W 2016 roku w "obce ręce" poszła rekordowa liczba 6359 nieruchomości o powierzchni nieco tylko mniejszej niż w czasach PO-PSL. Jakim cudem? Bo państwu sprzedawać wolno

„W 2016 roku, w pierwszym roku rządów PiS, sprzedano cudzoziemcom 3 200 hektarów” – mówił w Sejmie poseł Mirosław Maliszewski, domagając się odwołania ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela. Wedle Maliszewskiego, to wielokrotnie więcej niż w ostatnim roku rządów PO-PSL, kiedy cudzoziemcom sprzedano zaledwie 420 hektarów ziemi.

Jednak dokładna lektura raportu MSWiA za 2016 pokazuje, że poseł PSL się pomylił, a za nim inni politycy i portale rolne. Bowiem w 2015 roku, za rządów PO-PSL, cudzoziemcy nabyli nie 420, tylko 3877 hektarów.

W latach 2012-2015 średnio sprzedawano „w obce ręce” 3583 ha. W 2016 roku – mniej, dokładnie 3186 ha.

O ile powierzchnia ziemi zakupionych przez cudzoziemców nieruchomości w 2016 roku spadła w porównaniu z 2015 rokiem (o 18 proc.), to liczba transakcji wzrosła: z 4923 do 5121 (o 5 proc.).

Niestety, w pierwszej wersji tego tekstu, który został  opublikowany przez OKO.press 10 października, przytoczyłam dane podawane przez polityków i portale rolne. Powtórzyłam ich tezę, że rząd PiS sprzedał kilkakrotnie więcej ziemi niż poprzednicy, za co przepraszam.

Z pełnego raportu MSWiA wynika, że większość sprzedanych 3200 ha cudzoziemcom w 2016 roku kupili przede wszystkim nabywcy – osoby prywatne i spółki –  z Niemiec (882 ha) i Holandii (626 ha). Dalej są Cypr (329 ha) i Luksemburg (256) – chodzi tu wyłącznie o spółki tam zarejestrowane.

Ale PSL i tak może zacierać ręce

W 2016 roku sprzedano zatem nieco tylko mniej ziemi większej niż poprzednio liczbie zagranicznych podmiotów. Nie to obiecywało w kampanii wyborczej PiS. Partia zapowiadała całkowite zatrzymanie sprzedaży ziemi cudzoziemcom, a nawet odebranie gruntów przejętych przez „podstawione słupy”.

Politycy PiS, na czele z przyszłym ministrem rolnictwa Krzysztofem Jurgielem, straszyli rolników, że obcy, głównie Niemcy, wykupią im sprzed nosa atrakcyjne grunty. Bo są po prostu bogatsi, więc od maja 2016 roku, kiedy znikał okres ochronny na polską ziemię jaki uzyskaliśmy przy wchodzeniu do Unii, będą masowo wykupywać nasze gospodarstwa.

A polski rolnik, który chciałby zainwestować w powiększenie swojego gospodarstwa, nie będzie miał z nimi szans. Do tego zwolennicy PiS rozsiewali alarmistyczne opowieści jak to różne słupy, spółki-córki z kapitałem zagranicznym już wcześniej wykupywały polską ziemię niby to jako polskie firmy, a faktycznie obce. PiS obiecywało, że się z tym procederem rozprawi kiedy tylko zdobędzie władzę.

PiS zablokował sprzedaż ziemi polskim rolnikom

I faktycznie, po utworzeniu rządu – PiS szybko przygotował i przegłosował w Sejmie ustawę o ziemi, która miała uniemożliwić sprzedaż gruntów cudzoziemcom. Przede wszystkim uniemożliwiła ona jednak nabywanie ziemi polskim rolnikom. Wprowadziła takie ograniczenia dla nabywców, że obrót ziemi praktycznie zamarł, a nasza rozdrobniona struktura agrarna ulega zamrożeniu.

Na pięć lat zawieszono w ogóle sprzedaż ziemi z zasobów państwowych, a państwowej Agencji Nieruchomości Rolnych dano gigantyczne prawo ingerowania w prywatny obrót ziemią. Drastycznie zawężono liczbę potencjalnych nabywców. Nabywca musi:

  • być rolnikiem;
  • „osobiście prowadzić gospodarstwo rolne” i to przez minimum pięć lat (żadne tam dzierżawy);
  • musi mieć ziemię w tej samej gminie;
  • nabywcą, czyli rolnikiem, może być tylko osoba fizyczna, nie może to być spółka osób fizycznych np. syn z ojcem, osoba prawna albo spółka osób prawnych, co wyklucza praktycznie wielkich dzierżawców;
  • po kupnie nabywca musi przez minimum 10 lat osobiście prowadzić gospodarstwo. Nie może go ani sprzedać, ani wydzierżawić (z tego nakazu może go zwolnić jedynie sąd  i tylko wówczas jeśli konieczność zbycia wynika „z przyczyn losowych, niezależnych od nabywcy”).

Słupów ni widu, ni słychu

PiS w kampanii obiecywał, że odbierze ziemię nabytą „na słupy”. W raporcie MSWiA nie ma jednak ani jednego przypadku odebrania ziemi.

Nadal obowiązuje prawo, zgodnie z którym spółka-córka zagranicznego podmiotu, w której mniej niż połowę stanowi kapitał zagraniczny jest firmą polską i miała prawo kupować ziemię.

Ustawa spowodowała, że nie tylko rolnicy mają trudności z nabyciem ziemi – ona wyeliminowała z kręgu nabywców także developerów, inwestorów budowlanych. Zgodnie z ustawą wszystkie grunty, na które nie ma planów zagospodarowania przestrzennego są uznawane za rolne. A takich planów nie ma 70 proc. gruntów w kraju.

A przecież wicepremier Morawiecki zapowiedział wielkie inwestycje, gdzieś np. ten zakład Mercedesa trzeba postawić.

Małe działki inwestycyjne

Z raportu MSWiA wynika, że w obce ręce przeszły w zdecydowanej większości małe działki inwestycyjne. W 2016 roku wielkość średniej działki wyniosła 0,61 ha. W 2015 roku było to 0,79 ha. Dlatego spadła łączna powierzchnia, a jednocześnie wzrosła liczba nabywców z zagranicy.

Jak to możliwe skoro PiS wprowadził zakaz sprzedaży działek rolnych powyżej trzech tysięcy metrów kwadratowych, czyli 0,3 ha? Ano możliwe. Bo zakaz dotyczy tylko ziemi prywatnej. Jej właściciel nie może sprzedać ziemi o większym areale bez zgody szefa Krajowego Ośrodka Wspierania Rolnictwa (instytucja, którą powołał PiS łącząc Agencję Nieruchomości Rolnej z Agencją Rynku Rolnego).

Ale PiS sprytnie wyłączył z tego państwową ziemię (wchodzącą w skład Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa). Tutaj wprowadzono wyjątek i działkę do dwóch hektarów można sprzedać.

Dzięki temu uwolniono ziemię pod inwestycje, a jednocześnie zagwarantowano budżetowi dopływ pieniędzy ze sprzedaży.

Inne są więc przepisy dla osób prywatnych, a inne dla państwowego właściciela, który nie pytając nikogo o zgodę może cudzoziemcom sprzedać ile zechce.

Mamy w kraju ponad 18 mln hektarów gruntów rolnych, te 3200 sprzedanych cudzoziemcom hektarów to kropelka w morzu. Ta sprzedaż nie ma większego znaczenia. Poza tym, że obnaża obłudę partii rządzącej.


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym