Rząd przyjął reformę nauki przygotowaną przez wicepremiera Gowina. Już wiadomo, że obiecany przez Gowina mechanizm podnoszenia pensji naukowcom nie wejdzie w życie.

Na posiedzeniu komisji edukacji i nauki w Sejmie 22 marca 2018 przedstawiciele rządu informowali posłów i gości o wysokości zarobków w nauce (dokładnie streścił posiedzenie PAP tutaj, było na niej także OKO.press).

Według wiceministra nauki Piotra Müllera zarobki naukowców obecnie wyglądają następująco:

minimalne pensje wynikające z rozporządzenia ministra (brutto)

5 tys. 390 zł profesor zwyczajny,

4 tys. 605 zł dr hab., profesor uczelni,

3 tys. 820 zł adiunkt,

3 tys. 025 zł starszy wykładowca,

2 tys. 450 zł asystent.

Politolog prof. Radosław Zenderowski opublikował na Facebooku tabelkę z zarobkami minimalnymi, zestawiając je m.in. z pensją minimalną krajową oraz minimalną pensją pracownika „Biedronki” (o 200 zł netto wyższą od wynagrodzenia asystenta).

Komentarza chyba nie trzeba.

Opublikowany przez Radosław Zenderowski na 22 marca 2018

W uczelniach podlegających ministerstwu nauki (a więc np. z wyłączeniem artystycznych, medycznych czy wojskowych) według wiceministra naukowcy zarabiają jednak wyraźnie więcej, niż stawki minimalne z rozporządzenia ministra.

Według wiceministra nauki „przeciętne wynagrodzenie realne” wynosi (znów brutto):

* 10 tys. 290 zł – profesorów zwyczajnych,

* 6 tys. 516 zł – adiunktów,

* 3 tys. 943 zł – asystentów i lektorów.

Te liczby, jak wskazywali w wielu dyskusjach naukowcy, są jednak znacznie wyższe od tego, ile się naprawdę na polskich uczelniach zarabia. Wynika to z tego, że ministerstwo wlicza do średniej wszystkie dodatki, nadgodziny, nagrody i 13. pensje.

Wysoka średnia to również efekt wliczania do niej bardzo wysokich zarobków wąskiej grupy naukowców na uczelniach publicznych. Oto przykłady.

Na stronie internetowej Sejmu można znaleźć np. oświadczenie majątkowe posła Włodzimierza Nykiela (PO), profesora prawa na Uniwersytecie Łódzkim i byłego rektora (2008-2016).

Z oświadczenia wynika, że prof. Nykiel tylko na uniwersytecie zarobił w 2016 roku blisko 400 tys. zł. Dane podawane przez ministerstwo mogą więc być technicznie prawdziwe – ale średnią mogą windować w górę zarobki niewielkiej grupy najlepiej opłacanych pracowników. Przeciętne zarobki – nie średnia, tylko mediana (definicja tutaj) – w takiej sytuacji mogą być znacznie niższe.

Zarobki są kluczową sprawą dla naukowców – ale także dla reformy, którą w nauce polskiej chce przeprowadzić wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin. Mówił on wielokrotnie, że reforma m.in. ma zapobiec emigracji naukowców z Polski i zmotywować ich do konkurowania z najlepszymi (w tym np. do publikowania w czasopismach o międzynarodowej renomie).

Umowa, którą proponował minister Gowin naukowcom, da się sprowadzić do prostej transakcji: więcej pieniędzy za więcej pracy – a w każdym razie za taką pracę, której efekty widać w międzynarodowych rankingach.

Gowin będzie ustalał podwyżki…

We wtorek 20 marca projekt reformy przyjął rząd. Wcześniej jednak okazało się, że

ministerstwo finansów odrzuciło zasadniczy mechanizm podwyżek płac, który zaproponował Gowin.

Miały one być powiązane ze średnią płacą w gospodarce. Zamiast tego pensje pracowników akademickich powiązano z minimalnym wynagrodzeniem profesora, ustanawianym rozporządzeniem ministra.

W komisji sejmowej 22 marca wiceminister Müller przekonywał, że w praktyce podwyżki i tak będą zapowiadanej wcześniej wysokości.

W przyszłym roku np. „kwota bazowa” dla profesora ma wzrosnąć z 5 tys. 390 zł do 6 tys. 331 zł, a dla dr. hab. profesora uczelni – do 5 tys. 275 zł (z 4 tys. 605 zł dzisiaj).

Podczas posiedzenia naukowcy przekonywali posłów, że podwyżka jest konieczna, bo najlepsi absolwenci zarabiają dziś zaraz po studiach lepiej od profesorów, a przyszli naukowcy myślą głównie o wyjeździe z kraju.

„Mamy mnóstwo zdolnych ludzi. Ci ludzie nie zostaną na uczelniach. To kto będzie uczył tych najzdolniejszych?” – mówił prof. Jan Szmidt, rektor Politechniki Warszawskiej.

…ale pieniędzy nie ma

19 marca wicepremier Gowin mówił o podwyżkach w programie internetowym „Money. To się Liczy”, publikowanym przez gospodarczy portal Money.pl (tutaj).

Gowin powiedział: „Rozmawialiśmy o tym wzroście nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe. Kwestie podwyżek na razie odłożyliśmy”.

Wicepremier zapewnił, że podwyżki będą, ale „za wcześnie, aby dzisiaj wyrokować, jakie”. „Zobaczymy, jak będzie się rozwijać nasza gospodarka, jaka będzie realizacja budżetu” – dodawał.

Nie przeszkadzało mu to w następnych zdaniach obiecywać zwiększenia wymagań wobec absolwentów i pracowników naukowych, ponieważ – jak twierdził wicepremier – „prestiż polskich dyplomów spadł”.

Na konferencji prasowej 20 marca wicepremier zachwalał wzrost nakładów na naukę obiecywany przez rząd Morawieckiego (700 mln z budżetu, 3 mld ze specjalnie wyemitowanych obligacji wydanych z okazji reformy).

Gowin obiecał, że podwyżki będą: „o tym zadecyduje rząd w drugiej połowie roku”.

Jest to pierwsza przegrana wicepremiera w nadchodzącej bitwie o kształt ustawy reformującej polską naukę. Nie jest tajemnicą, że zmiany mają wielu przeciwników w samym PiS (napiszemy o politycznych grach wokół ustawy wkrótce).

Na razie jednak Gowin oddał to, co przyszło mu najłatwiej, i co zarazem miało zasadnicze znaczenie dla naukowców – obietnicę podwyżek i stałej indeksacji płac, aby przynajmniej nie spadały w stosunku do średniej krajowej.


Historyk i socjolog, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym