Parlament Europejski proponuje, by wszystkie kraje UE wprowadziły obowiązkowy czteromiesięczny urlop rodzicielski dla ojców. Obecnie mężczyźni w Polsce tak mało angażują się w opiekę nad dziećmi, że utrudnia to sytuację kobiet na rynku pracy. A senator z PiS na to, że od opieki mężczyzna przestaje być mężczyzną i odechciewa mu się bronić Europy przed islamem

Sejm i Senat debatował 22 czerwca nad dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów. Dokument ma na celu zmniejszenie dysproporcji w zaangażowaniu w wychowanie dzieci obojga rodziców. Na jego mocy urlop rodzicielski miał być w całej Europie podzielony tak, by cztery miesiące obowiązkowo przypadały ojcu dziecka.

W Polsce podstawowy urlop rodzicielski wynosi 12 miesięcy, nie ma w nim żadnej obowiązkowej „kwoty” dla ojca, jest za to dwutygodniowy urlop ojcowski. Podział obowiązków pracy w domu, w tym opieki nad dziećmi, jest krzywdzący dla kobiet.

Polki muszą też najczęściej pracować na dwie zmiany – najpierw w pracy, potem w domu. Wg badań OECD obowiązki domowe zajmują im średnio 296 minut dziennie, czyli prawie pięć godzin. Za to mężczyźni pracują w domu około dwie i pół godziny krócej.

Tygodniowo daje to 17,5 godziny różnicy. W tym dodatkowym czasie wolnym mężczyzna może obejrzeć 10 filmów lub meczów piłkarskich.

Sejm  i Senat odrzucają

Przyjęcie unijnej dyrektywy oznaczałoby, że matkom przysługiwałoby maksymalnie osiem miesięcy płatnego urlopu, a ojcom minimum cztery. Gdyby mężczyzna spędził z dzieckiem mniej niż cztery miesiące – urlop by przepadał. Unia chciała w ten sposób poprawić sytuację matek na rynku pracy, która znacznie pogarsza się w momencie opuszczenia go na rok.

Zarówno Sejm, jak i Senat przyjęły uchwałę wyrażającą negatywną opinię o dyrektywie. Za uchwałą było 281 posłów, przeciw – 148 , a wstrzymały się 4 osoby. W Senacie nie było lepiej – 59 senatorów za, 8 przeciw, a 17 wstrzymało się od głosu.



Obie izby zasłaniały się zasadą pomocniczości – twierdziły, że unijna dyrektywa zbyt głęboko ingeruje w lokalne prawodawstwo i zajmuje się sprawami, które powinny być kompetencją lokalnych parlamentów.

W Sejmie głosowanie odbyło się niemal bez debaty. W Senacie była i to merytoryczna, do czasu gdy do głosu doszedł senator Jerzy Czerwiński z PiS. Spuścił prawdziwą bombę.

„To, że w Europie mężczyźni przestają być mężczyznami, wiąże się, niestety, także z tym, że kobiety przestają być kobietami. To się jakby zjeżdża. Efekt jest taki, że wchodzi islam z „prawdziwymi mężczyznami”. Chcecie państwo tutaj mieć taką równość? Bo ja nie. Ja chcę mieć w Polsce po prostu kobiety i mężczyzn. Bo tak urządziła to natura, a właściwie Bóg” – perorował polityk.

Na pierwszy rzut oka trudno stwierdzić, jaki związek między urlopem rodzicielskim a islamem widzi Czerwiński. W jego rozumowaniu mężczyzna, który zajmuje się dzieckiem przestaje być mężczyzną – takie bowiem mają być boskie prawa, że mężczyzna dzieci nie niańczy. Unia działa zatem przeciw Bogu i przeciw męskości, i doprowadza do sytuacji, w której w Europie rośnie liczba muzułmanów, bo rozmiękczeni ojcostwem europejscy mężczyźni nie chcą stawać do walki z innowiercami.

Tylko nie wiadomo, jak taka krytyka ojcostwa łączy się z poszanowaniem instytucji rodziny, którą chwali się PiS.

Czerwiński to stary współpracownik Antoniego Macierewicza, należy do założonego w 1997 roku przez obecnego szefa MON  – Ruchu Katolicko-Narodowego. Wcześniej kilkukrotnie startował w różnych wyborach z listy PiS. W 2015 został senatorem z poparcia partii rządzącej. Jest też członkiem klubu parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość.

Po co urlopy dla ojców?

Tymczasem urlopy dla ojców są w Polsce potrzebne. Obecnie mało kto z nich korzysta, co bardzo źle wpływa na sytuację zawodową kobiet.

Urlopy na wychowanie dziecka przewidziane są głównie dla tych rodziców, którzy opłacają składki chorobowe. Przysługuje im kilka rodzajów urlopów (uwaga, to skomplikowane):

  • 20-tygodniowy urlop macierzyński – 14 pierwszych tygodni zarezerwowanych jest dla matki, ale ostatnie sześć rodzice mogą podzielić między sobą. Matki mogą rozpocząć go już sześć tygodni przed porodem (w trakcie jego trwania rodzic otrzymuje pełną pensję),
  • dwutygodniowy urlop ojcowski do wykorzystania w pierwszych dwóch latach życia dziecka,
  • 32-tygodniowy urlop rodzicielski, po zakończeniu urlopu macierzyńskiego, rodzice mogą podzielić się nim na równych prawach (za 60 proc. wynagrodzenia – jeśli matka zdecyduje się wziąć go od razu w połączeniu z urlopem macierzyńskim, przez cały rok będzie otrzymywać 80 proc. pensji).

Po wykorzystaniu powyższych urlopów rodzice mają jeszcze prawo do

  • bezpłatnego 36-miesięcznego urlopu wychowawczego, ale tylko jeśli byli wcześniej zatrudnieni przez co najmniej sześć miesięcy.

Część z tych urlopów jest dłuższa dla rodziców, którym urodziło się więcej dzieci.

W sumie więc ojcowie mogą wziąć w Polsce nawet 24 tygodnie urlopu, ale prawie nigdy z niego nie korzystają – dziećmi zajmują się niemal wyłącznie matki.

Powodów takiej sytuacji jest kilka. W przypadku osób na umowie o pracę największym problemem są niekoniecznie przepisy, a zwyczaje, przekonania dotyczące ról płciowych.



Z badań przeprowadzonych dla Rzecznika Praw Obywatelskich wynika, że ojcowie obawiają się korzystania z urlopów. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej od stycznia do kwietnia 2017 roku tylko 2 tys. mężczyzn skorzystało z urlopu rodzicielskiego (kobiet – 230 tys.). Nawet 2-tygodniowy urlop ojcowski wykorzystało tylko 50 tys. mężczyzn. Oznacza to, że liczba takich przypadków rośnie, ale nadal jest ich bardzo mało.

W ankietach przeprowadzonych dla RPO ojcowie przyznają się do obaw, że wzięcie urlopu na dziecko zostanie uznane za “niemęskie”, czyli niezgodne ze stereotypową rolą mężczyzny wyznawaną przez współpracowników i przełożonych. Innym powodem jest nieświadomość swoich praw.

Błędne koło kobiet

Jest też czynnik ekonomiczny – wobec wyższych zarobków mężczyzn, rodzice często uznają, że bardziej kalkuluje się, by to matka wzięła urlop, a ojciec pracował.

I jest to prawda –  wg danych GUS. Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto kobiety jest aż o 20 proc. mniejsze niż mężczyzny. Ale działa tu mechanizm błędnego koła – kobiety mniej zarabiają, bo mają mniej czasu na pracę, ponieważ muszą zajmować się domem i dziećmi. Praca mężczyzny bardziej się przez to „opłaca”, więc nie korzysta on z urlopów na opiekę nad dziećmi, co sprawia, że tym bardziej więcej czasu poświęcić na to musi kobieta.

Teoretycznie Polska wypada nieźle pod względem nierówności na rynku pracy między kobietami i mężczyznami. Według raportu Women in Work Index 2017 firmy PwC jesteśmy pod tym względem na 9. miejscu wśród krajów OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju skupiająca 35 rozwiniętych gospodarek świata, w tym Polskę).

W szczegółach nie jest już tak dobrze.



Fatalnie wypadamy np. pod względem aktywizacji zawodowej. W 2015 roku pracowało tylko 61 proc. Polek w wieku produkcyjnym. To gorzej niż w 17 krajach. Powodem jest właśnie tak duże obciążenie kobiet odpowiedzialnością za zajmowanie się dzieckiem w pierwszym roku życia. Ale problemy pojawiają się też później.

Polska ma np. zdecydowanie za mało miejsc w żłobkach. W 2016 roku wystarczało ich dla ok. 9 proc. dzieci (93 tys. miejsc). Jesteśmy w samym ogonie Unii Europejskiej. To, w połączeniu z ograniczonym prawem do urlopu tacierzyńskiego, sprawia, że to kobiety muszą częściej rezygnować z pracy, by zająć się dziećmi, co utrudnia im powrót na rynek pracy i obniża zarobki.

Do tego dochodzi wspomniana „praca po pracy”, czyli w domu. Tylko w siedmiu krajach OECD kobiety dłużej zajmują się domem.

Kobiety są dalej od rynku pracy, mimo że teoretycznie byłyby na nim bardziej efektywne, bo są lepiej wykształcone. Wśród kobiet pracujących dominuje wykształcenie wyższe (42,3 proc.). Wśród mężczyzn to tylko ok. 26 proc., dominuje wykształcenie zasadnicze zawodowe (32,1 proc.). Tylko ok. 19 proc. pracownic ma takie wykształcenie.

Rozwiązanie proponowane przez Parlament Europejski może nie być koniecznie najlepsze i rząd może przyjąć inne. Ale powinien jakieś zaproponować. Z muzułmanami nie ma to nic wspólnego.


Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym