0:00
09 czerwca 2020

"Prosiła, żeby tego nie robić, ale skuli ją na oczach rodziców i córki. Wszystko, żeby upokorzyć"

Z aktywistką, którą zatrzymano w związku z plakatami "Ewangelia wg Łukasza Sz.", kontaktu nie ma nawet adwokat. Policjanci splądrowali nawet piwnice, córce zatrzymanej przeglądali komórkę. "Grali na zmęczenie i upodlenie, pokazywali, kto tu rządzi" - mówi nam ojciec aktywistki

Wydrukuj

Aktywistka została zatrzymana 8 czerwca 2020 około 20:30. Policja przeszukała mieszkanie, zarekwirowała kilka sprzętów. Wszystko działo się w obecności rodziców i nieletniej córki. Zarzut?

Włamanie do gablot reklamowych i... kradzież plakatów. Tego zatrzymana dowiedziała się z protokołu, bo podczas przeszukania i zatrzymania policja zamiast o zarzutach informowała o grożącej karze.

Pomijana w zarzutach milczeniem jest przyczyna policyjnej mobilizacji - krytyczne wobec Szumowskiego plakaty "Ewangelia wg. Łukasza Sz.", które umieszczono w gablotach na przystankach.

O całej sprawie pisaliśmy tutaj:

"Zrobiono nam w domu kipisz" - relacjonuje ojciec kobiety. Policjanci chcieli zarekwirować telefon nastoletniej córki. "Jest koniec roku, to jej jedyny sposób na naukę, kontakt z nauczycielem. Zgodzili się zostawić telefon, ale musiała udostępnić policjantom zawartość - przeglądali kontakty, galerię zdjęć...".

O kuriozalnym i upokarzającym zatrzymaniu aktywistki rozmawiamy z jej ojcem, którego także przesłuchano w sprawie. Choć policja sama nie do końca wiedziała jakiej.

Marta K. Nowak, OKO.press: Mają państwo wieści o córce?

Nie mamy z nią żadnego kontaktu odkąd ją zabrali. Wiemy, że spędziła noc na Wilczej [komisariat w centrum Warszawy - red.]. Kiedy pytamy policjantów zasłaniają się niewiedzą - że kto inny prowadzi tę sprawę, oni nie wiedzą... Matnia.

Zapytałem jednego z nich, ile będą ją trzymali. Powiedział: możemy 48 godzin. I przypuszczam, że tak zrobią.

Grają na zmęczenie i upodlenie, pokazują, kto tu rządzi.

Jak się czujecie: pan, żona i wnuczka?

Przeżyliśmy traumę, wciąż się z tego zbieramy. Zajmujemy się teraz wnuczką, próbujemy jakoś funkcjonować. Wnusia jest bardzo dzielna.

Dopiero niedawno skończyliśmy sprzątać mieszkanie. Policjanci splądrowali nawet piwnicę. To było jak kipisz.

Najpierw była ich trójka - dwaj mężczyźni i kobieta. Przyszli około 20:30, chcieli rozmawiać z córką. Zaczęli przeszukanie, nie bacząc na to, że to także nasze mieszkanie. W żadnym momencie nie wyjaśnili, jakie są zarzuty, czego szukają.

Jak zachowywali się funkcjonariusze?

Chcieli pokazać, że są panami sytuacji.

Cały czas byli z kimś na łączach. Pytali, my odpowiadaliśmy, a oni wychodzili na korytarz, coś konsultowali, ustalali z kimś i wracali. I tak w kółko. Jakby byli robotami, którymi ktoś steruje.

Odniosłem wrażenie, że przyszli z nieokreślonym planem i na bieżąco konsultowali dalsze kroki.

Na początku byli trochę grzeczniejsi, odpowiadali na nasze pytania, potem stali się nieprzejednani. "Prowadzimy czynności w sprawie" - odpowiadali na wszystkie pytania. Było nieprzyjemnie.

W pewnym momencie stwierdzili, że chcą nośników informacji. Zabezpieczyli między innymi mój nieużywany telefon, który nie ma nawet karty. Chcieli też telefon wnuczki. Jest koniec roku, a przy nauczaniu zdalnym telefon jest jej jedynym łącznikiem z nauczycielem, z librusem.

Wnuczka musiała się zgodzić, żeby przeglądali jej maile, konta społecznościowe, kontakty - to nimi byli najbardziej zainteresowani.

Całe szczęście przy większości kontaktów były zdjęcia, widzieli samych nastolatków. Zaglądali nawet do galerii zdjęć.

Czego szukali?

Nie wiadomo.

Ich pytania były jak zdania twierdzące ze znakiem zapytania. Chcieli się wielu rzeczy dowiedzieć, ale w żadnym momencie nie powiedzieli, jakie są zarzuty, czego szukają. Jakby jedynym dowodem w sprawie było oskarżenie, a oni szukają, bo może coś znajdą.

Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało, że to się tak skończy. Ale stało się! Około 23:00 wyprowadzili córkę w kajdankach.

Nie powiedzieli, co ukradła ani gdzie się włamała, ale uparli się, że wyjdzie w kajdankach. Prosiła, żeby tego nie robić, ale skuli ją na oczach rodziców i córki. Wszystko, żeby upokorzyć.

Zanim to się stało pojawiło się jeszcze dwóch policjantów. Okazało się, że przyszli po mnie.

Jak to?

Powiedzieli, że mają mnie zawieść na przesłuchanie. Ale o co chodzi? W jakim celu? Wydawało się, że nie za bardzo wiedzą, ale może tylko tak grali?

Żona jest chora na serce, ciśnienie skoczyło jej do 220. Miałem je same z wnuczką zostawić? Całe szczęście zdążył wtedy dojechać do nas pan mecenas [obrońca zatrzymanej mec. Radosław Baszuk, który w poprzednim artykule OKO.press określił sposób postępowania policji jako "bezsensowne szykany" - red.]. Poczuliśmy się trochę pewniej.

Człowiek w stresie głupieje, zapomina o podstawowych prawach i może działać na swoją niekorzyść. A oni to skrzętnie wykorzystują.

Pan mecenas dopytywał policjantów, czy to postępowanie prokuratorskie, zażądał sygnatury akt prokuratorskich. Okazało się, że sprawę prowadzi tylko policja.

Dzisiaj przesłuchano mnie w charakterze świadka, ale w żadnym momencie nie poinformowano mnie o zarzutach. W wezwaniu też nie podano, o co chodzi, był tylko paragraf.

To o co pytano?

Policjant, który mnie przesłuchiwał, wydawał się nie być zorientowany, dlaczego właściwie tam jestem. Chciał, żebym ja sam mu powiedział.

To było groteskowe: to ja miałem policjantowi powiedzieć w jakiej sprawie toczy się postępowanie i dlaczego córka została zatrzymana. Może to taka gra i liczył na jakąś moją wpadkę, niekonsekwencję?

Powiedziałem, co wiem: mam na wezwaniu tylko numer sprawy i art. 279 paragraf 1 Kodeksu Karnego. Nie wiem nawet, czego ta kradzież miałaby dotyczyć [Art. 279 § 1. Kto kradnie z włamaniem, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10 - red.].

Pytali o rzeczy, które dotyczyły córki, a nie mnie. Gdzie pracuje, co robi. Jakby chcieli znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia.

Słowo plakat nawet nie padło, w żaden sposób nie odniesiono się do zarzutów. Mówiono za to o karze. Wszystko na odwrót.

Córka od lat jest aktywistką, protestuje. To ryzykowne zajęcie. Czy byliście na takie represje choć trochę psychicznie przygotowani?

Do tego nie da się przygotować. To potworny stan niemocy, spotkanie ze ścianą.

Ja popieram to, co robi córka. Może nie zawsze popierałem jej metody, ale uważam, że złu trzeba się przeciwstawiać i nie mówić, że pada deszcz, kiedy plują.

Sam uczestniczyłem w wielu manifestacjach, bo czułem, że to mój obywatelski obowiązek.

Przeżyłem PRL, wtedy przynajmniej przekaz i odpowiedzialność za nadużycia były jasne - rządzi partia i pierwszy sekretarz. Teraz mamy kierowanie samochodem z tylnego siedzenia bez dotykania kierownicy i jakiejkolwiek odpowiedzialności. Te wszystkie nadzieje, które mieliśmy po 1989 roku są marnowane przez każdą kolejną ekipę u władzy.

Dzisiaj poczułem, że człowiek się nie liczy. Przypomniało mi się zastraszanie, pokazówki, w których małostkowi ludzie przypominają ci, kto tu rządzi i co może ci zrobić.

Akcja plakatowego protestu

Jak się dowiaduje OKO.press, zatrzymana aktywistka została już przewieziona do Komendy Stołecznej Policji w Pałacu Mostowskich na ul. Nowolipie.

W geście solidarności zebrała się tam grupa osób, część z nich - między innymi Elżbieta Podleśna poszli pod ministerstwo zdrowia z plakatami wyliczającymi winy ministra Szumowskiego.

Podleśna relacjonowała na facebooku, że śledziło ich "dwóch typów" - w mundurach policyjnych, ale bez imienników. "Wezwaliśmy policję na policję" - mówiła w relacji na żywo.

Podleśna, która wezwała patrol, żeby wyjaśnić, dlaczego i przez kogo są śledzeni, dowiedziała się, że to policjanci, ale nie dowiedziała się, dlaczego za nimi chodzą.

Bez kontaktu z adwokatem

Ok. 19:00 adwokat aktywistki mec. Radosław Baszuk wciąż nie miał kontakt z zatrzymaną. "Policja mnoży trudności i uniemożliwia rozmowę z klientką. Długo nie udzielano mi nawet informacji, gdzie się znajduje"- relacjonował OKO.press.

"To absurdalne skądinąd zatrzymanie mojej klientki z podejrzeniem włamania z kradzieżą na kwotę 450 zł nie służy niczemu. W nocy żadne czynności nie są przeprowadzane. Mamy do czynienia z zatrzymaniem, które nie pełni żadnej funkcji procesowej, a jest tylko szykaną. Ten sam efekt można było osiągnąć przeprowadzając przeszukanie w ciągu dnia” - komentował mec. Baszuk

Komunikacja z policją była żadna. "Sam musiałem szukać kontaktu z osobami decyzyjnymi, domagać się informacji o miejscu i terminie podjęcia czynności procesowych, żądać kontaktu" - mówi mecenas. Długo niczego nie mógł się dowiedzieć. Ostatni raz rozmawiał z zatrzymaną po północy.

Kontakt z prawnikiem to jedno z podstawowych praw osoby zatrzymanej - zapisane zarówno w kodeksie postępowania karnego, jak i ratyfikowanej przez Polskę dyrektywy Parlamentu Europejskiego o dostępie do adwokata.

"Przestrzeganie praw osoby zatrzymanej to w praktyce polskiej policji terra incognita, ziemia nieznana, nic się w tej kwestii nie zmienia od lat" - mówi mec. Baszuk. Coś innego się jednak zmieniło.

"Zatrzymywanie pod wymyślonymi zarzutami, to nowość. Wcześniej trzymano się, chociaż zasady prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa".

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne