Od dzielnicy dostają połowę pieniędzy potrzebnych na prowadzenie świetlicy środowiskowej dla dzieciaków na warszawskiej Pradze. I o połowę mniej niż placówki w Śródmieściu. Gdy protestują słyszą: „Taki budżet”, „Korzystajcie z pracy wolontariuszy". Czy „Serduszko dla dzieci” ma szansę się utrzymać i nadal pomagać dzieciom z Pragi?

„Nie da się cały czas opierać na aktach dobrego serca ze strony ludzi i nieustannie wymyślać jak załatać dziurawy budżet” – mówi OKO.press Aleksandra Smolińska, prezeska warszawskiego Stowarzyszenia „Serduszko dla Dzieci”.

„Dziś nie jestem w stanie zapewnić godnej płacy wychowawcom. Sponsorzy dadzą monitory, maszyny do szycia, wyposażenie kuchni, ale nie dadzą pieniędzy na etat. Dzielnica Praga Północ w nowym budżecie założyła, że wychowawcy mają pracować z 15-osobową grupą przez 160 godzin w miesiącu za niecałe 2 000 zł na rękę. Dlatego co trzy/cztery miesiące zupełnie zmienia mi się kadra, a dzieciaki co chwilę przeżywają stratę.

Ile tak można? Na prawdę nie wiem, co mam zrobić. Mogę prowadzić świetlicę za ochłap albo ją zamknąć”.

Świetlica na Szwedzkiej 6

Na Pradze Północ są od 20 lat. Prowadzą placówkę wsparcia dziennego dla dzieci i młodzieży potocznie nazywaną świetlicą środowiskową. Takie placówki funkcjonują na podstawie ustawy o wspieraniu rodziny (art. 18). Mogą być prowadzone bezpośrednio przez gminę lub organizację społeczną, której gmina zleca zadania. Ich celem jest wspieranie rodzin, które „mają trudności w wypełnianiu zadań opiekuńczo-wychowawczych”.

Dla dzieciaków z takich rodzin to bezpieczna przestrzeń, często jedyna w ich życiu, w której mogą znaleźć akceptację i wsparcie. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2017 roku praca placówek takich jak „Serduszko” jest nieoceniona. Mimo skromnych środków prowadzą działania, które „pozytywnie wpływają na rozwój osobowości dzieci, postępy w nauce i kształtowanie relacji opartych na wzajemnej pomocy i solidarności”.

W „Serduszku” pracują z grupą 30 dziewczyn i chłopców, którzy w świetlicy spędzają czas po szkole. Pod okiem wychowawców odrabiają lekcje, bawią się i jedzą ciepłe posiłki, które zresztą same uczą się gotować.

Mają zajęcia w salce komputerowej, socjoterapeutycznej, a gdy jest ciepło – także na podwórku. Na 200 metrach kwadratowych jest nawet rozgłośnia internetowego radia „Radio Praga”, do którego dostęp mają też dzieciaki.

W rozgłośni audycje prowadzą lokalni muzycy i artyści, a także dzieciaki, które na co dzień przychodzą do świetlicy przy Szwedzkiej 6 / fot. Agata Kubis

Świetlica rozpoczęła działalność w podziemiach Kościoła Marki Bożej z Lourdes na ul. Wileńskiej 69. Z czasem rozrosła się i oprócz świetlicy na Wileńskiej – do której przychodziły młodsze dzieci – udało się otworzyć Klub Młodzieżowy na ul. Stalowej 18. Po zmianie Proboszcza  w Parafii – „młodsze Serduszko” wywędrowało na ul. Środkową 12, gdzie działało do 2013 roku.

Od 5 lat prowadzą świetlicę kilka przecznic dalej, w przyziemiu kamienicy na ul. Szwedzkiej 6. Wokół – jeden wielki plac budowy. Na rewitalizowanym terenie starej Pragi rosną dwa osiedla nowoczesnych apartamentów, a pod nosem powstaje stacja drugiej linii metra.

Część sąsiadów z kamienicy na Szwedzkiej 6 już „przesiedlono”. Lokal „Serduszka”, którego wartość wraz z postępującą rewitalizacją rośnie z miesiąca na miesiąc, wciąż trzyma się starej tkanki miejskiej i służy lokalnej społeczności – przede wszystkim dzieciakom.

„Krawiec kraje, jak materiału staje?”

Budżet placówek takich jak „Serduszko” jest ustalany w cyklu trzyletnim. O wysokości i sposobie podziału środków decyduje zarząd dzielnicy. W nowym konkursie na lata 2019-2021 „Serduszko” dostało 670 tys. zł na prowadzenie świetlicy.

I choć jest to o 70 tys. zł więcej niż w poprzednim konkursie, to świetlica o podobnym profilu w Śródmieściu dostała dwa razy więcej – 1,2 mln zł na pracę tą samą metodą i z taką samą liczbą dzieci. Dlaczego?

Aleksandra Smolińska: „Nie wiemy jakimi kryteriami kieruje się dzielnica przyznając środki. Realne koszty utrzymania placówek takich jak nasza są znacznie wyższe. Budżet, które oferuje nam urząd, od lat jest za mały. A my – nie chcąc zostawiać dzieci – po prostu godzimy się na to, co dostajemy. Cały rok pracujemy na wysokich obrotach i zamiast wkładać energię w pracę rozwojową z dziećmi – próbujemy łatać dziury w budżecie”.

W 2018 roku problemem udało się zainteresować miasto. Smolińska: „Podjęliśmy próbę przyjrzenia się realnym kosztom naszej pracy. Chcieliśmy wspólnie stworzyć rekomendacje dla dzielnic. Niestety, nie zdążyliśmy ze skończeniem dokumentu przed końcem kadencji”.

„Dajmy po trochę każdemu” to nie jest dobre podejście. „Nie można oczekiwać od nas 100 proc. efektów za połowę potrzebnych środków. Jedyny argument jaki słyszymy, gdy protestujemy, brzmi: „krawiec kraje, jak materiału staje”. Urząd musi jednak wiedzieć, że budżet, który zaproponował jest nieadekwatny do potrzeb dzielnicy. Dlaczego nie zrobił nic, by zwiększyć środki?” – pyta Smolińska.

Aleksandra Smolińska stowarzyszenie „Serduszko dla Dzieci” prowadzi od 20 lat / fot. Agata Kubis

Zarząd dzielnicy odgórnie ustala kwoty na konkretne wydatki. Na pensje trzech wychowawców przeznaczył 10 tys. brutto brutto miesięcznie. Na rękę daje 2 tys. zł za pełen etat. 2200 zł „Serduszko” może wydać na wynagrodzenie kierownika. Tyle samo na koszty utrzymania lokalu.

Smolińska: „Sam czynsz wynosi 2 900 zł. Do tego 1 tys. zł rachunku za prąd i 1,5 tys. za gaz. Plus konserwacja budynku, księgowość, jedzenie, wyjścia z dzieciakami, pomoce dydaktyczne i jeszcze 10 godzin dyżuru psychologa w miesiącu.

Od dzielnicy dostajemy połowę tego, co potrzebujemy na utrzymanie, a przecież w konkursie jest jasno napisane, że gmina daje pieniądze na prowadzenie dziennych placówek wsparcia dla dzieci, a nie ich dofinansowanie. Nazywajmy rzeczy po imieniu”.

Za mało wychowawców? Weźcie wolontariuszy

„Trafiają do nas różne dzieciaki. No bo kto nie potrzebuje wsparcia w odrabianiu lekcji? Przychodzą ci, co chcą. Najczęściej wieść roznosi się pocztą pantoflową. Kolega przyprowadza kolegę. I zostają. Nawet na kilka lat.

Nasz tydzień pewnie nie wygląda spektakularnie. Od poniedziałku do czwartku głównie gotujemy i siedzimy nad nauką. Młodzież raz chce pracować, raz nie. Jak każdy. My im w tym po prostu towarzyszymy” – opowiada w rozmowie z OKO.press.

Dzieciaki na Szwedzkiej 6 pod opieką wychowawców wspólnie przygotowują posiłki. Gdy ich odwiedziliśmy szykowali się do pieczenia ciasta marchewkowego / fot. Agata Kubis
Na Szwedzkiej 6 w odrabianiu lekcji nikt nie jest osamotniony. Wsparcia można szukać nie tylko u wychowawców, ale też kolegów i koleżanek / fot. Agata Kubis

„W piątki najczęściej organizujemy zabawy, wyjścia, zajęcia sportowe. A gdy sponsor powie nam, że w weekend ma dla nas np. wejście na naukę jazdy konnej, to rzucamy wszystko i poświęcamy czas wolny, by pokazać dzieciakom coś więcej.

Dla nich najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, pozytywne relacje, jasne granice i przewidywalność. Gdy zmienia się kadra, to naturalnie burzy cały proces, na którym opieramy naszą pracę. A przecież wszystkim powinno zależeć na tym, żeby jakość tego, co robimy była, jak najwyższa”.

Dzielnica wymaga od organizacji prowadzących świetlice kontaktu z rodzicami, szkolnymi pedagogami i wychowawcami,  ze służbami kuratorskimi. A wychowawca pod opieką ma 15 osób – maksimum, które dopuszcza ustawa.

Wymagają też 50 proc. frekwencji. Gdy taka się nie zbierze, organizacja musi oddawać połowę dotacji z danego miesiąca. Nieważne, że dzieci były chore czy miały szkolną wycieczkę.

Największą bolączką jest traktowanie kadry

Aleksandra Smolińska: „Dzielnica mówi nam, żeby wolontariusze uzupełnili luki. Z nimi oczywiście możemy współpracować – mogą pomagać nam przy lekcjach czy w kuchni, ale to wychowawca jest odpowiedzialny za budowanie relacji. Pracujemy metodą społeczności terapeutycznej. Dzieci mają głos w każdej sprawie, która dotyczy ich i życia świetlicy. Tworzymy plany korekcyjne i systemy motywacyjne. To żmudny proces, który wymaga pełnego zaangażowania. A to zaangażowanie powinno być wynagradzane godziwą pensją”.

Miasto oburzone, ale czy może coś zmienić?

Rozporządzenie ws. nowego konkursu jeszcze nie zostało podpisane przez nowego prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Ale czy da się coś zmienić?

Smolińska: „Na poziomie miasta problem został zauważony. W Branżowej Komisji Dialogu Społecznego przy Biurze Pomocy i Projektów Społecznych powstał pomysł stworzenia rekomendacji dla dzielnic prowadzących konkursy. Niestety czas gonił, a dokument wymaga pracy.

W konkursie ofert brakuje mi przede wszystkim podziału placówek ze względu na specjalizację. Inne działania prowadzą przecież placówki opiekuńcze, specjalistyczne i podwórkowe. Nie można ich wszystkich trzymać w jednym „worze” – różne są ich zadania, a przez to koszty utrzymania.

Liczę na to, że dzięki zamieszaniu, jakie powstało wokół naszej placówki, władze dzielnicy pochylą się nad problemami, z jakimi borykamy się w naszej pracy. A co na teraz? Teraz marzy mi się, żeby dzielnica dorzuciła pieniędzy i dała nam możliwość decydowania o priorytetach. Nie może być tak, że ktoś z urzędu narzuca praktykom, co muszą zrobić i za ile.

Nie da się kupić czegoś za połowę ceny i oczekiwać fajerwerków jakby płaciło się za 100 proc.

No przecież z połowy materiału nie uszyjemy całej sukienki. Tylko to umożliwi nam prowadzenie placówki. Unieważnienie konkursu to przecież kłopot dla wszystkich świetlic, które na Pradze prowadzą organizacje społeczne.

Może wystarczyłoby, żeby ktoś przyszedł do nas i zobaczył, co robimy. Żeby potraktował nas jako partnera i szansę. Bo to my jesteśmy najbliżej ludzi. Zawsze myślałam, że praca nas obroni, ale to chyba jednak tak nie działa”.

Katarzyna Pieńkowska, rzeczniczka Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy mówi OKO.press: „Jesteśmy oburzeni rozstrzygnięciem konkursu, jednak nie mamy wpływu na jego wynik. Konkurs organizuje dzielnica, a decyzję o poziomie dofinansowania podjęła działająca przy dzielnicy komisja konkursowa”.

A dzielnica? Mimo deklaracji rzeczniczki Urzędu Dzielnicy Praga Północ, że odpowie na nasze pytania jeszcze dziś, nie dostaliśmy odpowiedzi. A to w rękach tej instytucji jest lost „Serduszka dla Dzieci” i grupy, z którą pracują wychowawcy i Aleksandra Smolińska.

Za mało placówek, za mało pieniędzy

NIK w 2017 roku zwracał uwagę, że władze lokalne w całym kraju – mimo ustawowego obowiązku – nie przykładają wystarczającej uwagi do funkcjonowania placówek wsparcia dziennego dla dzieci i młodzieży. Działają one tylko w 18 proc. gmin w Polsce.

A te, które działają, nie dostają środków zaspokajających w pełni ich potrzeby. Dodatkowe pieniądze na tworzenie placówek gminy mogą czerpać z opłat za koncesję na sprzedaż alkoholu. Mogą, ale nie korzystają.

Dlatego z roku na roku takich placówek – w skali kraju – jest coraz mniej. Potrzeby wciąż są, ale – jak pisze NIK – organizacjom brakuje pieniędzy na zapewnienie „wystarczających warunków sanitarnych i lokalowych”.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". Wcześniej członek zarządu Fundacji "Trans-fuzja". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym