0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
16 marca 2022

Pułk Azow - neonaziści, kibole czy obrońcy Ukrainy? [ROZMOWA]

Putin oskarża Ukrainę, że rządzą nią naziści. Cały świat widzi, do kogo w tej chwili bardziej pasuje ten epitet, ale zawsze można wyciągnąć Ukrainie pułk (wcześniej batalion) Azow. Tłumaczymy, skąd się wziął i jakie jest w tej chwili jego znaczenie na ukraińskiej scenie

Wydrukuj

Patrząc na pierwsze godło pułku Azow można się rzeczywiście wzdrygnąć: oprócz fal Morza Azowskiego i ukraińskiego narodowego symbolu - tryzuba – widać na nim dwa emblematy jednoznacznie związane z ruchem neonazistowskim.

Słońce z „połamanymi" promieniami w tle, czyli tzw. czarne słońce. Po raz pierwszy pojawiło się w zamku w Wewelsburgu, przebudowanym przez Himmlera na siedzibę SS. Jest popularnym symbolem neonazistów, używał go m.in. zamachowiec z nowozelandzkiego Christchurch, który w 2019 roku zabił 51 osób wyznania islamskiego.

Wolfsangel, czyli wilczy hak, to również znany neonazistowski symbol, wcześniej używany przez Wehrmacht i SS. Azowcy tłumaczą jednak, że to skrót od Ідея Нації, czyli „Idei Narodu". (Od 2015 roku używają uproszczonego godła, z którego zniknęło czarne słońce)

emblemat pułku Azow - wilczy hak i czarne słońce

Nie ulega jednak wątpliwości, że historia pułku Azow zaczyna się od ultrasów klubu piłkarskiego Metalist Charków, tzw. „Sekty 82". To oni podczas działań prorosyjskich separatystów w Charkowie w lutym 2014 roku okupowali siedzibę władz obwodu (tę samą, którą teraz zniszczyła rosyjska rakieta), opowiadając się po stronie ukraińskiej.

Warto tu dodać, że są rosyjskojęzyczni, jak i inni mieszkańcy Charkowa, i przed wojną sprzymierzeni byli z ultrasami Spartaka Moskwa.

Kilka miesięcy później szef MSW Arsen Awakow utworzył oddziały paramilitarne, których trzonem stał się batalion Azow - od września 2014 roku powiększony do pułku. Wsławił się w tzw. drugiej bitwie pod Mariupolem, pomagając odbić to miasto z rąk separatystów.

Latem 2015 roku Azowców odwiedził pod Mariupolem dziennikarz Interii Marcin Ogdowski. Usłyszał pochwałę białej rasy, epitety typu „pederaści" pod adresem rosyjskich wrogów, a na ścianach zobaczył „euro okna" - malunki przedstawiające na pierwszy rzut oka okna ze szprosami, w rzeczywistości przemalowane swastyki („euro oknami" nazywają na Ukrainie okna plastikowe).

Raport Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka zarzuca Azowowi zbrodnie wojenne: szaber, bezprawne zatrzymania i tortury (zresztą nie tylko im, jeśli chodzi o siły ukraińskie, podobne zarzuty stawia wspieranym przez Rosję separatystom). Do rosyjskiej inwazji na Ukrainę popieranie dla Azowa na Facebooku było zakazane.

Pojawiały się również informacje o tym, że z Azowem walczyli neonaziści z innych krajów, jak Szwed, z którym rozmawiała dziennikarka BBC. „Byłbym idiotą, gdybym powiedział, że nie chcę, żeby biała rasa przetrwała" - powiedział jej.

Gdy teraz do Ukrainy zmierzały oddziały kadyrowców z Czeczenii, żołnierze pułku Azow postanowili powitać ich amunicją wysmarowaną świńskim tłuszczem - jak wiadomo, wieprzowina jest dla wyznawców islamu haram, zabroniona.

View post on Twitter

Gdy wojsko rosyjskie zbombardowało szpital położniczy w Mariupolu, budząc oburzenie społeczności międzynarodowej, szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówił o „żałosnych okrzykach" i twierdził, że zdjęcia z ewakuowanymi stamtąd ciężarnymi były zaaranżowane, a w szpitalu znajdowała się baza pułku Azow.

Nie wskazuje na to jednak film dziennikarza Associated Press Mstislava Chernova, który trafił tam zaraz po ostrzale. Z kolei zaprezentowane przez Rosjan zdjęcie budynku z żołnierzami Azowa okazało się pokazywać obiekt położony 10 km od szpitala.

O pułk Azow pytamy dr. Kacpra Rękawka, który w C-Rex - Centrum Badań nad Ekstremizmem Uniwersytetu w Oslo zajmuje się m.in. ekstremistami na ukraińskim froncie.

Miłada Jędrysik, OKO.press: Skąd się wziął Azow?

Dr Kacper Rękawek: Na początku konfliktu w Donbasie powstają w Ukrainie ochotnicze bataliony. W skład jednego z 40 wchodzą w dużym stopniu aktywiści organizacji skrajnej prawicy i futbolowi chuligani, głównie z Charkowa, ale też z Kijowa.

Chcą walczyć - zawsze o tym marzyli. Może niekoniecznie przeciwko Rosji, bo to są jednak ludzie rosyjskojęzyczni, którzy przed wojną mieli bliskie kontakty ze środowiskiem rosyjskiej skrajnej prawicy. Ale jednocześnie są to ukraińscy nacjonaliści, którzy chcą bronić swojego kraju, jego integralności terytorialnej.

Ta jednostka w ogóle by nie powstała, gdyby nie poparcie oligarchów ze wschodu Ukrainy, w tym Ihora Kołomojskiego, który jest pochodzenia żydowskiego. Nie dostałaby broni, mundurów itd., gdyby ukraińskie MSW nie pobłogosławiło tej inicjatywy, a sam dowódca Azowa nie zgodził się na taką współpracę.

Mam wrażenie, że ludzie myślą, że to był jakiś naturalny proces, w którym ukraiński nazizm urodził potężną gwiazdę śmierci. Nie byłoby Azowa, gdyby nie ta pomocna dłoń oligarchów i państwa, i gdyby nie ta wojna.

W której zyskali sławę - nie tylko tę „złą".

W 2014 bronią Charkowa przed próbą wzniecenia „rosyjskiej wiosny", potem biją się w Mariupolu. Biją się dobrze, odbijają tenże Mariupol i potem nie za bardzo można ten batalion rozmontować. Odniósł sukces, jest skuteczny, więc w sytuacji wojennej lepiej nie igrać z ogniem.

Szefem MSW jest wtedy były polityczny oligarcha z Charkowa Arsen Awakow. On ich kojarzy. Do dziś pojawiają się oskarżenia, że jest ich cichym patronem, nie pozwala, żeby spadł im włos z głowy.

Ale spójrzmy na to tak: to jeden batalion z kilkudziesięciu. Rzuca się w oczy, bo ma atrakcyjną grafikę. Poza tym chłopcy w 2014 roku nie przeszli pijarowego treningu - przyjeżdża amerykański dziennikarz żydowskiego pochodzenia, a oni przy nim rzucają nacjonalistyczne i antysemickie teksty.

Dziś ludzie z Azowa mówią mi, że może nie tyle się tego wstydzą, ile mają świadomość tego, że to był błąd.

Potem batalion rozrósł się do pułku, czyli około tysiąca osób. Przez jakiś czas jest nawet mowa o tym, żeby z niego zrobić brygadę - 2-3 tys. osób, ale to się nie udaje. Dostają się do Gwardii Narodowej Ukrainy, która jest czymś w rodzaju żandarmerii, podlegają MSW. Pozycjonują się jednak jako specjalny pułk - mają więcej ciężkiego sprzętu niż pozostałe jednostki gwardyjskie.

Wokół tego budują swoją mitologię. Od początku są też zainteresowani współpracą z ludźmi, którzy mogliby ich szkolić i podnosić ich standard szkolenia do standardów NATO. Dla szkoleniowców też są atrakcyjni, bo mówią - to my wyzwoliliśmy Mariupol.

A jaki jest związek pułku Azow z partią, którą założył jeden z jej dowódców? Czy pułk to jej zbrojne ramię?

Ten dowódca, Andriej Bilecki, przechodzi do cywila i zostaje posłem z jednomandatowego okręgu w Kijowie. Jego partię polityczną budują w znacznym stopniu weterani. Pułk ma oddolny ruch wsparcia - zbierający dla niego zaopatrzenie, sprzęt itd.

W pewnym momencie Bilecki zamienia ten ruch w partię - Korpus Narodowy. To ona jest teraz kręgosłupem „ruchu azowskiego". Są w nim też organizacje dobroczynne, letnia szkoła dla dzieci, klub książki, klub MMA.

Ale im więcej czasu mija od 2014 roku, to tym mniejsze związki z tym ruchem ma pułk pod nazwą Azow. Jest w strukturach państwowych, pojawiają się nowi rekruci. Owszem, pamiętają o walkach w Mariupolu i Szyrokinie, ale to nie jest tak, że tam są specjalnie kierowani naziści czy nacjonaliści. Tam może się dostać każdy.

„Ruch Azowski” to nadal struktura społeczno-polityczna o paramilitarnych fundamentach. Oni czekali na to, co się teraz stało - szkolili się, trenowali cywilów. To są weterani, mają broń. Są przekonani, że Ukrainą powinni rządzić ludzie, którzy bili się w 2014 roku.

Mają historię ataków na aktywistów LGBT, Romów. Są skorzy do bijatyki i demonstracji. Z drugiej strony można ich było wynająć - żeby kogoś postraszyli, zrobili demonstrację. Ale w ogóle by nie istnieli, gdyby ktoś nie podał im ręki w 2014 roku.

A podał dlatego, że potrzebne były wszystkie ręce na pokład? Tylko to bardzo zła reklama dla Ukrainy.

Pamiętajmy o tym, że oni funkcjonują w obrębie państwa, które walczy na wojnie, i które w ciągu ostatnich 30 lat nie przeszło treningu politycznej poprawności. Nie zdają sobie sprawy, gdzie są niebezpieczeństwa. Ale teraz mogą powiedzieć - my jesteśmy weteranami, wchodzimy do jednostek obrony terytorialnej, chodźcie z nami. Będziecie bezpieczniejsi, zrobicie większą szkodę Rosjanom, bo my już wiemy, jak to robić.

To powoduje, że wszyscy widzą Azow za każdym drzewem, ale to nadal jest jeden, góra dwa bataliony obrony terytorialnej w Kijowie, które de facto zdominowali. Jest jakaś kompania w Dniprze, jest w Charkowie, w Białej Cerkwi, w Iwano-Frankowsku. Rota, czyli kompania - 100 ludzi. To kropla w morzu tych setek tysięcy Ukraińców, którzy się mobilizują do walki.

Są widoczni także dlatego, że mają świetną oprawę graficzną, wspólne kanały na Telegramie - to, co Bilecki podaje na swoim kanale, trafia do dziesiątek tysięcy obserwujących.

Jeszcze przed wojną wiele osób niepokoiło pojawianie się w Azowie wolontariuszy z zagranicy - nie byłoby fajnie gdyby „neonaziści wszystkich krajów" znaleźli tam wspólną przystań.

Rozmawiam z ludźmi z Azowa i gwarantuję, że mnie by nie oszukiwali, gdyby mieli setki zagranicznych rekrutów. Im na tym zależy, oni chcą takie wiadomości podawać w świat. Ale dzisiaj wypuścili zdjęcie swoich zagranicznych ochotników - jest na nim 15 osób, z czego trzech to Ukraińcy. To jest nic w porównaniu z tymi tysiącami, którzy napływają do Ukrainy.

A czy naprawdę są tak doborową jednostką, za jaką chcieliby uchodzić?

Ciężko powiedzieć. Morale i determinacja na pewno są u nich wyższe, bo zdają sobie sprawę, że Rosjanie im nie przepuszczą. Wokół tego budują swój etos. Poza tym starają się pokazywać, że mają lepsze umiejętności niż inne jednostki gwardyjskie. Bawią się w desant helikopterowy, mają nurków - ale czy to rzeczywiście się przydaje? W Mariupolu na pewno teraz nie mają helikopterów. Wybudowali sobie również nieoficjalną szkołę podoficerską - dowodzi tam chłopak, który studiował w Stanach w uczelni wojskowej.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne