Minister Morawiecki chce przekazać 75 proc. środków z OFE do Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego. Brzmi dobrze? Tylko brzmi. To prezent dla korporacji finansowych, które będą mogły już na stałe przejąć publiczne środki - nawet 130 mld zł. Skutki? Bieda i niepewność emerytów, dług państwa i gigantyczne zyski dla elit politycznych i finansowych

„Środki zgromadzone na OFE chcemy w ogromnej większości sprywatyzować. Przekazać je ludziom, tym osobom, na których kontach są zapisane” – mówił w sierpniu 2017 roku wicepremier Mateusz Morawiecki.

To element Programu Budowy Kapitału zaprezentowanego przez Morawieckiego w 2016 roku. Zakłada on m.in. zmiany w systemie emerytalnym. 75 proc. aktywów OFE ma trafić na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Pozostałe 25 proc. trafi do Funduszu Rezerwy Demograficznej, którym będzie zarządzać Polski Fundusz Rozwoju – państwowa instytucja finansowa.

Inną zmianą ma być stworzenie pracowniczych planów kapitałowych (PPK) opartych na dodatkowej składce odprowadzanej od pensji. Pomysł na PPK jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny: pracownicy zostaną obarczeni nową składką, a funduszami docelowo będą zarządzać – i inkasować za to prowizję – prywatne instytucje finansowe. O tym pomyśle, który ubrany w marketingową otoczkę budowania oszczędności Polaków wciąż nie zyskuje należnego rozgłosu, będziemy jeszcze pisać.

Tymczasem pomysł Morawieckiego na drugi filar – przekształcenie Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (PTE) w Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI) – czyli owo „przekazanie pieniędzy ludziom” z pozoru brzmi dobrze. Tylko brzmi, bo jeśli przyjrzeć się szczegółom, możliwe konsekwencje mrożą krew w żyłach.

Zdaniem prof. Leokadii Oręziak, wybitnej ekspertki od systemów emerytalnych, to po prostu ostateczne oddanie naszych publicznych pieniędzy rynkom finansowym.

Opłać abonament na wolność słowa

Zarządzający TFI będą bawić się w finansową ruletkę i inkasować prowizję, a wszelkie ryzyko pokryje przyszły emeryt. I nic już z tym nie zrobimy – prawie 140 mld zł z naszych składek nieodwracalnie trafi w ręce finansistów. To, co zostanie po wszystkich prowizjach, spadkach na giełdzie i kryzysach finansowych na własne oczy zobaczymy dopiero na emeryturze, o żadnym „oddaniu pieniędzy ludziom” nie może być mowy.

„To bezprecedensowa, nie tylko w dziejach Polski, operacja sprywatyzowania publicznych pieniędzy” – pisze profesor.

Wczasy w ciepłych krajach? Tylko dla prezesów

Prywatyzacja systemu emerytalnego trwa w Polsce od 1999 roku. Reforma emerytalna przeprowadzona przez rząd Jerzego Buzka polegała na stworzeniu Otwartych Funduszy Emerytalnych, które miały zarządzać połową pieniędzy, które ze składek emerytalnych trafiały do ZUS-u. Warto przypomnieć, że zwolennikami reformy byli zarówno politycy dzisiejszej PO jak i PiS.  Zmieniono podstawową zasadę działania systemu emerytalnego – formułę zdefiniowanego świadczenia zmieniono na zdefiniowaną składkę. Oznacza to, że wysokość emerytury uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych przez ubezpieczonego – podobny system funkcjonuje tylko w kilku krajach europejskich.

Kilkanaście lat funkcjonowania OFE potwierdziło obawy krytyków. OFE stały się głównym źródłem przyrostu długu publicznego. Skoro bowiem kierowano do nich ponad 40 proc. składki emerytalnej, pula pieniędzy, którą dysponował ZUS na wypłatę bieżących emerytur znacząco się zmniejszyła. Ten dług wygenerowany przez OFE pod koniec 2013 roku wyniósł 300 mld złotych.

Doszło do absurdu, bo państwo – aby w ogóle moc wypłacać emerytury – musiało zadłużać się w samych OFE. Innymi słowy,

publiczne pieniądze płynęły w tę i z powrotem przez wielkie prywatne instytucje finansowe, które nieźle zarabiały na całej operacji.

Do tego inkasowały „opłatę za zarządzanie” pieniędzmi emerytów, a ustawodawcy z początku nie określi górnego limitu tych prowizji. Dopiero w 2004 roku wprowadzono górny limit opłaty (7 proc składki). W 2009 roku limit zmniejszono do 3,5 proc. składki, a od 2014 roku OFE mogą pobierać maksymalnie 1,75 proc. Efekt?  Instytucje zarządzające OFE – w większości wielkie zagraniczne korporacje finansowe – pobrały ponad 19 mld zł samych opłat właściwie za nic (30 mld z uwzględnieniem inflacji). Ten skandal trwał latami i obciąża zarówno SLD, jak i PiS i PO.

W 2013 roku Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało przegląd działania systemu emerytalnego od 1989 roku. Okazało się, że od początku istnienia OFE osiągane przez nie stopy zwrotu były niższe od waloryzacji kont w ZUS, a także od wyników Funduszu Rezerwy Demograficznej. A trzeba przypomnieć, że kryzys 2008 roku obszedł się z Polską wyjątkowo łagodnie m.in. dzięki napływowi środków unijnych. Następnym razem nie będzie tak wesoło.

„Kradzież” AD 2014, czyli ratowanie przed krachem

Obciążenie, jakie stanowiło dla państwa OFE, stało się niemożliwe do utrzymania. W 2014 rząd Tuska przeniósł do ZUS-u ponad połowę środków zgromadzonych w OFE, a większość członków funduszy zrezygnowała z przekazywania do nich składki (nie bez znaczenia był fakt, że była to domyślna opcja). Ponadto zmniejszono część składki emerytalnej przekazywaną do OFE i wprowadzono tzw. „suwak bezpieczeństwa”, który zakłada stopniowe przenoszenie środków z OFE do ZUS-u w ciągu 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Częściowo chroni to emerytów przed ryzykiem związanym np. z kryzysem finansowym i spadkiem cen papierów wartościowych na giełdzie.

Ta zmiana wywołała społeczny sprzeciw, który miał też konsekwencje polityczne.

Na fali oburzenia część najbardziej wolnorynkowych wyborców PO poparła nowo powstałą Nowoczesną.

Decyzja rządu była jednak nieunikniona, nawet jeśli powstało wrażenie zerwania kontraktu społecznego (choć można argumentować, że kontrakt ten w istocie zerwano już w 1999 roku). System był po prostu niemożliwy do utrzymania. Do dziś jednak funkcjonuje przekonanie o „kradzieży” środków z OFE przez rząd, pomimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który w 2015 roku ostatecznie orzekł, że rząd miał do swojej decyzji pełne prawo.

140 mld do wzięcia

W OFE pozostaje jednak prawie 175 mld złotych. Te pieniądze wciąż mogą w dużej części wyparować w wyniku kryzysu finansowego i wciąż są źródłem stałych dochodów dla pobierających opłaty korporacji finansowych. Są jednak środkami publicznymi i państwo ma nad nimi elementarną kontrolę. Można też było – przynajmniej teoretycznie – wykorzystać te środki do odbudowy systemu solidarnościowego.

Można było, ale nie będzie można, bo projekt Morawieckiego zakłada, że trzy czwarte tych środków trafi na stałe do korporacji finansowych.

Formalna zmiana PTE w TFI nie ma tutaj większego znaczenia, poza tym, że politycy mogą wykorzystać tę zmianę, by przy okazji zdobyć większy wpływ swojego środowiska na nowo powstałe fundusze i ulokować w nich „swoich ludzi”. Takie wymuszane przez władzę „partnerstwo publiczno-prywatne” jest charakterystyczne dla państw zdominowanych przez jedną partię, która szuka finansowego oparcia w biznesie.

Jak wskazuje profesor Oręziak nowe instytucje będą mogły brać opłaty za zarządzanie aktywami, lokować je według własnego uznania, narażając pieniądze na liczne defraudacje, trudne do skontrolowania przez władze publiczne.

Całe ryzyko będzie ponosił emeryt, a „jego emerytura będzie narażona na spadki giełdowe i kryzysy finansowe i nie podlegałaby jakiejkolwiek waloryzacji.”

To dokładnie z tego powodu Lech Kaczyński zawetował w 2009 roku ustawę o funduszach dożywotnich emerytur kapitałowych. Prezydent przypomniał wówczas, że „w demokratycznym państwie prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej najważniejszym beneficjentem systemu musi być ubezpieczony.” Teraz pomysł wraca opakowany w narrację o „przekazywaniu pieniędzy Polakom” i „budowaniu kapitału narodowego”. Efekt będzie jednak  dokładnie taki sam: bieda i niepewność emerytów, dług państwa i pewne zyski dla elit finansowych.

artykuł „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” prof. Leokadii Oręziak ukazał się w zbiorze „Ekonomia polityczna dobrej zmiany” pod redakcją Michała Sutowskiego.

Abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym