"Odsłonięcie tablicy śp. Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy przebywali w hali nr 26 podczas strajku w 1988" planowano na uroczystości z okazji renacjonalizacji stoczni gdańskiej. Takie bałwochwalstwo okazało się niestrawne nawet dla prezesa PiS. I słusznie: w sprawie stoczni politycy PiS (i nie tylko) nie mają prawa klepać się po plecach

„W tym budynku w sierpniu 1988 roku strajkowali razem ze stoczniowcami o przywrócenie NSZZ »Solidarność« śp. prezydent RP Lech Aleksander Kaczyński oraz premier RP Jarosław Kaczyński” – miał brzmieć napis na tablicy w hali 26 na terenie wyspy Ostrów. O odsłonięciu takiej tablicy napisano w zaproszeniach na uroczystość przedstawienia nowych planów dla Stoczni Gdańskiej 31 sierpnia 2018. Organizatorzy uroczystości – NSZZ „Solidarność”, Agencja Rozwoju Przemysłu, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna – informowali:

„11:00 Odsłonięcie tablicy Św. pamięci Lecha Kaczyńskiego oraz Jarosława Kaczyńskiego, którzy przebywali w hali nr 26 w czasie strajku w 1988 r.”.

Treść zaproszenia wywołała zgryźliwe komentarze: „Brzmi dumnie” – napisał 28 sierpnia na Twitterze Lech Wałęsa.

Czy udział w strajku Lecha i Jarosława Kaczyńskich był na tyle znaczący, żeby go upamiętniać specjalną tablicą, to pytanie do historyków – zwłaszcza w przypadku tego drugiego polityka można mieć wątpliwości. Te wątpliwości najwyraźniej podziela sam prezes PiS skoro, jak oświadczyła 29 sierpnia rzeczniczka partii, „Odsłonięcie tablicy w Gdańsku to nie jest inicjatywą PiS, a Jarosław Kaczyński nic o tym nie wiedział. Nikt nie pytał Jarosława Kaczyńskiego czy można jego nazwisko na tablicy umieścić – dla jasności takiej zgody nigdy by nie dał”. Po tej deklaracji pomysłodawcy wycofali się z planu odsłonięcia tablicy.

„Ze względu na brak uzgodnienia z prezesem Kaczyńskim tablica nie zostanie odsłonięta. To decyzja najwyższych państwowych władz” – oświadczył Karol Guzikiewicz, wiceprzewodniczący zakładowej „Solidarności” i działacz PiS.

Ale jeszcze większe wątpliwości może budzić sama impreza, na której chciano odsłonić tablicę. Bowiem powrót stoczni do skarbu państwa powinien być dla polityków okazją do refleksji nad własnymi kompetencjami, a nie do świętowania osiągnięć.

Stocznia niknie w oczach

W 1990 roku „kolebka solidarności” została przekształcona w spółkę akcyjną. Skarb Państwa posiadał 61 proc. udziałów, a 39 proc. znalazło się w rękach pracowników stoczni.

W 1996 narastające zadłużenie i niewypłacalność doprowadziło spółkę do stanu upadłości. W 1998 roku syndyk masy upadłościowej sprzedał zakład Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej należącej do Stoczni Gdynia S.A i firmy developerskiej EVIP. Powstała Stocznia Gdańska – Grupa Stoczni Gdynia S.A.

W sierpniu 2006 roku nastąpiło formalne wydzielenie Stoczni Gdańskiej z Grupy Stoczni Gdynia poprzez zmianę struktury własnościowej, statutu stoczni oraz jej nazwy.

W październiku 2007 roku, parę dni przed wyborami parlamentarnymi prezes Andrzej Jaworski, kandydat PiS do Sejmu ogłosił: „Prywatyzacja stoczni jest przesądzona”.

Właścicielem miała zostać ISD Polska, spółka-córka ukraińskiego Związku Przemysłowego Donbasu. “To dobra transakcja. Nikt nie wierzył nam, że ktoś będzie w stanie wpłacić kwotę cztery razy wyższą niż jej obecny kapitał” – cieszył się Jaworski.

(“Sprzedaż to zbrodnia przeciwko narodowi, historii, Gdańskowi. Stoczni – tak jak matki – nie sprzedaje się. Powinna zostać w polskich rękach” – oburzał się Lech Wałęsa.)

Prywatyzacja została dokończona już za rządów PO. Sprzedaż większości udziałów prywatnemu inwestorowi sprawiła, że stocznia nie podzieliła losu Stoczni Gdynia (decyzją Komisji Europejskiej została ona zlikwidowana, bo otrzymała niedozwoloną pomoc państwową), ale miała przejść dalszą restrukturyzację.

NIK bezlitosny dla polityków

Proces wcześniejszej restrukturyzacji pogrążającej się w coraz głębszym kryzysie stoczni i jej ostatecznej prywatyzacji oceniła w 2009 roku Najwyższa Izba Kontroli. W raporcie NIK krytycznie ocenił działania wszystkich odpowiedzialnych za restrukturyzację i prywatyzację stoczni. Wytknął błędy:

  • kolejnym rządom;
  • Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP);
  • Korporacji Polskie Stocznie (KPS);
  • zarządom stoczni.

Jak wskazuje NIK próbowali oni podejmować działania naprawcze, jednak ich tymczasowość i krótkoterminowy charakter spowodowały, że były nieskuteczne. Tworzono wciąż nowe strategie, choć stare nie zostały zrealizowane, wielokrotnie zmieniano koncepcje i przesuwano terminy, zapewniając Komisję Europejską i stoczniowców o skuteczności najnowszych rozwiązań. Jednocześnie pomijano rzeczowe uwagi Komisji Europejskiej i krajowych ekspertów, którzy alarmowali, że przedstawiane plany są nierzetelne. Lekceważono także opinie o niezgodności planów z regułami unijnymi w części dotyczącej pomocy publicznej, która w Unii traktowana jest jako ograniczanie wspólnego rynku i dopuszczalna tylko pod ściśle określonymi warunkami.

Nowy właściciel twierdził, że go oszukano i nie znał skali wcześniejszej pomocy publicznej – okazało się, że musi oddać wielokrotnie więcej niż pierwotnie przewidywał. Raport NIK zdaje się to potwierdzać: kontrolerzy ustalili, że stocznie (nie tylko gdańska) nie wykazywały w dokumentach całości uzyskanej pomocy. Zasłaniały się długotrwałym brakiem jednoznacznych uregulowań prawnych i ostatecznych rozstrzygnięć, dotyczących kwalifikowania pomocy uzyskanej w formie gwarancji i podwyższenia kapitału zakładowego jako pomocy publicznej.

„Jedno nie ulega wątpliwości: za rządów PiS Stocznia Gdańska została sprywatyzowana skutecznie” – mówił Mariusz Błaszczak w 2009.

Cicha śmierć stoczni

Ukraińcy zostali jednak w stoczni. W 2013 roku okazało się, że zakład ma problemy z regulowaniem wypłat na czas. Stocznię kawałek po kawałku zaczęła przejmować Państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu.

„Przez niespełna dwa lata ze Stoczni Gdańsk odeszło lub zostało zwolnionych 1500 osób. Załoga liczy dziś około 200 pracowników” – pisała w listopadzie 2015 trójmiejska „Wyborcza”. Spółka nie upadła wyłącznie dlatego, że państwowe instytucje nie zażądały spłaty długów i kupiły nieruchomości, na które nie było innych chętnych.

W lipcu 2018 Państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu odkupiła udziały w Stoczni Gdańsk (i sąsiedniej GSG Towers) od ukraińskiego miliardera Serhija Taruty. Nie ujawniła kwoty transakcji.

„Musimy szybko podjąć działania rozwojowe związane z realizacją biznesplanu, aby odbudować ich potencjał i konkurencyjność, wykorzystując koniunkturę w branży stoczniowej i energetyce wiatrowej, zwłaszcza morskiej. Stocznia Gdańsk ma szansę stać się jednym z filarów przemysłu stoczniowego w Polsce” – oświadczył Andrzej Kensbok, p.o. prezesa ARP.

„Teraz pojawia się perspektywa rozwoju. Pomysł na stocznię na dziś jest taki, żeby to był zakład wielofunkcyjny korzystający z nowoczesnych technologii, które zwiększą wydajność pracy” – mówił Roman Gałęzewski, przewodniczący stoczniowej „Solidarności”.

Stocznia jest dziś – nomen omen – kadłubkiem dawnego zakładu. Zamiast 3 tys. osób (nie mówiąc już o 18 tys. w czasach PRL-owskiej świetności) zatrudnia około 100 i dysponuje jedynie częścią majątku sprzed dekady, bo większość została sprzedana na spłatę długów.

Nie wytrzymała konkurencji potężnych i tanich azjatyckich stoczni oraz fatalnego, niekonsekwentnego zarządzania przez postsolidarnościowe elity. Dla gdańszczan szczególnie smutny jest widok niszczejących i rozbieranych budynków z terenów dawnej stoczni południowej.

Słynna już hala nr 26 znajduje się na wyspie Ostrów. W styczniu 2015 roku trafiła do ewidencji konserwatora zabytków, więc jest szansa, że przetrwa kolejne nowe wspaniałe otwarcie.


Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym