Pomysł minister Zalewskiej. Szkoła jako poradnia psychologiczna, nauczyciel jako terapeuta. Bez zgody rodziców
MEN zapowiada poprawę opieki nad dziećmi ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Ale rewolucyjne zmiany, które zapowiada Anna Zalewska, przerzucają nadmierną odpowiedzialność na szkoły. Mogą doprowadzić do zmniejszenia liczby dzieci objętych pomocą, a rodzicom odebrać prawo głosu w sprawie ich dzieci
Teraz jest tak: jeśli dziecko ma poważniejsze kłopoty z nauką czy ze sobą, rodzice, najczęściej w kontakcie ze szkołą, idą z nim do poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie uzyskują pomoc oraz orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Szkoła ma je zorganizować zgodnie ze wskazaniami poradni.
Projekt rozporządzenia minister Zalewskiej "w sprawie pomocy psychologiczno-pedagogicznej w publicznych przedszkolach, szkołach podstawowych i ponadpodstawowych oraz placówkach" (z 20 kwietnia 2017) odwraca ten porządek: uczeń ma być diagnozowany w szkole (przy czym dyrektor nie musi tego konsultować z rodzicami), a dopiero potem - o ile szkoła uzna to za wskazane - kierowany do poradni.
Ten "nowy model systemu poradnictwa psychologiczno-pedagogicznego", obecnie w konsultacjach społecznych, zakłada zatem:
- przerzucenie diagnostyki potrzeb i problemów ucznia z poradni psychologiczno-pedagogicznych na nauczyciela;
- wprowadzenie obserwacji jako podstawowej metody diagnostycznej;
- możliwość odebrania rodzicom prawa do decydowania o rodzaju opieki nad dzieckiem w szkole;
- oddanie dyrektorom decyzji o wsparciu dla dziecka - w razie problemów może, ale nie musi skierować dziecko do poradni;
- ograniczenia pomocy psychoterapeutycznej, terapii rodzinnej itp.
Diagnoza niefachowa, na oko
Propozycje budzą wątpliwości ekspertów, między innymi tych ze związku zawodowego Rada Poradnictwa (ich krytyka - tutaj). Skąd bowiem pewność, że szkoła będzie w stanie rozpoznać problem dziecka, zdiagnozować go i podjąć odpowiednie wsparcie? Przecież w wielu placówkach nie ma nawet psychologa szkolnego.
Według raportu Polskiego Towarzystwa Psychologicznego w 2015 roku w ok. 30 tys. polskich szkół zatrudnionych było 9648 psychologów szkolnych (aż 94 proc. to kobiety), w tym tylko 58 proc. na cały etat. W dodatku psycholożki poświęcają swój czas pracy m.in.: na dyżury, zastępstwa, pracę z dokumentami.
W nowym systemie ”wiele dzieci zostanie przeoczonych, bo mieszczą się w szeroko pojętej normie, choć borykają się z problemami, których przy obserwacji - jako podstawowym narzędziu diagnozy - nie sposób wychwycić" - twierdzi Rada Poradnictwa.
Kiedy nauczyciel już postawi diagnozę, dyrektor może, ale nie musi skierować ucznia do poradni. To z kolei może oznaczać, że dziecko nie dostanie potrzebnego wsparcia.
"Zagrożeniem jest też zawężenie diagnostyki, którą ma się zajmować poradnia, wyłącznie do wskazanego przez szkołę problemu - to tak, jakby lekarz, wiedząc, że pacjent ma zapalenie płuc, mógł leczyć tylko przeziębienie. A nauczyciel, nawet mając dobre intencje, może wyciągnąć niepoprawne wnioski" - mówi OKO.press Ewa Tatarczak, przewodnicząca Rady Poradnictwa.
Problem dużej skali
Problem jest dużej skali, bo definicja "specjalnych potrzeb" obejmuje:
- niepełnosprawność,
- niedostosowanie społeczne,
- zaburzenia zachowania i emocji,
- specyficzne trudności w uczeniu się,
- deficyt kompetencji i zaburzenia sprawności językowych,
- przewlekłą chorobę,
- sytuację kryzysową lub traumatyczną,
- niepowodzenia edukacyjne,
- zaniedbania środowiskowe,
- trudności adaptacyjne związane z wcześniejszym kształceniem za granicą,
- a nawet szczególne uzdolnienia.
Szacuje się, że specjalne potrzeby edukacyjne - i to tylko te związane z niepełnosprawnością fizyczną, psychiczną lub umysłową - ma ok. 150 tys. uczniów/uczennic. Według GUS idzie tu o grupy z upośledzeniem umysłowym w stopniu lekkim (26 proc.), niepełnosprawnościami sprzężonymi - kilka na raz (19 proc.), autyzmem (14. proc.), upośledzeniem umysłowym (13 proc.), niepełnosprawnością ruchową (11 proc.).
Większość z tych dzieci uczy się w ogólnodostępnych szkołach. Do szkoły specjalnej chodzi co trzecie dziecko w podstawówce i połowa w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. W Polsce funkcjonuje 574 publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych, co oznacza, że na jedną przypada 261 uczniów niepełnosprawnych i znacznie więcej tych ze specjalnymi potrzebami.
Rodzice bez prawa głosu
Co gorsza, działania wobec dziecka z trudnościami mogłyby być podejmowane bez wiedzy i zgody rodzica. Zgoda rodziców jest bowiem wymagana (par. 4) dopiero gdy "w wyniku udzielanej uczniowi pomocy psychologiczno-pedagogicznej nie następuje poprawa" i dyrektor "może wystąpić do publicznej poradni".
Zgoda rodziców nie jest konieczna dopóki diagnoza i pomoc odbywa się w samej szkole.
Paragraf 20 ust. 3 stanowi: "W przypadku stwierdzenia, że uczeń ze względu na potrzeby rozwojowe lub edukacyjne oraz możliwości psychofizyczne wymaga objęcia pomocą psychologiczno-pedagogiczną", nauczyciel "niezwłocznie udziela uczniowi tej pomocy w trakcie bieżącej pracy z uczniem". Musi o tym poinformować wychowawcę klasy (a w przedszkolu - dyrektora), oni zaś informują innych nauczycieli.
O roli rodziców - ani słowa. "Takie rozwiązanie spowoduje, że prawa rodziców będą łamane, a co za tym idzie - prawa dziecka również. Nic nie zwalnia nas z uszanowania podmiotowości rodziców dziecka" - alarmuje Ewa Tatarczak.
Przeczytaj także:
Rada Poradnictwa stawia podstawowe pytania dotyczące projektu MEN i Ośrodka Rozwoju Edukacji:
- Czy wprowadzany system rzeczywiście jest korzystny dla dziecka?
- Ile dodatkowej pracy będą mieli nauczyciele, którzy w klasie mają wielu uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi?
- Jak będą sobie radzić z diagnozą i samodzielnym prowadzeniem wsparcia dzieci?
- Czy mając za zadanie uczyć powinni zajmować się diagnozą i pomocą psychologiczną?
MEN wspak, czyli najpierw rozporządzenia
"Projekt zakłada przeniesienie oceny funkcjonowania dziecka z poradni psychologiczno - pedagogicznych na teren szkół, a także odejście od dotychczasowego modelu określania potrzeb ucznia na podstawie diagnozy klinicznej i badań standaryzowanych w poradni na rzecz oceny według tzw. klasyfikacji ICF" - mówi pracująca z młodzieżą autystyczną dr Joanna Ławicka, prezeska fundacji Prodeste.
Zgodnie z klasyfikacją ICF, niepełnosprawność to wielowymiarowe zjawisko o charakterze biopsychospołecznym, wynikające z interakcji między ludźmi, na które wpływ ma zarówno „dysfunkcja”, jak i otoczenie fizyczne, a także społeczne. MEN zapewnia, że dostarczy nauczycielom w szkołach narzędzia do oceny funkcjonowania uczniów, zgodnie z tą klasyfikacją - mówi Ławicka, ale dodaje, że
MEN zaczyna jednak od rozporządzenia, a potem będzie sprawdzać, jak działa nowe rozwiązanie. Powinno być na odwrót.
Dr Ławicka podaje przykład Finlandii, gdzie nowe narzędzia edukacyjne najpierw wprowadza się w ramach eksperymentów edukacyjnych, sprawdza ich skuteczność w wybranych placówkach, wdraża na szerszą skalę, a dopiero kiedy wiadomo, że reforma nie pociągnie za sobą niekorzystnych zmian dla dzieci - wprowadza się ją na skalę ogólnokrajową.
Zanim to nastąpi nauczyciele biorą udział w systemie dokształcania, co w obecnej zmianie byłoby szczególnie wskazane, skoro nauczyciel ma być kimś w rodzaju terapeuty.
Anna Zalewska zapowiada, że „orzekanie i opiniowanie ma przede wszystkim służyć dzieciom i ich rodzicom, ale musi też wspierać nauczyciela”. Trudno zrozumieć, w jaki sposób zmiany, które mogą wejść wejdą w życie 1 września, mają owo wsparcie zapewniać.

Komentarze