Żeby odbudować przemysł naftowy w Wenezueli, potrzeba stu miliardów dolarów i dekady. Prezydent Donald Trump nie ma tyle czasu. Ale potrzebuje wenezuelskiej ropy do ugłaskiwania wyborców i prowadzenia interesów z Chinami
Na konferencji prasowej po zatrzymaniu dyktatora Nicolasa Maduro Trump wspomniał o ropie naftowej ponad dwadzieścia razy.
Nie tylko zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą teraz „zarządzać” Wenezuelą, ale napomknął też o jej „bogactwach”. Karaibski kraj ma największe potwierdzone rezerwy na świecie. Mowa o trzystu miliardach baryłek – tyle nie ma nawet Arabia Saudyjska. Trump nie byłby Trumpem, gdyby nie przyznał się (publicznie!), że interwencję w Wenezueli konsultował z amerykańskimi firmami naftowymi. Choć, przypomnijmy, swoich planów nie ustalił z Kongresem, co wytykają mu politycy Demokratów.
Wszystko dlatego, że – oczywiście zdaniem prezydenta – Wenezuela, „ukradła” ropę USA. Ale, jak można przypuszczać, Trump kompletnie mija się z prawdą.
Gdy największy producent i eksporter ropy naftowej na świecie interweniuje w państwie, które posiada jej największe rezerwy, sprawa wydaje się prosta. Ale żeby dobrze zrozumieć kontekst, należy cofnąć się do historii. Choć – jak zawsze – wiele zależy od momentu, w którym opowieść zaczniemy.
Tego dnia ówczesny prezydent Wenezueli Isaias Medina Angarita przedstawia przed Zgromadzeniem Narodowym plan wprowadzenia wyższych podatków i opłat licencyjnych dla zagranicznych firm naftowych. Dotąd były niemalże zwolnione z ceł, po tym jak na początku XX wieku generał Juan Vicente Gómez przejął władzę w Wenezueli (z pomocą Amerykanów). Odkrycia ropy i sprzedaż koncesji zagranicznym spółkom pomogły mu stworzyć jeden z najbardziej represyjnych systemów dyktatorskich w Latynoameryce. Gomez zmuszał na przykład wenezuelskich rolników do porzucenia pól i pracy dla firm naftowych. „Wenezuela rozkwita” – zachwycał się „New York Times” w 1912 roku.
Pod koniec rządów Gomeza brytyjsko-holenderski Shell oraz amerykańskie Gulf Oil i Exxon odpowiadały za 99 proc. całkowitej produkcji, a w przede dniu II wojny światowej Wenezuela zaspokajała trzy czwarte brytyjskiego zapotrzebowania.
Gdy jednak w 1943 roku Medina Angarita wprowadza nowe podatki, „NYT” donosi wówczas z ulgą: „Firmy zgadzają się na nowy podział zysków”. Od 1948 roku państwo i korporacje dzielą się nimi pół na pół. Wenezuela staje się czwartym najbogatszym krajem świata (numer jeden to USA). To z jej inicjatywy powstaje w 1960 roku OPEC (zrzeszenie producentów ropy). Chwilową zadyszkę z przełomu dekad „NYT” podsumowuje: „Mimo kryzysu (…) Romulo Betancourt cieszy się poparciem Stanów Zjednoczonych, które chętnie mu pomogą”.
Prezydent Carlos Andrés Pérez rządzi pierwszą kadencję, którą do dziś z przymrużeniem oka nazywa się okresem „arabizacji” Wenezueli. Ropa stanowi 95 proc. wartości całego eksportu i daje 70 proc. wpływów do budżetu. Światowy kryzys paliwowy sprawia, że Pérez ogłasza, śladem na przykład Libii, nacjonalizację przemysłu naftowego. Nie idzie jednak na konfrontację z amerykańskimi korporacjami, a stawia na dialog. Po długo negocjowanym porozumieniu amerykańskie firmy, np. ja Exxon i Gulf Oil otrzymują odszkodowania w wysokości około miliarda dolarów każda.
1 stycznia 1976 roku powołana do życia zostaje też państwowa spółka Petróleos de Venezuela SA (PDVSA), która w ciągu dwóch dekad – do 1998 roku – przejmie 23 rafinerie w Stanach Zjednoczonych oraz Europie. Wówczas w Wenezueli rządzi już socjalista Hugo Chávez. Jego kraj produkuje 3,5 miliona baryłek dziennie, z czego 35-50 proc. rocznie, zależnie od szacunków i sytuacji na światowych rynkach, wysyła do USA.
Tego dnia, w trakcie inauguracji trzeciej kadencji, Hugo Chávez ogłasza przed Zgromadzeniem Narodowym, że poprowadzi Wenezuelę ku tzw. socjalizmowi XXI wieku. Krzyczy: „Ojczyzna, socjalizm albo śmierć”. I zapowiada m.in. wywłaszczenie międzynarodowych firm naftowych. W tamtym momencie państwowa PDVSA jest już wyłącznie synonimem korupcji i niegospodarności, ale zgodnie z linią chavizmu „restrukturyzuje” udziały zagranicznych spółek. Niektóre z nich, jak Total, Chevron, Statoil i BP idą na kompromis i zachowują mniejszościowe udziały w swoich projektach w Wenezueli.
Firmy, które odrzuciły nowe warunki, jak amerykańskie ExxonMobil i ConocoPhillips, rzeczywiście zostały wywłaszczone. Oczywiście złożyły wnioski o międzynarodowy arbitraż, wygrały sprawy, ale zrujnowana gospodarczo Wenezuela nigdy nie wypłaciła pełnych odszkodowań. Szacuje się, że dziś zaległości wobec ConocoPhillips sięgają ok. 12 mld dolarów, w przypadku Exxon aż 20 mld.
Nie dziwi więc, że amerykańska interwencja w Wenezueli 4 stycznia 2026 była konsultowana z naftowymi hegemonami. A Trump porzucił narrację o uwikłaniu Maduro w przemyt narkotyków na rzecz odzyskiwania rzekomo „skradzionej” ropy.
– Nawet jeśli poprzedni rząd bezprawnie wywłaszczył aktywa naftowe amerykańskich firm bez godziwego odszkodowania, Wenezuela nie ukradła żadnej ropy USA – mówi w rozmowie z OKO.press wenezuelski ekonomista Oscar José Torrealba, dyrektor ds. badań w Instytucie Nauk Politycznych im. Hernána Echavarríi Olózagi w Kolumbii.
Ma rację: zgodnie z prawem międzynarodowym i zasadą ONZ o trwałej suwerenności nad zasobami naturalnymi, ustanowioną w 1962 roku, suwerenne państwa mają niezbywalne prawo do kontrolowania i dysponowania zasobami na swoim terytorium.
Gdy Chavez wywłaszczał zagraniczne korporacje, jedyną spółką amerykańską, która zdecydowała się pozostać w Wenezueli był Chevron. Rzadko wybrzmiewa to w międzynarodowych publikacjach: choć spółka w ostatnich latach znacząco ograniczyła inwestycje, to wciąż kontroluje około jedną czwartą operacji w Wenezueli. Co prawda to dwukrotnie mniej niż zrujnowana państwowa spółka PDVSA, ale wciąż więcej niż dzielące się pozostałą częścią tortu spółki joint venture z Chin, Rosji i Europy (na przykład Eni i Repsol).
Gdy w 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, Waszyngton złagodził niektóre ograniczenia nałożone na Wenezuelę, a Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych Departamentu Skarbu przyznało Chevronowi specjalne licencje na wznowienie eksportu z jego wenezuelskich spółek joint venture. A w październiku 2025 roku gigant naftowy otrzymał nowe zezwolenie na wydobycie ropy naftowej w Wenezueli.
„Chevron jest obecny w Wenezueli od 102 lat i mam nadzieję, że firma będzie tu działać bez problemów przez kolejne 100 lat” – mówił wówczas dyktator Maduro.
„Wzrost produkcji ropy naftowej w Wenezueli nastąpił dzięki Chevronowi” – podkreślał Francisco J. Monaldi, specjalista ds. polityki energetycznej w Instytucie Bakera Uniwersytetu Rice w Houston w Teksasie w listopadowej rozmowie z „Deutsche Welle”.
Dziś Chevron uznaje się za kluczową firmę, jeśli chodzi o przyszłość wenezuelskiego przemysłu naftowego. Jak szacują eksperci, ewentualne podwojenie produkcji – oczywiście zakładając zaangażowanie firm z USA – zajmie od dwóch do trzech lat. Wówczas Wenezuela produkowałaby dokładnie tyle samo baryłek dziennie, ile obecnie produkuje tylko i wyłącznie stan Teksas.
Co prawda niektórzy eksperci szacują, że produkcja mogłaby wzrosnąć do 4 mln, a nawet 5 mln baryłek, ale wymagałoby to inwestycji rzędu stu miliardów dolarów i co najmniej dekady. A to oznacza zyski w czasach, których Trump może już nie doczekać. Na pewno nie w roli prezydenta USA.
Mimo to zapowiedział już w mediach społecznościowych, że Wenezuela będzie wysyłać do USA od 30 do 50 milionów baryłek ropy. A sekretarz ds. energii Chris Wright poinformował, że USA „zamierzają zachować znaczną kontrolę nad wenezuelskim przemysłem naftowym, w tym poprzez »nieograniczony« nadzór nad sprzedażą krajowej produkcji”.
Tylko, że to w żaden sposób nie uratuje Wenezueli.
– Jeden z głównych problemów wenezuelskiej gospodarki stanowi fakt, że jest oparta na jednym produkcie.
Wszystko kręciło się i kręci wokół ropy naftowej.
– To spowodowało wielki kryzys i sprawiło, że kraj i jego ekonomia są bardzo wrażliwe i kruche – podkreśla ekonomista Torrealba. – Wraz z transformacją polityczną należałoby dołożyć wszelkich starań, aby zmniejszyć zależność od ropy.
Dziś Wenezuela produkuje poniżej miliona baryłek dziennie, czyli odpowiada za mniej niż 1 procent globalnego wydobycia.
– W latach rządów chavizmu i Maduro państwowa spółka naftowa, została praktycznie całkowicie zniszczona. Koszt odbudowy wenezuelskiego przemysłu naftowego jest niezwykle wysoki. Nasuwa się więc zasadnicze pytanie: „Czy warto?”. Oczywiście, biorąc pod uwagę koszty, które się z tym wiążą – zastanawia się Torrealba. – A przecież zwrot z ewentualnych inwestycji nie jest gwarantowany, bo wydaje się bardzo mało prawdopodobne, by ceny ropy ponownie przekroczyły sto dolarów za baryłkę.
– To narracja skierowana do wyborców krajowych. Już nie narkotyki czy uwikłanie Maduro w przemyt, a właśnie ropa. Ludzie Trumpa musieli przeprowadzić sondaże w USA i zdali sobie sprawę, że retoryka naftowa może być bardziej atrakcyjna. Zmienili więc kurs i teraz słyszymy, jak Amerykanie powtarzają: będziemy mieli dostęp do ropy, będziemy zarządzać Wenezuelą, nic to nie będzie nas kosztowało – mówi OKO.press wenezuelski ekspert Parsifal D’Sola Alvarado, który kieruje Centrum Badań Latynoamerykańsko-Chińskich z siedzibami w Bogocie i Madrycie.
– A każdy, kto ma choćby podstawową wiedzę o tym, jak działa zdewastowany przemysł naftowy w Wenezueli wie, że wymaga on dwóch fundamentalnych rzeczy: wielomiliardowych inwestycji i wykwalifikowanego personelu, którego w Wenezueli już nie ma.
„Długoterminowe interesy Waszyngtonu wymagają płynnej transformacji politycznej w Caracas, a nie krótkowzrocznego merkantylizmu” – pisze na łamach „Foreign Policy” Jason Bordoff, dyrektor Centrum Globalnej Polityki Energetycznej w Szkole Spraw Międzynarodowych i Publicznych Uniwersytetu Columbia.
Tyle że, jak podkreśla dla OKO.press Parsifal D’Sola Alvarado, wypowiedzi Trumpa nacechowane są właśnie „silnym komponentem merkantylistycznym”. – Amerykanie mówią, że będą sprzedawać ropę na arenie międzynarodowej. A kto jest największym nabywcą wenezuelskiej ropy? – pyta D’Sola Alvarado. – Oczywiście Chiny. A przecież Pekin byłby zadowolony: pozbędzie się problemu z unikaniem sankcji, wszystko będzie legalne, ropę będzie można kupić na wolnym rynku.
Trump to wie. I myśli jak biznesmen, a nie polityczny strateg. Traktuje wenezuelską ropę jak łup wojenny, który może szybko spieniężyć. W tej sytuacji demokratyczna transformacja polityczna w Wenezueli schodzi na dalszy plan.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.
Komentarze