14 sierpnia 2020

Przemoc i toporna propaganda nie zatrzymały rewolucji. Białorusini nie cofają się przed dyktatorem

Białoruska telewizja publiczna pokazuje, jak w mieszkaniach „organizatorów protestów” odkrywane są worki z setkami dolarów i euro, a pobici „młodzi chuligani” deklarują na wizji, że odechciało im się protestowania. Ale propaganda i przemoc nie zatrzymują rewolucji

Z Białorusi codziennie spływają nowe informacje i powoli krystalizuje się z nich obraz rewolucji. To rewolucja ogólnokrajowa i powszechna, a jej liderkami są kobiety. To wreszcie rewolucja pokojowa, ale tylko jednostronnie – na niewyobrażalną na Zachodzie falę systemowej przemocy Białorusini reagują coraz to nowymi, twórczymi sposobami okazywania obywatelskiego nieposłuszeństwa. Żądają wciąż tylko jednego – wolnych wyborów.

Tysiące obywateli i obywatelek

W OKO.press niejednokrotnie pisaliśmy już, że dotychczas wielotysięczne demonstracje były w Białorusi ewenementem. Występowały przy tym wyłącznie w stolicy kraju - Mińsku. W XXI wieku można wyznaczyć tylko dwa momenty, w których na ulicach znalazło się więcej niż 10 tysięcy osób – lata 2006 i 2010, a i ta pierwsza data jest pod tym względem niepewna.

W 2020 roku sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W tym tygodniu Białorusini codziennie wychodzą na ulice dziesiątkami tysięcy. Władza aresztuje i bije już nie setki, a tysiące swoich obywateli.

W 2016 roku w Białorusi dokonano denominacji pieniądza (w stosunku 10 000 do 1). Od niedzieli ulice kraju wyglądają tak, jakby w białoruskim społeczeństwie zaszedł proces odwrotny: w ludziach tysiąckrotnie wzmogła się masowa potrzeba zmian.

Tysiące represjonowanych

Po czterech dniach powyborczych protestów białoruskie MSW przyznaje się do zatrzymania niemal 7000 osób. A przecież jeszcze przed wyborami liczba zatrzymanych wynosiła ponad 1,5 tys., przy czym wyroki dla aresztowanych sumowały się do niemal 3,5 tys. dni więzienia. W najbliższych dniach prawdopodobnie zostanie przekroczona granica 10 tys. zatrzymanych. Takie liczby trudno sobie wyobrazić. Jeszcze trudniej pojąć, że część z tych ludzi trafiła tam przypadkiem – ze spaceru lub wyjścia do sklepu, nie biorąc udziału w pokojowych demonstracjach.

Po 9 sierpnia setki osób odniosło większe lub mniejsze rany wymagające hospitalizacji. Obecnie wiadomo na pewno o trzech ofiarach śmiertelnych, w tym mężczyźnie, który zmarł w konsekwencji pobicia. Jedna z protestujących osób ma ranę od postrzału ostrą amunicją. W wyniku eksplozji granatów hukowo-błyskowych wiele osób straciło palce u stóp i rąk. Część z rannych zostanie już na zawsze niepełnosprawna.

Wychodzą pierwsi zatrzymani, którzy trafili do aresztów 9 sierpnia. Ich opowieści o przemocy OMON-u mrożą krew w żyłach.

Zatrzymani muszą leżeć na klęczkach przez całą noc, a jeśli zdarzy im w tej pozycji zasnąć, to są budzeni ciosem pałką.

W celach jest niewystarczająca ilość miejsca, by wszyscy mogli jednocześnie spać; czasem ludzi jest tak wielu, że zmuszani są do leżenia na sobie warstwami.

Wypuszczani noszą ślady systematycznego i brutalnego bicia. Często muszą niezwłocznie udać się do szpitali czy przychodni. Na płotach spacerniaków widać smugi krwi. Uwolnieni donoszą też o „celach tortur”, z których dochodzą niemal nieprzerwanie krzyki przesłuchiwanych tam ludzi.

Specjalny status dziennikarzy

Część z aresztowanych to akredytowani dziennikarze, którzy w trakcie zatrzymań mieli na sobie identyfikatory i oznaczone kamizelki. Filmy dokumentujące zatrzymania mogą świadczyć o tym, że kamizelki z napisem PRESS sygnalizują OMON-owcom priorytetowy cel przemocy. Aresztowanych dziennikarzy są już dziesiątki, a tylko nieliczni nie byli przy zatrzymaniu pobici, nierzadko brutalnie.

Korespondentowi Biełsatu z Grodna, Janowi Romanowi, przy zatrzymaniu wybito kopnięciami 4 zęby. 11 i 12 sierpnia dziennikarze nie tylko byli niezwykle skrzętnie wyłapywani, ale też publicznie, w biały dzień, kopani i bici.

Wieczorem w środę 12 sierpnia pojawiły się pierwsze doniesienia o tym, że oddziały wojsk wewnętrznych przeszukują hotele, w których zameldowani są dziennikarze. Świadkiem jednego z takich przeszukań była polska grupa reporterów, w skład której wchodził między innymi Maciej Piasecki z OKO.press.

Przemoc nie do zniesienia

Mimo że protestujący dzień w dzień próbują przywracać pokojowe nastawienie do manifestowania swoich postulatów, niektórzy z nich nie wytrzymują represji stosowanych na nich samych bądź ich bliskich. W efekcie w trakcie starć w pierwszych dwóch dniach protestów doszło do kilku incydentów z rzucaniem koktajli Mołotowa lub pobiciami OMON-owców.

Co więcej, podczas niektórych prób zatrzymań samochodów doszło do pojedynczych potrąceń zatrzymujących te pojazdy funkcjonariuszy, a część z potrąconych musiała być w konsekwencji hospitalizowana.

W internecie krążą również zdjęcia rozpoznanych podczas protestów OMON-owców wraz z ich adresami i informacjami o członkach rodziny. Pod adresem ich i ich rodzin wysuwane są groźby i dokonywane są próby zastraszenia.

Zniszczona sielanka Łukaszenki

Aleksandr Łukaszenko przez dekady za pomocą mediów propagandowych budował wizję Białorusi mlekiem i miodem płynącej. Chciał, by ludzie uwierzyli, że w porównaniu z krajami ościennymi, a zwłaszcza należącymi do Unii Europejskiej, jego Białoruś to kraj spokojny i dostatni. Teraz rękami resortów siłowych niszczy to, co mogłoby świadczyć za jego narracją.

Dzisiaj brak internetu i strajki w dużych zakładach pracy podkopują podmyty przez COVID-19 zamek z piasku, jakim jest od wielu lat białoruska gospodarka. Już teraz ekonomiści szacują, że koszt jednego dnia bez internetu dla gospodarki tego państwa przekracza 50 milionów dolarów. Zagraniczni inwestorzy, dotychczas zakochani w białoruskiej branży IT, też tracą entuzjazm do ewentualnych przyszłych projektów w tym kraju.

Może dlatego 13 sierpnia zamaskowani mężczyźni w czarnych ubraniach z nieznanych dotąd przyczyn wtargnęli jednocześnie do siedzib Yandexa i Ubera w Białorusi. (Yandex to ogromny, rosyjskojęzyczny portal informacyjny połączony z pocztą internetową). Popołudniu tego samego dnia pojawiły się doniesienia, że państwo chce zamrażać konta oskarżonych i przedsiębiorstw, z którymi są związani, żeby jakoś zakopać dziurę w budżecie, wyrytą przez koszt nadgodzin OMON-owców i gumowych kul.

Za zamkniętymi drzwiami sądów, aresztów i przypadkowych budynków padają wyroki o kolejnych grzywnach lub dziesiątkach dni więzienia. W większości tych procesów nie biorą udziału adwokaci, bo nie wiedzą, gdzie znajdują się reprezentowani przez nich ludzie.

Łukaszenko żyje w przeszłości

Taka rzeczywistość już zdaje się cytatem z George’a Orwella, a jeszcze dopełnia ją sącząca się z ekranów propaganda. Białoruska telewizja publiczna pokazuje, jak w mieszkaniach „organizatorów protestów” odkrywane są worki z setkami dolarów i euro, a pobici „młodzi chuligani” deklarują na wizji, że odechciało im się protestowania.

W jednej dzielnicy drukuje się propagandowe gazety z wielkim zdjęciem Łukaszenki święcącego triumf w wyborach, a w innej dzielnicy milicjanci wyciągają z samochodu i biją oznakowanych dziennikarzy państwowej „Komsomolskiej Prawdy”, legitymujących się przecież swoimi identyfikatorami.

Sam Łukaszenka nazywa protestujących bandą kryminalistów. Telewizja określa ich jako narkomanów. Białorusini słyszeli to przez ostatnie 26 lat – niemal te same kadry, ze stosami imperialnych dolarów i brudnymi strzykawkami „opozycjonistów” państwowe media pokazywały w 2006 i 2010 roku.

Białorusini skaczą w przyszłość

W obliczu wszystkich trudności Białorusini pozostają kreatywni. Próbują za wszelką cenę unikać bezpośredniej konfrontacji. Kiedy otrząsnęli się z niespodziewanej i niewytłumaczalnej skali przemocy, z jaką musieli się zmierzyć, zaczęli szukać nowych metod na obejście reżimowych represji.

Wykorzystują wszystkie możliwe sposoby, by pokazywać sobie nawzajem, jak dużo jest przeciwników Łukaszenki wśród ich współobywateli.

Powyborcza noc, ta z 9 na 10 sierpnia, nauczyła manifestantów blokowania ulic własnymi samochodami. Korzystając z tej nowo nabytej umiejętności mieszkańcy większych miast Białorusi zorganizowali wieczorem 12 sierpnia blokadę dróg w swoich miastach, która zakończyła się imponującym pokazem liczebności ruchu dążącego do demokratyzacji Białorusi.

10 sierpnia wejście w zasięg wzroku funkcjonariuszy OMON-u lub żołnierzy wojsk wewnętrznych zaczęło oznaczać wysokie prawdopodobieństwo postrzału, pobicia lub zatrzymania (albo wszystkich tych form przemocy razem wziętych). Dlatego protestowanie musiało z czasem przybrać również formy dystansowe.

Białorusini zaczęli milicjantom świecić w oczy laserami czy obrażać ich z okien osiedli, nazywając ich przede wszystkim faszystami (фашисты) i oprawcami (каратели).

Z tych samych okien zaczęli sobie dodawać otuchy śpiewem i pokrzykiwaniami. Z nich też urządzają teatry cieni na ścianach sąsiednich bloków, pokazując sobie wzajemnie ułożenia rąk kojarzone z ruchem, któremu liderowały Cichanouska, Kolesnikowa i Cepkała.

Wreszcie 11 sierpnia ogłoszony został ogólnokrajowy strajk generalny. Zaczął się niemrawo: dołączyły do niego przede wszystkim małe przedsiębiorstwa, czasami wspólnoty (na przykład bazar) i Białoruskie Metalurgiczne Zakłady w Żłobinie (BMZ). Strajkujący z Żłobinie szybko zresztą wrócili do pracy. Tego dnia do strajku przyłączyli się również prezesi 140 czołowych prywatnych przedsiębiorstw kraju, którzy podpisali list otwarty wzywający władze do zaprzestania przemocy.

Mimo to nazajutrz pracownicy kilku kolejnych przedsiębiorstw zdecydowali się zażądać zaprzestania przemocy i przeprowadzenia wolnych wyborów.

Należy wyróżnić największy z nich: Miński Zakład Elektromechaniczny im. Kozłowa, który pierwszy tego dnia odmówił pracy. W tym samym dniu publicznie zaplanowano strajk w Białoruskiej Narodowej Akademii Nauk.

W czwartek 13 sierpnia naprawdę można było powiedzieć, że zatrzymał się cały kraj. Strajki objęły największe przedsiębiorstwa i fabryki kraju, takie jak BelAZ, MAZ, MTZ i Grodno „Azot”, a pracownicy tych zakładów wyszli by tłumnie okazywać wsparcie dla Cichanouskiej i żądać wolnych wyborów.

Z identycznym żądaniami wyszli na ulice medycy z licznych placówek i szpitali w całym kraju.

Bycie częścią reżimu staje się nie do zniesienia

Co łatwo przewidzieć, wielu przedstawicieli kultury wzywa Łukaszenkę, by podał się do dymisji – w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Pisarka Swietłana Aleksiejewicz, noblistka z 2015 roku, zwraca się do niego publicznie, żeby „odszedł, zanim będzie za późno”. Znany kompozytor Władimir Spivakov odmówił przyjęcia medalu od dyktatora, deklarując, że wstydziłby się go nosić.

Uczestnictwo w spirali przemocy odbija się też na mundurowych. Coraz więcej z nich odchodzi ze służby, z dumą publikując przy tym w mediach społecznościowych zaświadczenia o zwolnieniu z pracy lub prośby o zwolnienie.

Tak samo przybywa z godziny na godzinę filmików nakręconych przez byłych wojskowych, którzy wyrzucają swoje mundury do śmieci lub palą je na znak protestu wobec metod wykorzystywanych przez władzę.

Poza tym publicznie z pracy odeszło też wielu prezenterów i prezenterek państwowej telewizji, którzy podobnie do mundurowych oświadczają na swoich profilach, że nie chcą przykładać ręki do tego, co robi teraz państwo swoim obywatelom. Pojawił się nawet przypadek pracownika kancelarii prezydenta, który zdecydował się na taki krok.

Rewolucja jest kobietą

Kobiety, które skonsolidowały ten ruch, dzisiaj są rozdzielone. Swiatłana Cichanouska została psychologicznie złamana i wywieziona na Litwę. Weranika Cepkała sama zdecydowała się wyjechać, kiedy jeszcze mogła to zrobić dobrowolnie. Głos Marii Kolesnikowej, mimo że jest wciąż obecna w Mińsku i aktywna, ginie w natłoku informacji spływających ze wszystkich stron kraju nieprzerwanym strumieniem.

Wszystkie trzy wzywają do zaprzestania przemocy i pokojowego manifestowania postulatów.

Trudno natomiast powiedzieć, żeby te trzy kobiety w tym momencie przewodziły Białorusinom. Dzisiejsze protesty nie mają już konkretnego przywódcy, zresztą tak naprawdę od początku nie miały. Łukaszenko złamał Cichanouską, mógłby złamać z pewnością każdego z osobna, ale nie jest w stanie złamać wszystkich naraz. A przynajmniej niewiele na to dzisiaj wskazuje.

Wielotysięczne protesty były regularnie i metodycznie rozbijane, z dnia na dzień z coraz większą brutalnością i determinacją. Młodzi mężczyźni, a później także ci w średnim wieku, stali się celem ataków i łapanek OMON-u, w efekcie czego to Białorusinki zdecydowały się wyjść na ulice nie po zmroku, a w dzień.

Już 12 sierpnia pojawiły się w wielu białoruskich miastach łańcuchy wolności, które w przytłaczającej większości tworzyły kobiety ubrane często w białe ubrania. Ludzie, którzy przez cały dzień przyłączali się do kobiet, zostali na ulicach do późnych godzin wieczornych, a już następnego dnia z samego rana kontynuowali tworzenie ciągnących się kilometrami łańcuchów. 13 sierpnia w Mińsku łańcuch protestujących powstał już koło 8 rano miejscowego czasu.

Tysiące kobiet przemaszerowało tego dnia przez ważne i mniej ważne miasta Białorusi, by żądać zaprzestania przemocy. Łańcuch wolności w Mińsku utworzyli również studenci Uniwersytetu Medycznego. OMON-owcy przyjechali na miejsce, ale nie wiedzieli co mają zrobić.

Na razie nie zdecydowali się bić kobiet tak samo zajadle jak mężczyzn. Należy jednak odnotować, że pojedyncze przypadki pobić się pojawiły.

Zmagania o bycie usłyszanym

Białorusini w swoim kraju walczą o wolność wszystkimi możliwymi pokojowymi sposobami. To samo starają się robić ich rodacy i sojusznicy za granicą. Organizują się oni oddolnie w grupy wsparcia i wyznaczają cele najbardziej potrzebnej pomocy. Coraz głośniej w całej Europie zaczyna mówić się o wprowadzeniu sankcji wobec Łukaszenki i jego otoczenia.

W Warszawie pod siedzibą przedstawicielstwa Komisji Europejskiej rozpoczęła się głodówka, której celem jest właśnie wymuszenie odmrożenia sankcji wobec białoruskiego dyktatora. W sprawę zaangażowała się już znaczna część polskich polityków wszystkich opcji, a 12 sierpnia polski Senat przyjął jednogłośnie uchwałę potępiającą działania reżimu Łukaszenki.

W Litwie natomiast na wniosek Białorusinów mieszkających na miejscu sieć telefoniczna Tele2 Lietuva zniosła całkowicie opłaty za telefonowanie do Białorusi, by ułatwić komunikację z osobami mieszkającymi na miejscu. Starania o podobne rozwiązania są czynione w również Polsce.

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne