"Nie owinę się ani hiszpańską, ani katalońską flagą, myślę że niepodległość to piękny sen, który może okazać się koszmarem. Nie chcę, żeby przepaść pogłębiona przez dyktaturę Franco i rządy Rajoya, która zdaje się nie do przebycia po ostatniej niedzieli, była przeznaczeniem tych dwu narodów" - pisze dla OKO.press Polka mieszkająca od 11 lat w Katalonii

„Jeśli któregoś dnia okaże się, że wszyscy ludzie zamiast po prawej, prowadzą samochody po lewej stronie ulicy, to jakie powinno być rozwiązanie? Wlepić mandaty 5 milionom osób, czy zastanowić się, dlaczego oni to robią i w razie potrzeby, zmienić prawo?” – mówi burmistrzyni Madrytu o konflikcie z Katalonią. To jeden z niewielu głosów rozsądku po hiszpańskiej stronie konfliktu. Ale rząd Hiszpanii woli zdaje się mandaty – pisze Joanna Rosiak, prawniczka, która od 11 lat mieszka i pracuje w Gironie, 100-tysięcznym mieście na północnym wschodzie Katalonii.

„Po raz pierwszy poczułam na własnej skórze co to znaczy katalońska duma w 2004 roku, podczas studiów w ramach Erasmusa. Profesorka wyznaczyła nam jakieś zadanie, mieliśmy podzielić się na grupy. Zaproponowałam kilku koleżankom, by jako Hiszpanki utworzyły razem grupę. I wtedy Nuria rzuciła mi mordercze spojrzenie i wycedziła przez zęby: „ja nie jestem Hiszpanką, jestem Katalonką” – wspomina Joanna Rosiak.

Jej relacja z wydarzeń podczas głosowania w niedzielnym (1 października 2017) referendum niepodległościowym pozwala zrozumieć źródła konfliktu i nastroje Katalończyków przed spodziewanym w poniedziałek (9 października) jednostronnym ogłoszeniem niepodległości Katalonii.

„Napięcie jest odczuwalne, wystarczy mała iskra i zdaje się, że wszystko wybuchnie” – pisze autorka.

Oto pasjonujący zapis dramatycznej i historycznej chwili w dziejach Hiszpanii, Katalonii i pewnie całej zjednoczonej Europy.


„Bon cop de fals” („Mocne uderzenie sierpem”, refren katalońskiego hymnu „Żniwiarze”)

Po raz pierwszy poczułam na własnej skórze co to znaczy katalońska duma w 2004 roku, podczas studiów w ramach Erasmusa, unijnego programu wymiany międzynarodowej studentów. Profesorka wyznaczyła nam jakieś zadanie, mieliśmy podzielić się na grupy. Zaproponowałam kilku koleżankom, by jako Hiszpanki utworzyły razem grupę. I wtedy Nuria rzuciła mi mordercze spojrzenie i wycedziła przez zęby: „ja nie jestem Hiszpanką, jestem Katalonką”.

Po południu, przy piwie, Nuria tłumaczyła dlaczego jej kraj to nie jest Hiszpania. Jakiś czas później na uczelni poznałam Carlosa (Carlesa w wersji katalońskiej) i miłość zaprowadziła mnie do Girony, gdzie mieszkam i pracuję od 2006 roku.

Kiedy zastanawiałam się jak opisać sytuację w Katalonii i jej stosunku do Hiszpanii, zdałam sobie sprawę jak bardzo skomplikowana jest to kwestia. Nie uważam się za eksperta chociaż mieszkam tutaj od wielu lat, mówię doskonale w obu językach i pracuję jako prawnik, co wymaga znajomości obu legislatur. Przedstawię jednak osobiste spostrzeżenia, które wiele mówią.

Było wesoło i beztrosko

Kiedy tu przyjechałam temat niepodległości był czymś marginalnym. Oczywiście, było wiele osób o poglądach takich jak Nuria, ale stanowiły mniejszość. Wszyscy mieli pracę, dobrze zarabiali, wzrost gospodarczy sprawiał, że żyło się wesoło i beztrosko. Banki udzielały kredytów na prawo i lewo, a Hiszpania wydawała obywatelstwo nawet osobom, które nie umiały mówić po hiszpańsku.

W 2008 roku wraz z nadejściem kryzysu ekonomicznego wszystko się zmieniło. Życie wielu osób stało się koszmarem. Kryzys uderzył w sektor budowlany, a potem w sektor turystyczny. Beztroskie życie na kredyt skończyło się jak nożem uciął, masa ludzi została z dnia na dzień bez pracy i szans na pracę.

To właśnie kryzys ekonomiczny sprawił, że w Katalonii doszło do „separatystycznego zamachu stanu”.

Pogrążonym w długach Katalończykom sprzykrzyła się rola tych, którzy płacą do wspólnego budżetu najwięcej, a otrzymują najmniej. W czasie dobrobytu ludzie są solidarni, gdy przychodzi bieda – martwią się najpierw o własny dom, własną rodzinę, a „obcy” schodzą na dalszy plan.

Mamo, jadą, chodźmy do domu!

Pierwsza ogromna celebracja Diady, czyli katalońskiego święta utraty niepodległości, odbyła się 11 września 2012 roku (właśnie – utraty, a nie odzyskania; święto jest obchodzone dla upamiętnienia zdobycia Barcelony przez wojska Burbonów w 1714 roku w czasie wojny o sukcesję hiszpańską. Po zdobyciu miasta zlikwidowano instytucje katalońskie).

Pamiętam, że te czerwono-żółte masy na ulicach Barcelony napawały mnie niesmakiem. Każdy nacjonalizm wydaje mi się błędem: jak można być dumnym z czegoś, na co nie ma się żadnego wpływu? Przecież gdyby ci ludzie urodzili się 200 km na zachód, byliby już Hiszpanami.

Ale Katalonia stawała się coraz bardziej katalońska, nawet partia centro-liberalna Convergencia i Unio dokonała zwrotu w kierunku nacjonalizmu, odpowiadając na „wolę narodu”, a raczej wskakując na niepodległościowego osiołka (symbol Katalonii, w odróżnieniu od hiszpańskiego byka) żeby zyskać dodatkowe poparcie wyborcze. W rezultacie koalicja rządząca składa się z antykapitalistycznej, radykalnej formacji CUP, republikańskiej lewicy ERC oraz CiU, przemianowanej na PdeCAT dla oczyszczenia wizerunku partii ze skandali korupcyjnych.

Politycznie wszystko ich dzieli, łączy jedynie pragnienie niepodległości. To właśnie ta koalicja doprowadziła do formalnie nielegalnego referendum w sprawie niepodległości w niedzielę (1 października 2017).

Od razu, już w niedzielę wieczorem, hiszpański premier Mariano Rajoy powiedział, że referendum się nie odbyło. A ja mogę go zapewnić, że się myli. Może nie było to do końca referendum, ale wydarzyło się coś dużo ważniejszego – naród przeszedł chrzest bojowy.

Czekając na męża stojącego w długiej kolejce do głosowania, rozmawiałam z sąsiadką. Ona bała się wejść do lokalu wyborczego z dziećmi, na wypadek gdyby Policia Nacional wpadła z pałkami, tak jak to wcześniej rano zrobili w Colegi Verd, szkole w innej dzielnicy Girony. Zaproponowałam, że zostanę z dziećmi, żeby mogła zagłosować, ale starszy posłał jej przestraszone spojrzenie i zacisnął mocniej rączkę na jej dłoni.

Ma dziewięć lat i w odróżnieniu od moich smyków już zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. „Mama, jadą, już jadą, chodźmy do domu” –  prosił co chwila. Rzeczywiście, raz po raz migały w jesiennym słońcu granatowe furgony policyjne, w grupach po sześć, siedem. Sąsiadka podziękowała za pomoc: „Spróbuję przyjść po południu, może będzie spokojniej”.

Nie było. Po południu uzbrojone w pałki, hełmy i tarcze oddziały Policia Nacional i Guardia Civil robiły naloty na kolejne lokale wyborcze. W wielu miejscach separatyści już oddali głosy i schowali urny w kościołach, szybach wind, domach prywatnych, a nawet na drzewach! W innych doszło do brutalnych starć w obronie referendum.

W Aiguavivie też biją

Aiguaviva, niewielka wioska siedem kilometrów od Girony. Niedziela referendalna. Mieszkańcy na malowniczym placyku przed lokalem wyborczym, jakieś trzydzieści czy czterdzieści osób w różnym wieku, od młodziaków po babcie, z rękoma uniesionymi do góry krzyczy: „Fora! Fora!” (Precz, precz). Policjanci przez chwilę się wahają, a następnie zaczynają wywijać pałkami na prawo i lewo. Słychać krzyki: Mordercy! Okrzyki bólu, potem ktoś woła: karetka, karetka, dzwońcie na pogotowie!

Odziana w czerń fala policjantów wyważa drzwi lokalu i zabiera zdobycz, wśród płaczu, krzyków, przekleństw i kaszlu spowodowanego użytym przez policję gazem łzawiącym. Osoba, która filmuje wszystko komórką z relatywnie bezpiecznego miejsca po drugiej stronie placyku, płacze. Ktoś obok niej mówi: „Spokojnie, spokojnie, filmuj”.

Katalonia jest okupowana

Hiszpańskie siły policyjne nadal stacjonują w Katalonii. Ludzie ich nienawidzą i wcale się nie dziwię. Ja sama, po tym co zrobili moim sąsiadom w Colegi Verd, szkole, która stała się symbolem oporu przeciwko opresji, mam ochotę im powiedzieć mocne słowa.

Napięcie jest odczuwalne, wystarczy mała iskra i zdaje się, że wszystko wybuchnie.

3 października, strajk generalny w Katalonii. Przeżyłam tu już kilka strajków generalnych zwołanych przez związki zawodowe w ramach protestu przeciwko liberalnej polityce rządów Rajoya. Nie ma porównania. Nikt z moich znajomych nie poszedł tego dnia do pracy, oprócz jednej koleżanki, która zaoferowała się, żeby zapewnić minimalną obsługę klientów. Pracuje w firmie, która zarządza siecią hoteli, jest w siódmym miesiącu ciąży. „I tak nie pójdę na manifestację” – mówi z uśmiechem. – „Nie z takim brzuchem”.

Wszystkie sklepy, biura, zakłady fryzjerskie i kawiarnie pozamykane. Jak w niedzielę. Tylko w centrum ogromna czerwono-żółto-niebieska manifestacja. W Gironie na ulicę wyszło 60 tys. osób. Traktory i kolumny ludzi blokują autostrady. Wśród katalońskich flag widać też hiszpańskie. Media społeczne obiega zdjęcie młodego chłopaka owiniętego hiszpańską flagą i z transparentem:

„Nie jestem za niepodległością, ale nie mogę siedzieć spokojnie w domu, gdy biją moich przyjaciół”.

Mam podobne odczucia. Nie owinę się ani hiszpańską, ani katalońską flagą, myślę, że niepodległość to piękny sen, który może okazać się koszmarem. Nie chcę, żeby przepaść kopana od wielu pokoleń, pogłębiona przez dyktaturę Franco i  krótkowzroczne rządy Rajoya, która zdaje mi się nie do przebycia po ostatniej niedzieli, była przeznaczeniem tych dwu narodów.

Myślę, że w dzisiejszych czasach wszędzie, nie tylko tutaj, należy budować mosty, a nie stawiać mury. Ale zdaję sobie sprawę, że podział, który dokonał się w niedzielę, może okazać się ostateczny.

Ogromna część społeczeństwa domaga się od prezydenta Katalonii Carlesa Puigdemonta jednostronnej deklaracji niepodległości. Dziś, po odprowadzeniu dzieci do szkoły rozmawiałam na ten temat z ojcem jednego z dzieci, jest katalońskim policjantem autonomicznym, Mosso d’Esquadra. – „W poniedziałek będzie deklaracja niepodległości” – mówi.

„Naprawdę tak myślisz?” – Ja mam jeszcze nadzieję, że nastąpi jakiś przełom. Wczoraj coraz głośniej zaczęło się mówić o mediacji Kościoła katolickiego, na pośrednika w rozmowach zaoferowała się również adwokatura katalońska.

„Nie wiem co się stanie, ale musimy być przygotowani na to, że będą aresztowania w parlamencie i że ludzie wyjdą na ulice, żeby bronić swoich przedstawicieli. A my, Mossos, będziemy jak zwykle po środku…” Po chwili dodaje: – „Ale musimy bronić naszego Prezydenta”.

Myślicie, że wojna domowa w jednym z krajów zjednoczonej Europy jest niemożliwa?

Ja też myślałam, że jeśli niedzielne głosowanie będzie przebiegało spokojnie, to policja nie odważy się użyć siły. W poniedziałek miałam atak paniki, kręciło mi się w głowie i brakowało powietrza. Pani, która sprząta w naszym biurze opowiadała mi, że w dzień strajku musiała usiąść na środku chodnika, bo zrobiło jej się niedobrze. Żyjemy w ogromnym napięciu i niepewności.

Propaganda po obu stronach dochodzi do granic rozsądku. Najpierw oglądam hiszpańskie wiadomości, potem katalońskie, potem dzielę wszystkie informacje „na pół”, staram się wyciągać bezstronne wnioski.

W hiszpańskich mediach pojawiła się opinia, że z zamachowcami stanu się nie dyskutuje, że jedynie kiedy Katalonia wróci na legalną drogę rozmowy będą możliwe. Z kolei katalońscy separatyści uważają, że hiszpańskie prawa już ich nie obowiązują i jedynie akty prawne parlamentu autonomicznego są obowiązujące.

Teoretycznie w 48 godzin od ogłoszenia oficjalnych wyników referendum, rząd kataloński zobowiązał się ogłosić niepodległość. Pomimo nacisków, oficjalne wyniki nie zostały jeszcze ogłoszone, choć wiadomo, że ponad 90 proc. głosujących opowiedziało się za niepodległością.

Jestem przekonana, że z wielu względów referendum było nielegalne. Już sama represja policyjna i brak wolności głosu byłoby takim powodem, ale dochodzą jeszcze inne kwestie formalne, których nie będę analizować, bo inni zrobią to lepiej. Niemniej jednak bardzo spodobała mi się metafora użyta przez burmistrzynię Madrytu Manuelę Carmenę. Powiedziała:

„Jeśli któregoś dnia okaże się, że wszyscy ludzie zamiast po prawej, prowadzą samochody po lewej stronie ulicy, to jakie powinno być rozwiązanie? Wlepić mandaty 5 milionom osób, czy też zastanowić się, dlaczego oni to robią i w razie potrzeby, zmienić prawo?”

Niestety, chociaż z lewej strony sceny politycznej wiele głosów nawołuje do dialogu i negocjacji, do zmiany konstytucji i przeprowadzenia legalnego, uzgodnionego referendum, to wydaje mi się, że jedynym scenariuszem rozważanym przez rząd hiszpański jest rozwiązanie siłowe. Manuela Carmena powiedziała też inną bardzo ważną rzecz:

Brak demokracji (odnosząc się do nielegalnych z punktu widzenia konstytucji praw, zatwierdzonych przez parlament kataloński w celu przeprowadzenia referendum) zwalcza się jedynie większą ilością demokracji.

Obawiam się jednak, że brak demokracji w Katalonii postanowiono zwalczyć pałką policyjną.


OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Masz cynk?