklearne), samo ich opracowanie może być wstępem do rozwoju europejskich technologii rakietowych o znacznie większych możliwościach.

Skala ryzyka

Ewentualne wprowadzenie przez Europę do gry jakiegokolwiek nowego atomowego mocarstwa lub nowego atomowego sojuszu spotkałoby się z całą pewnością z gwałtownym sprzeciwem oligopolu globalnych mocarstw atomowych – czyli Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin. Istniałyby zresztą do tego sprzeciwu niezłe podstawy prawne – bo od 1968 roku obowiązuje globalny układ o zakazie rozprzestrzeniania broni jądrowej. Wprawdzie jego obowiązywanie nie przeszkodziło Indiom, Pakistanowi, Izraelowi i Korei Północnej w uzyskaniu własnej broni atomowej, były to jednak państwa, które w przeciwieństwie do krajów Europy albo traktatu nie podpisały, albo (KRLD) z niego wystąpiły. Z całą pewnością najostrzej reagowałaby Rosja – przy czym Karol Nawrocki w jednym ma rację – rzeczywiście „Rosja może agresywnie reagować na dosłownie wszystko”.

Osobną kwestią jest dążenie do uzyskania broni nuklearnej przez zupełnie inne państwa – na przykład Iran. Zmiana reguł gry przez państwa europejskie oznaczałaby co najmniej kryzys moralnego i prawnego mandatu Europy do przeciwstawiania się proliferacji broni jądrowej w innych obszarach świata.

Skala ryzyk, przed którymi stoją rozmawiający o wzmocnieniu nuklearnego potencjału Europy przywódcy, jest więc ogromna. A ewentualne podjęcie decyzji oznaczałoby dokładnie to, co zrobiły już przed laty Indie, Pakistan, Izrael i Korea Północna – postawienie świata przed realnie nieprzyjemnym faktem dokonanym.

;
Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze