0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.plFot. Robert Robaszew...

OKO.press zapytało dr hab. Annę Zachorowską-Mazurkiewicz, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania o to, jak rozwiązać problem nieodpłatnej pracy w rodzinie – opieki nad jej najmłodszymi i najstarszymi członkami i innych koniecznych prac wykonywanych w domu. Badaczka mówi o tym, jak długo ta nieodpłatna praca była uważana po prostu za obowiązek – głównie kobiet – i jak trudno współcześnie pogodzić ją z pracą zarobkową. Podkreśla też, że nie można z niej całkowicie zrezygnować na rzecz np. rynku. Zdaniem prof. Zachorowskiej-Mazurkiewicz ważne jest, żeby zaistniała równowaga pomiędzy relacjami i wzajemnościami w rodzinie, rynkiem i wsparciem państwa.

Anna Jurek: Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego PAN, praca to: „Systematyczne wykonywanie określonych czynności w celach zarobkowych”. Praca wiąże się z wynagrodzeniem, rynkiem, gospodarką. Ta definicja nie obejmuje pracy nieodpłatnej, opiekuńczej, emocjonalnej. Czy potrzebujemy szerszej definicji pracy?

Dr hab. Anna Zachorowska-Mazurkiewicz, : Podział na pracę zarobkową i pracę wykonywaną w domu pojawił się stosunkowo niedawno, razem z rewolucją przemysłową. Wcześniej te obszary życia były ze sobą dużo bardziej połączone. Dopiero przeniesienie pracy do manufaktur i fabryk stworzyło wyraźny podział między sferą rynku a sferą domu. Ten podział bardzo mocno wpłynął także na role kobiet i mężczyzn. Praca kobiet poza domem często wiązała się z brakiem bezpieczeństwa i ryzykiem przemocy. Dlatego w wielu rodzinach pojawił się model, w którym kobieta zostaje w domu i zajmuje się opieką, a mężczyzna pracuje zarobkowo i utrzymuje rodzinę. To właśnie wtedy utrwalił się wzór mężczyzny jako „żywiciela rodziny” — oraz przekonanie, że praca wykonywana w domu nie jest „prawdziwą pracą”.

W „Bogactwie Narodów” (1776) Adam Smith pisze o pracy kobiet wykonywanej w domu, nazywając ją jednak obowiązkami, nie pracą. Ta książka jest bardzo ważna dla ekonomistów, bo właśnie na ten czas datujemy powstanie ekonomii jako dyscypliny naukowej. U Smitha czytamy o nowych warunkach panujących w społeczeństwie, o stosunku pracy i rozróżnieniu pracy produktywnej od nieproduktywnej. Ta pierwsza dotyczy wytwarzania produktu, który można spieniężyć na rynku, ta druga wytwarza co prawda produkt, np. w postaci ugotowanej zupy, czy uszytego ręcznie ubrania, ale ten produkt zostaje w domu, nie można było go sprzedać lub kupić.

Potrzebujemy zatem uwzględnienia tych osób, które pracę wykonują, ale nie są za nią ani doceniane, ani wynagradzane?

Klasyczna ekonomia opiera się na trzech podstawowych zasobach: ziemi, kapitale i pracy. Ziemia oznacza czynniki produkcji pochodzące z natury — m.in. bogactwa naturalne, kapitał — dobra wykorzystywane w procesie produkcji, takie jak maszyny, fabryki, czy komputery, a praca — ludzi wykonujących określone zadania. Przez długi czas pojęcie pracy ograniczano jednak głównie do pracy płatnej, wykonywanej na rynku. Tymczasem ogromna część działań niezbędnych do funkcjonowania gospodarki odbywa się poza nim — w gospodarstwach domowych. Ekonomia feministyczna zwróciła uwagę na tzw. pracę reprodukcyjną, czyli działania związane zarówno z wychowywaniem kolejnych pokoleń, jak i podtrzymywaniem życia osób już funkcjonujących na rynku pracy. To m.in.: gotowanie, sprzątanie, opieka, organizowanie codzienności, czy dbanie o relacje społeczne.

Jednym z najważniejszych wkładów ekonomii feministycznej było nazwanie tych działań pracą — i podkreślenie, że jest to praca nieodpłatna.

Same czynności oczywiście istniały wcześniej, ale przez długi czas nie były traktowane jako pełnoprawny temat ekonomiczny.

Pierwsze feministyczne analizy dotyczące pracy nieodpłatnej pojawiały się już w latach 70. XX wieku, jednak do głównego nurtu debaty ekonomicznej temat ten zaczął przebijać się znacznie później. Dziś coraz częściej mówi się o pracy nieodpłatnej jako o realnym problemie ekonomicznym i społecznym.

Dużą rolę odegrała tu pandemia COVID-19. Kiedy życie zawodowe i prywatne przeniosło się do domów, wiele osób po raz pierwszy zobaczyło skalę pracy wykonywanej każdego dnia w gospodarstwach domowych — pracy koniecznej, ale często niewidzialnej.

W jednym z raportów OECD czytamy, że „recesja towarzysząca pandemii COVID-19 była często określana mianem “shecession” (od „ona” i „recesja”), bo implikowało nieproporcjonalnie negatywne skutki dla kobiet. Kryzys ten można by jednak trafniej nazwać “momcession” (od „mama” i „recesja), ponieważ szczególnie uderzał w matki. Badanie OECD „Risks that Matter” z 2020 roku przedstawia międzynarodowe dowody na to, że gdy szkoły i placówki opieki nad dziećmi zostały zamknięte, matki ponosiły ciężar dodatkowej nieodpłatnej pracy opiekuńczej – a w konsekwencji doświadczały kar i stresu na rynku pracy”. Kobietom znowu oberwało się bardziej?

Tak. Ale nasi partnerzy, mężowie, politycy, którzy też zostali w domu, zobaczyli skalę tej pracy. Stała się ona także tematem badań i analiz.

Warto pamiętać, że już w drugiej połowie XX wieku Gary Becker i ekonomiści związani m.in. z Uniwersytetem w Chicago zaczęli analizować funkcjonowanie gospodarstw domowych i dostrzegać, że określone obowiązki wykonują głównie kobiety. Jednak przez długi czas unikano nazywania tych działań pracą. Opisywano je raczej jako obowiązki domowe, czy aktywności przynoszące „niepieniężne korzyści”, uznając, że kobiety czerpią satysfakcję z tej pracy lub sugerując, że są one przede wszystkim indywidualnym wyborem kobiet.

Nie widząc, w jaki sposób stereotypy na temat płci kształtowały ich myślenie o tym, kim jest kobieta, a kim mężczyzna, także na rynku pracy. Wybory kobiet nie były wolne, były konsekwencją systemu społecznego i ekonomicznego, według którego działał rynek, na którym główne skrzypce grali mężczyźni.

To właśnie ekonomia feministyczna zakwestionowała sposób myślenia, według którego praca wykonywana w domu jest po prostu „naturalnym obowiązkiem” kobiet, a nie realną pracą podtrzymującą funkcjonowanie całej gospodarki. Pokazała również, że tę pracę można analizować i mierzyć — nie tylko przez pieniądze, ale także przez czas. Tutaj ważne jest pojęcie „kosztu alternatywnego”, czyli kosztu utraconych możliwości. Chodzi o to, że czas poświęcony na pracę domową i opiekuńczą mógłby zostać przeznaczony na inne działania, np. pracę zarobkową, odpoczynek, czy rozwój.

Już w latach 30. XX wieku ekonomistka Margaret Reid próbowała stworzyć definicję pracy, która obejmowałaby także pracę nieodpłatną. Zaproponowała tzw. kryterium osoby trzeciej. Oznacza ono, że jeśli dane działanie możemy zlecić komuś innemu, to można je uznać za pracę. Na przykład sprzątanie mieszkania: mogę zrobić to sama albo zapłacić komuś za wykonanie tej czynności. To pokazuje, że jest to realna praca — nawet jeśli wykonujemy ją nieodpłatnie we własnym domu.

A co z pracą opiekuńczą? Czy można ją rozumieć w taki sam sposób jak inne formy pracy nieodpłatnej?

Praca opiekuńcza jest szczególnym rodzajem pracy nieodpłatnej, bo nie da się jej w pełni oddzielić od relacji i więzi, które powstają w jej trakcie. Część czynności opiekuńczych możemy komuś zlecić — na przykład zapłacić za opiekę nad dzieckiem. Ale najważniejszego elementu tej pracy, czyli budowania więzi, nie da się po prostu „kupić”.

I tu pojawia się ważny problem.

Kiedy próbujemy wycenić pracę opiekuńczą wyłącznie w pieniądzu, pokazujemy tylko część jej wartości.

Możemy policzyć czas pracy opiekunki, ale nie jesteśmy w stanie przeliczyć na pieniądze troski, relacji czy emocjonalnego bezpieczeństwa. To dlatego praca opiekuńcza tak często wymyka się ekonomicznym definicjom wartości. Nie dlatego, że jest mniej ważna — wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, że jej najważniejsze efekty nie mają prostego odpowiednika rynkowego.

Czy wszystko musimy przeliczać na pieniądze? Nawet opiekę, troskę czy dbanie o dom? Jednocześnie żyjemy w systemie, w którym pieniądze mają ogromne znaczenie — wpływają na niezależność, możliwości i bezpieczeństwo. Kobiety nadal w wielu branżach zarabiają mniej (zjawisko luki płacowej), choć nie mają mniejszych kompetencji, a potem otrzymują niższe świadczenia emerytalne. Według danych ZUS z marca 2025 roku średnia emerytura kobiet wynosiła ok. 3421 zł brutto, a mężczyzn ok. 4979 zł. Kobiety otrzymują więc średnio o ponad 1500 zł mniej. Jak z tego wybrnąć?

AZM: Nie chodzi o to, żeby wszystko przeliczyć na pieniądze. Problem polega raczej na tym, że żyjemy w systemie, który uznaje za ważne głównie to, co ma wartość rynkową. Karl Polanyi, badacz kapitalizmu i autor „Wielkiej transformacji” (1944), zwracał uwagę, że społeczeństwa funkcjonują dzięki różnym sposobom wymiany i organizowania życia. Obok rynku istnieją także relacje oparte na wzajemności i trosce oraz mechanizmy wsparcia organizowane przez państwo.

Opieka może funkcjonować w każdym z tych porządków:

  • może być kupowana na rynku,
  • może wynikać z relacji i wzajemności,
  • może być wspierana przez państwo.

U Polanyiego szczęśliwe społeczeństwo to społeczeństwo zrównoważone, w którym zachodzi równowaga między tymi trzema elementami. Problem pojawia się wtedy, gdy tylko rynek i pieniądze zaczynają być traktowane jako miara wartości wszystkiego. Dlatego mówienie o ekonomicznej wartości pracy opiekuńczej jest ważne — nie po to, żeby sprowadzić troskę do ceny, ale po to, żeby pokazać, że ta praca ma realny wpływ na nasze życie, bezpieczeństwo i funkcjonowanie całej gospodarki.

Czy przychodzą Ci do głowy przykłady państw, które są lepiej zrównoważone pod tym względem?

W europejskim kontekście często wskazuje się kraje skandynawskie, zwłaszcza Szwecję. To przykłady państw, które próbują lepiej zbalansować rolę rynku, życia rodzinnego i państwa. Widać to szczególnie w podejściu do opieki. Na przykład urlopy rodzicielskie są tam projektowane tak, by odpowiedzialność za opiekę nad dzieckiem była dzielona między oboje rodziców. Dzięki temu opieka nie jest traktowana wyłącznie jako „naturalny obowiązek” kobiet. To nie znaczy, że te systemy są idealne albo że można je po prostu skopiować. Każde społeczeństwo ma swoją historię, kulturę i doświadczenia. Ale mogą być inspiracją do tworzenia własnych rozwiązań — takich, które lepiej dostrzegają znaczenie opieki, relacji i wzajemności w życiu społecznym.

Czy praca nieodpłatna w ogóle powinna być płatna? I kto powinien za nią płacić?

Nie jestem przekonana, że rozwiązaniem jest po prostu jej „opłacenie”. Bardziej

chodzi o stworzenie większej równowagi między tym, co prywatne, społeczne i rynkowe.

Jeśli wzajemność kreuje przyjaźń, to rynek kreuje obcych sobie ludzi. Nie wszystko powinno być sprowadzane do wymiany pieniężnej, bo wtedy tracimy coś bardzo ważnego — więzi społeczne. Jednocześnie nie możemy udawać, że praca opiekuńcza „po prostu dzieje się sama”. Potrzebujemy systemów wsparcia, które dostrzegają jej wartość i nie zostawiają całego ciężaru opieki wyłącznie po stronie kobiet.

Jak takie systemy tworzyć albo ulepszać te, które już istnieją?

Żyjemy w systemie kapitalistycznym, w którym pieniądze są niezbędnym elementem życia. I to dotyczy także opieki. Nie jesteśmy w stanie wyżywić dzieci albo z opiekować się osobami starszymi samą miłością.

Opieka wymaga czasu, energii, kompetencji, ale także zasobów materialnych.

Dlatego potrzebujemy rozwiązań, które nie zostawiają całego ciężaru opieki wyłącznie po stronie pojedynczych osób, czy rodzin. Takie wsparcie może mieć formę instytucji i usług publicznych — żłobków, przedszkoli, domów opieki, czy wsparcia pielęgniarskiego w domu. To ważne, bo dzięki temu osoby opiekujące się innymi mają większą możliwość uczestniczenia także w rynku pracy i życiu społecznym. W tym sensie opieka nie jest wyłącznie prywatną sprawą rodzin. To kwestia społeczna. Dlatego finansowanie takich rozwiązań opiera się na redystrybucji — wszyscy składamy się na system, z którego korzysta całe społeczeństwo, niezależnie od tego, czy mamy dzieci, czy nie.

Autor „Ekonomii na talerzu. Głodny ekonomista objaśnia świat” Ha-Joon Chang pisze, że “ekonomia nie tylko oddziałuje na zmienne gospodarcze – czy to w życiu osobistym, czy zbiorowym – ona dyktuje, kim jesteśmy. [...] narzuca to, co ludzie mają uważać za normalne, jak mają postrzegać siebie nawzajem i jakie zachowania przejawiać, żeby się dopasować”. Czy w tym kontekście pokusiłabyś się o jakieś rekomendacje dla Polski?

Nie mam poczucia, że istnieje jedno, proste i gotowe rozwiązanie. Ale jestem przekonana, że zmiana jest możliwa i że wiemy, w jakim kierunku powinna iść. Już wiemy, że nieodpłatna praca istnieje. Teraz musimy zastanowić się, co dalej z tym zrobić. Jednym z najważniejszych kroków byłoby uwzględnienie pracy nieodpłatnej w systemie zabezpieczeń społecznych. Chodzi o to, żeby praca wykonywana w domu — opiekuńcza i domowa — dawała prawo do zabezpieczenia społecznego i emerytalnego.

To nie jest abstrakcyjny pomysł.

W Polsce już dziś mamy dane pokazujące, ile czasu poświęcamy na pracę nieodpłatną.

Takie informacje znajdują się m.in. w badaniach budżetu czasu ludności prowadzonych przez GUS i dane te pokazują ogromne rozbieżności pomiędzy pracą kobiety i mężczyzn. Oznacza to, że dysponujemy wiedzą, która mogłaby zostać wykorzystana przy tworzeniu rozwiązań systemowych. To byłby ważny krok nie tylko w stronę uznania tej pracy, ale także zwiększenia bezpieczeństwa ekonomicznego osób, które ją wykonują. Miałoby to również wpływ na pozycję kobiet na rynku pracy. Poczucie podstawowego zabezpieczenia społecznego zwiększa możliwość podejmowania decyzji dotyczących zatrudnienia i warunków pracy.

Czy żeby wprowadzić takie rozwiązania, potrzebujemy odważnych polityków i polityczek? Czy może wystarczy po prostu dostrzec problem i zacząć działać?

Mam poczucie, że to nie jest prosta zmiana. Jako kobiety wiemy już, że jak będziemy czekać na zmianę, której potrzebujemy, to się nic nie stanie. Uznanie pracy nieodpłatnej oznacza wejście w obszar, który przez długi czas był traktowany jako całkowicie prywatny — czyli gospodarstwo domowe, opieka i relacje rodzinne. A to dla wielu osób nadal jest sfera, w którą państwo nie powinno ingerować.

Tymczasem to, co wydaje się „prywatne”, ma bardzo konkretne konsekwencje ekonomiczne i społeczne. Dlatego mówienie o pracy nieodpłatnej jest także rozmową o podmiotowości kobiet, ich bezpieczeństwie ekonomicznym i pozycji społecznej. Wierzę w państwo i być może jestem naiwna, ale poprzez mechanizm państwowy jesteśmy w stanie lepiej sobie pościelić, co przyniesie korzyści nie tylko kobietom, ale nam wszystkim.

*Dr hab. Anna Zachorowska-Mazurkiewicz – prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania i dyrektora Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych UJ. specjalistka w tematach: kobiety w gospodarce i myśli ekonomicznej, heterodoksyjne szkoły myśli ekonomicznej, ekonomia instytucjonalna, nierówności ekonomiczne i praca.

Anna Jurek

Członkini Stowarzyszenia Tkalnia; prowadzi kampanię „Gdzie są pieniądze kobiet?” w ramach projektu “Girls wanna have funds” finansowanego ze środków NIW w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Komentarze