Samorządy wykorzystają mniej niż 10 proc. środków, które rząd przeznaczył w tym roku na przywrócenie połączeń autobusowych. Sztandarowy program z „piątki Kaczyńskiego” na razie napotyka na szereg problemów. O realnym sukcesie będzie można mówić dopiero za parę lat, ale polityczne zyski PiS dyskontuje już teraz, zwłaszcza w gminach wykluczonych komunikacyjnie

Fundusz rozwoju przewozów autobusowych to jeden z punktów „piątki Kaczyńskiego”. PiS deklaruje odtworzenie siatki regionalnych połączeń autobusowych, których liczba w Polsce przez lata dramatycznie spadła wraz z kolejnymi plajtami PKS-ów.

Rząd powołał specjalny fundusz, który co roku dofinansuje połączenia lokalne kwotą 800 mln zł. Chodzi o to, by pozbyć się białych plam transportowych, bo wykluczenie komunikacyjne dotyczy kilkunastu milionów Polaków. Po pieniądze sięgają samorządy. To one podpisują umowy z przewoźnikami. Środki rozdzielają wojewodowie. O projekcie pisaliśmy już w OKO.press.

Pomysł co chwila przywołują politycy PiS. Na konwencji partii w Lublinie o autobusach mówiła zarówno Beata Szydło jak i premier Mateusz Morawiecki i prezes Kaczyński.

PiS błyskawicznie przepchnął ustawę o funduszu przez Sejm, Senat i Prezydenta. Ustawa weszła w życie  w połowie lipca 2019, a pierwsze umowy z samorządami wojewodowie podpisywali pod koniec sierpnia.

Okazuje się, że to sprinterskie tempo było nie do utrzymania przez samorządy. Większość z nich nie zdążyła przygotować się do sięgnięcia po rządowe wsparcie.

Liczby robią wrażenie?

W tym roku rząd przeznaczył na fundusz rozwoju przewozów autobusowych 300 mln zł. Minister Infrastruktury Andrzej Adamczyk chętnie opowiada o 1400 liniach autobusowych przywróconych od 1 września 2019. Liczba działa na wyobraźnię, ale mniej imponująco się robi, gdy spojrzymy na kwoty.

Dane z 13 (na 16) województw pokazują, że łączna kwota umów podpisanych z samorządami przez wojewodów wynosi 12 mln 600 tys. zł. To nieco ponad 4 proc. całej sumy, jaką rząd przeznaczył na ratowanie autobusowych połączeń.

Informacji o kwotach podpisanych umów na swoich stronach nie podają wojewodowie z łódzkiego, lubelskiego i lubuskiego. Ale nawet gdyby te trzy województwa rozdały tyle samo, co pozostałe 13 razem wziętych, to i tak mówilibyśmy o niecałych 10 proc. z rządowego funduszu.

Dla przykładu: w województwie zachodniopomorskim rozdysponowano 256 tys. zł, tymczasem wojewoda ma do podziału blisko 18 mln. Na Śląsku z ponad 18 mln do samorządów trafiło 820 tys. zł, w kujawsko-pomorskim 167 tys. zł. Rekordzista, czyli województwo podkarpackie, wpompowało do samorządów ponad trzy mln zł. z ponad 19 przeznaczonych przez rząd na ten region.

Na szczęście – i o dziwo – przy tworzeniu ustawy o funduszu rząd PiS przeprowadził konsultacje, a uwagi ekspertów uwzględnił. Dlatego końcowy projekt znacznie różni się od tego, który opisywaliśmy wcześniej.

I dlatego też pieniądze przeznaczone na ratunek autobusów to środki niewygasające. To oznacza, że pieniądze, których do końca roku nie uda się wykorzystać samorządom, zasilą przyszłoroczny fundusz. Wojewodowie już zresztą rozpisują kolejne konkursy dla samorządów. Kolejny nabór wniosków ma zakończyć się do połowy października.

Powiat jarosławski ostro działa 

Jednym z podkarpackich samorządów, który skorzystał z rządowych pieniędzy, jest powiat jarosławski.

„Podpisaliśmy porozumienie z dwoma sąsiednimi powiatami. Razem zdobyliśmy dofinansowanie na 67 połączeń” – mówi Konrad Sawiński ze starostwa powiatowego w Jarosławiu.

„Na wschodniej ścianie komunikacja autobusowa odgrywa dużą rolę. Spółka PKS jest samorządowa od kilku lat, mamy duży problem nierentownych linii. To nie jest u nas nowy temat. Wszelkie plany restrukturyzacji, wszelkie siatki połączeń były już w głowach ludzi zarządzających komunikacją w powiecie. Jak tylko pojawiły się rządowe pieniądze, wyjęliśmy nasze plany z szuflady”.

Powiat Jarosławski z rządowych pieniędzy zasili deficytowe linie, dzięki czemu zaoszczędzone środki przeznaczy na nowy tabor. „Dzięki nowym autobusom przyciągniemy więcej pasażerów” – wyjaśnia Sawiński.

Dodaje, że komunikacja autobusowa jest w powiecie bardzo ważna między innymi dlatego, że w Jarosławiu działa 8 szkół średnich. Uczniowie dojeżdżają tam z całego powiatu.

W tym roku przyjęto 2,5 tys. uczniów do klas pierwszych. „Gdyby rodzice wszystkich zwozili samochodami, byłby dramat. Jarosław już ma duży problem ze smogiem, dlatego rozwój siatki autobusowej to też kwestia ekologii” – dodaje Sawiński.

Drugą najliczniejszą grupą, która skorzysta na połączeniach, są osoby starsze. Jeśli nie mają samochodu, są odcięte od przychodni zdrowia, sklepu czy urzędu. Władze powiatu liczą też, że z autobusów skorzystają pracownicy dojeżdżający do zakładów pracy, które w większości ulokowane są w stolicy powiatu.

Lesko się nie spieszy

W Jarosławiu powiat był gotowy „z marszu” wystąpić o środki. Ale nie wszędzie urzędnicy nadążyli za ekspresowym tempem narzuconym przez rząd.

„Na naszym terenie od wakacji aż do listopada kursują busiki, mamy mnóstwo turystów. Wtedy problemu z komunikacją nie ma. M.in. dlatego nie spieszyliśmy się ze składaniem wniosków” – opowiada starosta powiatu leskiego – Andrzej Olesiuk.

Lesko jest powiatem, który jednak dotkliwie dotyka problem wykluczenia komunikacyjnego. Dodatkowe linie autobusowe są tam niezbędne. „I my złożymy wnioski o nowe linie. W najbliższym czasie rozpoznamy potrzeby komunikacyjne mniejszych miejscowości. Jesteśmy w kontakcie z sąsiednim powiatem. Chcemy wspólnie podpisać umowę na dofinansowanie linii” – wyjaśnia starosta.

„Zależy nam na tym, żeby zabezpieczyć komunikację tam, gdzie to absolutnie niezbędne. Musimy najpierw jednak wiedzieć, gdzie takie linie będą miały sens. Nie ma sensu puszczać autobusu do wsi z dwoma domami. To trzeba zrobić z głową. Potrzebujemy więcej czasu” – dodaje Olesiuk.

Pabianice są niezainteresowane

Są też samorządy, które w ogóle nie są zainteresowane nowymi połączeniami.

„Mamy już autobusy kursujące do stolic naszych gmin. Uważamy, że taka siatka połączeń, jaka jest, w zupełności wystarczy” – uważa Jan Chojecki ze starostwa w Pabianicach.

„Nie mieliśmy sygnałów od mieszkańców, że potrzebne są nowe połączenia. A nie chodzi przecież o to, żeby autobusy woziły powietrze. Starosta podejmuje działania na wniosek. Poza tym nie mamy badań, które linie byłyby opłacalne”.

Widać w Pabianicach mieszkańcy muszą najpierw wyjść na ulice, zanim starosta sam podejmie inicjatywę. Tymczasem autobusy z Pabianic np. do Lutomierska odjeżdżają co dwie, trzy godziny. Nie mówiąc o mniejszych miejscowościach, gdzie nie dojeżdżają wcale. Każdy ekspert od transportu wie, że gdy powstaną już atrakcyjne połączenia, trzeba poczekać, zanim autobusy zapełnią się pasażerami. W początkowym okresie będą zapewne „wozić powietrze”. To jednak nie oznacza, że nie warto inwestować w autobusy.

Ta bierna postawa to niestety przypadek wielu samorządów.

„Samorządy mają obowiązek zapewniać transport mieszkańcom, ale przez lata ignorowały to zadanie. I nadal to robią. To jest granica mentalna. Z dnia na dzień nie da się tego zmienić i nie pomoże tu deszcz rządowych pieniędzy” – twierdzi Stanisław Biega, ekspert z Centrum Zrównoważonego Transportu.

O sukcesie będzie mowa za trzy lata

Wiele samorządów nie zdążyło jeszcze rozpoznać swoich potrzeb. Po pieniądze – oprócz województwa łódzkiego – nie sięgają też marszałkowie, a to oni mają obowiązek uruchamiać linie łączące między sobą powiaty.

„Wydziały transportowe marszałków nie są przygotowane do organizacji przewozów. Ale przekonają się do autobusów, gdy odkryją, że to znacznie tańsze rozwiązanie niż kolej” – uważa Stanisław Biega.

„O sukcesie programu będziemy mogli mówić za trzy lata. Wokół Oslo zagęszczono kursowanie pociągów i poprawiono przewozy kolejowe w 2013 roku. Pasażerowie wrócili po trzech latach”.

„W kilka miesięcy nie odbudujemy połączeń autobusowych w całym kraju. Potrzeba czasu. Większość wniosków złożonych przez samorządy ma niewielką wartość. To krótkie linie, pojedyncze połączenia. Na kompleksowe rozwiązania przyjdzie nam jeszcze poczekać”.

Biega przewiduje nowe problemy z rządowym programem. Po pierwsze – braki kadrowe. Przewoźnicy, z którymi samorządy podpisują umowy, mają problem ze znalezieniem kierowców. Nic dziwnego, skoro ci, którzy jeżdżą, zarabiają kwoty w okolicach minimalnej krajowej. Duża część rządowego dofinansowania spożytkuje więc podniesienie zarobków kierowcom do konkurencyjnego poziomu.

Drugi problem, to sztywny przelicznik kwoty dofinansowania. To jedna z niewielu propozycji ekspertów, której rząd przy tworzeniu ustawy nie uwzględnił. Chodzi o to, że do każdego przejechanego kilometra rząd dopłaca równo złotówkę.

„Ale trasy bywają różne: krótsze i dłuższe, z większym lub mniejszym obłożeniem pasażerów” – zaznacza Stanisław Biega. „Dlatego w niektórych miejscach złotówka do kilometra w zupełności wystarczy, a gdzie indziej to za mało. Są samorządy, które stwierdziły, że pomimo rządowych pieniędzy nie stać ich na uruchomienie połączeń, bo wciąż będą generowały deficyt”.

Prezes zaciera ręce

O sukcesie już dziś może mówić prezes Kaczyński. Branżowy magazyn „Z Biegiem Szyn” analizował, jak obietnica przywrócenia lokalnych połączeń autobusowych wpłynęła na Mazowszu na wynik wyborów do europarlamentu. Sejm przyjął ustawę o autobusowym funduszu na tydzień przed głosowaniem na europosłów. Poparcie wyborcze dla PiS przekroczyło 75 proc. w 290 polskich gminach.

„Aż 67 z nich to gminy z województwa mazowieckiego – tu najlepsze wyniki PiS osiągnął w gminach Stary Lubotyń (86 proc.), Bielany-Żyłaki (85 proc.), Boguty-Pianki (84 proc.), Stara Błotnica,Mirów (po 83 proc.) oraz Przytyk, Odrzywół, Huszlew, Górzno, Ceranów (po 82 proc.)”

– pisze Karol Trammer w „ZBS”. To gminy oddalone 100 km od Warszawy, od lat dotknięte wykluczeniem komunikacyjnym.

Teraz, kiedy fundusz już ruszył, PiS może liczyć na podobne – lub lepsze – wyborcze osiągi.

Dostęp do informacji o działaniach władz to Twoje prawo.
Wesprzyj OKO, by nadawało dalej.

Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press