0:000:00

0:00

Pani Krystyna Łepkowska za dwa lata z małym okładem mogłaby pójść na zasłużoną emeryturę. W Szpitalu Ogólnym w Grajewie pracuje od 35 lat. Ma duszę społecznika, więc od dawna działa w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Pielęgniarek i Położnych. Najpierw jako zwykła członkini, potem wiceprzewodnicząca, od dwóch kadencji przewodnicząca organizacji związkowej na terenie grajewskiego szpitala.

Kilkanaście dni temu poszła na zwolnienie lekarskie. W tym czasie dostała pocztą do domu pismo podpisane przez dyrektora placówki lek. med. Sebastiana Wysockiego zwalniające ją z pracy. Zwolnienie miało charakter dyscyplinarny (z winy pracownika) ze skutkiem natychmiastowym (bez zachowania okresu wypowiedzenia).

Niewygodne pytania

„Nogi się pode mną ugięły” – mówi Krystyna Łepkowska. „Poczułam się tak jakbym zrobiła krzywdę pacjentowi albo wręcz go zabiła”.

„Pan dyrektor szukał na mnie haka, bo jako związkowiec zadawałam niewygodne pytania. W pismach kierowanych do pana dyrektora upominałam się o prawa pracownicze, o normy zatrudnienia, o pieniądze należne pracownikom” – tłumaczy Krystyna Łepkowska.

Grajewo to miasto powiatowe położone w województwie podlaskim, liczące ok. 22 tys. mieszkańców. Miejscowy Szpital Ogólny im. dr Witolda Ginela jest sporą placówką. Jest w nim 9 oddziałów plus SOR i blok operacyjny. Przy szpitalu działa 17 poradni specjalistycznych, a także nocna i świąteczna opieka i Zespół Leczenia Środowiskowego.

Szpital jest zadłużony na ok. 33 mln zł. Jego właścicielem jest miejscowe starostwo. Poprzedni dyrektor zrezygnował z funkcji jesienią 2019 roku. Starosta w październiku ubiegłego roku powołał na to stanowisko lekarza ortopedę - Sebastiana Wysockiego.

Wody już nie kupuje

Nowy dyrektor odziedziczył placówkę w nie najlepszym stanie, ale też od samego początku dał się poznać jako despotyczny, trudny do współpracy i mało kulturalny zarządca.

„W którejś rozmowie powiedział wprost, że nienawidzi związków” – mówi Krystyna Łepkowska.

„Na samym początku zdarzył się też przykry incydent. Dyrektor zaraz po objęciu stanowiska wyrzucił dokumenty z pokoju związkowego na korytarz. Powiadomiła nas o tym pracująca w naszym biurze pani radna. Musiałyśmy biec, żeby je szybko zabezpieczyć. Przecież tam były wszystkie akta sadowe” – ciągnie Krystyna Łepkowska.

„Przeżyłam już wielu dyrektorów, ale takiego jeszcze nie spotkaliśmy. Nie ma spotkań, nie ma rozmów. Z poprzednimi dyrektorami zawsze szliśmy jako związkowcy na ustępstwa. Wiadomo, mamy dług. Rozumiemy to, bo to jest nasz zakład pracy. Ale pracownik nie może być traktowany w taki sposób, jak przy obecnym dyrektorze”.

„Nawet wody już nam nie kupuje, bo stwierdził, że to za dużo kosztuje. Za to zlecił firmie zewnętrznej za duże pieniądze promocję zdrowia".

15 lutego, tuż przed samą epidemią, zwolnił doświadczoną pielęgniarkę epidemiologiczną. Teraz naczelna pielęgniarka jest na pół etatu naczelną i na pół etatu epidemiologiczną.

Pozwalniał część pielęgniarek emerytek na oddziale zakaźnym. Dowiedziały się o nieprzedłużeniu umowy w dzień wigilijny. Można było chociaż przeczekać ten czas, żeby święta spędziły normalnie.

Nie wiem z jakiego powodu dyrektor zwalnia emerytki. One nas bardzo wspierają. Gdyby nie ich obecność, niektóre oddziały trzeba by zamknąć. Ale o tym kto będzie miał przedłużoną umowę a kto nie, zależy wyłącznie od widzimisię pana dyrektora.

Długa lista zastrzeżeń

Lista zastrzeżeń związkowców jest bardzo długa. W piśmie z 2 marca 2020 podpisanym przez wszystkie związki zawodowe w szpitalu (różnych związków jest tu 6, często mają rozbieżne interesy, w tym wypadku jednak podpisały się zgodnie) jest aż 27 pytań i 11 żądań.

Wśród pytań są m.in. takie:

  • „Dlaczego planuje się dalsze inwestycje w kolejne oddziały i jakie korzyści one dla Szpitala przyniosą, czy bierze się pod uwagę zapewnienie odpowiedniej ilości kadry medycznej (lekarze, pielęgniarki) w chwili, gdy są duże braki personelu?”
  • „Dlaczego pielęgniarki i położne pełniące dyżury w macierzystych oddziałach są zmuszane do zabezpieczenia i pomocy innych oddziałów? (…) stwarza to zagrożenie dla zdrowia i życia pacjenta”
  • „Dlaczego nie są przestrzegane normy dotyczące zatrudniania pielęgniarek i położnych na poszczególnych oddziałach?”
  • „Dlaczego dyrektor nie podjął z NFZ pieniędzy, które należały się pielęgniarkom i położnym z tytułu rozporządzenia Ministra Zdrowia, pomimo komunikatów rozesłanych przez NFZ dnia 4 lutego do poszczególnych szpitali. Dla naszego szpitala byłaby to kwota 180,974,62 zł.”

2 pielęgniarki na ponad 40 pacjentów

Na wspomnianej liście wiele pytań i postulatów dotyczy pielęgniarek i położnych. To chyba najaktywniejszy związek z szpitalu, a jego przewodnicząca Krystyna Łepkowska nie odpuszcza i pisze w imieniu koleżanek liczne pisma.

„W jednym z nich prosiłyśmy o wyjaśnienie sprawy z oddziałem kardiologii i interny – opowiada działaczka. „W marcu 2020 z interny wyodrębniono nowy oddział kardiologiczny, ale pielęgniarki nie dostały nowych angaży i nie wiadomo do którego oddziału przynależymy. Prowadzimy więc we 2 pielęgniarki ponad 40 pacjentów i musimy uważać w papierach, czy jest to pacjent kardiologiczny, czy internistyczny. Musimy to odpowiednio stemplować, uważać na badania, dietę, itd.”

Kością niezgody stały się też niepodjęte przez dyrektora pieniądze z NFZ należące się pielęgniarkom. Chodzi o tzw. zembalowskie OWU (Ogólne Warunki Umowy), czyli wynegocjowane przez pielęgniarki dodatki jeszcze za ministra zdrowia prof. Mariana Zembali w 2015 roku.

Dyrektorzy muszą o te pieniądze występować do NFZ, dyrektor tego jednak nie zrobił. Szpitala to nic nie kosztuje, ale trzeba wysłać odpowiednie dokumenty.

„Podczas posiedzenia Rady Społecznej spytałam dyrektora, dlaczego nie wystąpił o te fundusze. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że pan dyrektor kontaktował się z dyrektorami 3 pobliskich placówek i że oni też nie pobrali tych pieniędzy. Czy to znaczy, że pan dyrektor nie umie czytać rozporządzeń?” – pyta Łepkowska.

Zwolnienie dyscyplinarne

Pytań i wątpliwości było wyraźnie za dużo. Dyrektor Wysocki postanowił coś znaleźć na waleczną przewodniczącą. I znalazł.

Okazało się, że pod koniec stycznia 2020 Krystyna Łepkowska zamieniła się z koleżankami na trzy dyżury.

„Mam córkę w Niemczech. Jest wdową, ma dwoje małych dzieci – 6 i 4 lata” – opowiada Łepkowska. „Trafiła do szpitala. Ma dobre sąsiadki, zaopiekowały się dziećmi, ale natychmiast pojechałam na miejsce, by tę opiekę przejąć. Pobyt córki w szpitalu niestety się przedłużył i nie mogłam wrócić na 3 dyżury - 25, 26 i 31 stycznia. Zadzwoniłam do koleżanek. Zgodziły się pomóc. Zawiadomiłam oddziałową, powiedziałam »Wszystko załatwione, nie musisz się martwić o zastępstwo«.

Takie rzeczy zdarzały się już w naszym szpitalu. W innych zresztą też”.

Dyrektor Wysocki w zwolnieniu dyscyplinarnym napisał:

„Kontrola przeprowadzona u pracodawcy na początku maja 2020 roku wykazała, że była Pani nieobecna w zakładzie pracy i nie świadczyła Pani pracy w dniu 25.01.2020, w dniu 26.01.2020 (dyżur nocny) oraz w dniu 31.01.2020 (dyżur nocny), pomimo wyznaczenia dyżurów. Mimo to podpisała Pani listę obecności oraz złożyła Pani fałszywe oświadczenie wskazujące na to, że w ww. dniach świadczyła Pani pracę, zgodnie z grafikiem.

(….) W dniu 13.05.2020 r. pielęgniarka oddziałowa potwierdziła, że nie została przez Panią poinformowana o nieobecności w ww. dniach (…)”.

- Nie mogła Pani wziąć urlopu na żądanie? – pytam.

- Nie. U nas się tego nie praktykuje, bo nie ma komu pracować.

- A jak w końcu było z oddziałową – wiedziała czy nie?

- Wszystko z nią uzgodniłam, ale przez telefon, nie mam tego na piśmie. Pracownicy są u nas zastraszeni. Może z tego powodu tak teraz powiedziała dyrekcji?

Mam taki bój w sobie

Dyrektor zarzuca też Łepkowskiej, że naraziła szpital na dodatkowe koszty.

„To nieprawda” – mówi działaczka. „Szpital nie dołożył ani złotówki. Ja odrabiam te dyżury za koleżanki. Jeden już odrobiłam. Nie wiadomo co będzie z drugim, bo zostałam zwolniona”.

W zwolnieniu jest także mowa, że podobna sytuacja zdarzyła się już w roku 2005. „Podobne Pani zachowanie zostało ujawnione, za co została Pani ukarana karą porządkową upomnienia” – czytamy w uzasadnieniu decyzji dyrektora.

- Rzeczywiście 15 lat też się zamieniłam na dyżur. Też nagła sytuacja. Ówczesny dyrektor wezwał mnie. Powiedziałam, że wszystko biorę na siebie i żeby koleżanki nie odpowiadały. Powiedział, że rozumie, bo też jest człowiekiem. Dostałam upomnienie.

- A teraz dyrektor spytał z jakiego powodu nie stawiła się Pani w pracy?

- Nie, nie rozmawiał ze mną. Wezwał tylko koleżankę, która wzięła za mnie dyżur i opowiadała mi, że poczuła się jakby oglądała film z czasów PRL. „Weszłam do gabinetu i usłyszałam: »Proszę nie kłamać, bo tutaj już były 3 osoby. Proszę powiedzieć, jak było«”. Mówi, że owszem, pełniła dyżur za koleżankę, która zadzwoniła i powiedziała, że ma pilną sprawę rodzinną. Kazał jej pójść do innego pokoju i napisać to w obecności pani kadrowej i pana inspektora. Napisała. Powiedział, że ona też poniesie konsekwencje. Spytała jakie. Nie uzyskała odpowiedzi.

- I co teraz?

- Czasem zastanawiam się, czy nie odpuścić. Ale z drugiej strony mam taki bój w sobie. Nie może być przecież takiej niesprawiedliwości.

Co bym chciała? Żeby to wyszło na światło dzienne. Nie wiem, jak się potoczy mój los, ale może przynajmniej inni pracownicy ulgę będą mieli. Może im się poprawi?

Pojedynczo na dyżurach

Aneta Szulc, położna ze szpitala w Grajewie, wiceprzewodnicząca związkowej organizacji pielęgniarek i położnych w grajewskiej placówce: „To jakaś rażąca bzdura. Nie było zagrożenia życia, nie było wyłudzenia pieniędzy. Takie rzeczy mają miejsce, zamieniamy się. Zawsze są jakieś losowe, życiowe sytuacje.

Myślę, że to ogólna nagonka na przewodniczącą Związku. Powstały 2 oddziały, nie ma angaży. Są różne niedociągnięcia prawne, a ona pisała pisma, upominała się. Dyrektor chciał to zamieść pod dywan. Chciał się pozbyć niewygodnej osoby i to zrobił.

W tej konkretnej sytuacji nie było żadnego zagrożenia dla pacjentów, bo na to samo miejsce weszła druga pielęgniarka z tą samą specjalizacją.

Większym niebezpieczeństwem jest to, jak pozostawiają nas na dyżurach pojedynczo.

I musimy ciągnąć ten dyżur same, niezależnie od tego, ile mamy zabiegów operacyjnych. Musimy zawieźć pacjentów na zabieg, przywieźć. Musimy wychodzić do laboratorium. Nie mamy centralnej sterylizatorni, więc musimy chodzić do sterylizacji. W moim przypadku muszę zabezpieczać jeszcze blok porodowy.

Bywa tak, że zostawiamy pacjentki na oddziale bez żadnej opieki nawet na godzinę, bo nie przewidzisz, jak długo będzie trwał drugi okres porodu. Mamy też pacjentki po cięciach cesarskich, które ja mam uruchamiać po zabiegu. A w jaki sposób ja sama mam uruchomić pacjentkę, która waży 150 kg?

Praktyka zamiany dyżurów w szpitalu istnieje i dyrektor świetnie o tym wiedział.

Byłam na starostwie, tłumaczyłam całą sytuację. Wiem, że starosta rozmawiał z dyrektorem.

My jako związek napisaliśmy długie pismo do dyrektora w obronie koleżanki żądając przywrócenia jej do pracy i tłumacząc, że decyzja była niezgodna z prawem z wielu względów. Dyrektor nie dotrzymał m.in. obowiązku konsultacji tej decyzji ze związkami.

Od kilku dni nasz Związek i inne organizacje ze szpitala staramy się o spotkanie z dyrektorem. Dwukrotnie już je odwołał. Podobno ma do niego dojść w przyszłym tygodniu".

Sprawa jest wygrana

Krystyna Ptok, Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (na kraj):

"Ta sprawa jest wygrana w sądzie pracy z prostego faktu - pracodawca w ogóle nie powiadomił o zamiarze zwolnienia pracownika organizacji związkowej. Nawet gdyby pani Łepkowska nie była przewodniczącą związku - co już w ogóle jest sytuacją kuriozalną, bo przewodniczący są szczególnie chronieni przed zwolnieniem - i tak dyrekcja w sprawie każdego pracownika jest zobowiązana konsultować takie decyzje ze związkiem".

- Czy dyrektor może zasłaniać się ustawą COVID-owską mówiąc, że działał w specjalnym trybie?

- Nie. W tym zakresie ustawa niczego nie zmieniła. Sąd na pewno zgłosi nieprawidłowość, ale co się człowiekowi nerwów napsuje, to jego. Pani Łepkowska jest roztrzęsiona, w złym stanie psychicznym, na dodatek 2 lata przed emeryturą.

- Były już podobne sprawy w Polsce?

- Tak, ludzie się zamieniają na dyżury. To odbywało się też zwyczajowo w szpitalu w Grajewie, tylko nie było na to procedur. W moim szpitalu przy zmianie grafiku, składam informację, podpisuję się, podpisuje się moja bezpośrednia przełożona, to idzie do pielęgniarki naczelnej i ona albo wyraża zgodę, albo nie. Jeśli się zgodzi, wprowadza to do grafiku.

W Grajewie to nie było opracowane i zwyczajowo pielęgniarki oddawały sobie dyżury. W takiej sytuacji najwłaściwsze jest to, że w dokumentacji medycznej wpisana jest koleżanka, która wzięła dyżur. I dlatego nie widzę tu fałszerstwa.

- Błędem było jednak podpisanie listy obecności?

- Tak, ale za to są inne kary. Jest kara upomnienia, nagany, można obciążyć panią Łepkowską finansowo za dni, kiedy nie było jej w pracy. Jako przewodnicząca związku upominała się o ogół pielęgniarek zatrudnionych w szpitalu. Pracodawca popełniał błędy, mają na to dokumenty, więc dyrektor wyłapał moment.

Mówiło się kiedyś "Wskaż mi osobę, a znajdę paragraf”. Tak się czujemy w tych czasach.

Niepokorna położna

- Związek Ogólnopolski będzie się zajmować tą sprawą? – pytam panią Krystynę Ptok.

- Tak. Zbieramy dokumenty i ponieważ została zwolniona przewodnicząca związku, będę pisała do Głównego Inspektoratu Pracy o nadzór nad sprawą prowadzoną przez lokalną inspekcję. W małych miejscowościach, ale nie tylko tam, często się liczą układy towarzyskie, więc trzeba tego uniknąć.

- Pani Łepkowska straciła źródło dochodów.

- Tak, sprawa może toczyć się rok. My ze strony Związku mamy stosowną uchwałę i jak są zwalniane przewodniczące, pomagamy finansowo.

- Ktoś z członków Związku znalazł się w podobnej sytuacji jak pani Łepkowska?

- Mamy jedną zwolnioną przewodniczącą Związku – Grażynę Majchrzak w Czerwonej Górze. Dyrektor wymyślił zupełnie absurdalny powód zwolnienia, a mianowicie to, że pani Majchrzak nie przyszła do niego sama na wezwanie do gabinetu. Sprawa będzie wygrana, ale toczy się długo. Teraz wszystko się opóźnia ze względu na epidemię.

Niedawno głośna medialnie była sprawa niepokornej położnej z Nowego Targu – Renaty Piżanowskiej. Zarzuciła ona dyrekcji szpitala brak sprzętu ochrony osobistej i umieściła stosowny wpis ze zdjęciem na Facebooku. Dyrektor – Marek Wierzba, radny województwa Małopolskiego z ramienia PiS - spotkał się z powszechną krytyką. Ostatnio zgodził się na powrót do pracy pod warunkiem publicznych przeprosin, przyznania się, że Piżanowska pisała nieprawdę, a także podpisaniu „lojalki”, że nie będzie więcej rozmawiać z mediami i nikomu nie powie o treści ugody.

Piżanowska nie zgodziła się.

P.S. Szpital Ogólny w Grajewie poszukuje pielęgniarek i pielęgniarzy do pracy. Takie ogłoszenie można przeczytać na stronie internetowej placówki. „Oferujemy wsparcie zespołu i przyjazną atmosferę”.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Przeczytaj także:

Komentarze