“W dużych miastach zwykle obowiązywała jedna zasada: PiS jest zbyt mocny, żeby zupełnie odpuścić konkurencji, ale za słaby, by wygrać. Dlatego politycy KO, np. w Poznaniu czy Wrocławiu, czują się tak pewnie. Pytanie, czy w Krakowie ten komfort prezydenta Aleksandra Miszalskiego nie zgubi” – mówi w rozmowie z OKO.press socjolog prof. Jarosław Flis
Angelika Pitoń, Marcel Wandas: Koalicja Obywatelska straci fotel prezydenta Krakowa?
Jarosław Flis: Ciężko przewidzieć wynik gry, która ma tak bardzo wątpliwe reguły.
To znaczy?
Żeby referendum odwoławcze było skuteczne, zagłosować musi konkretna liczba osób, tzn. 60 procent tych, którzy zagłosowali we wcześniejszych wyborach odwoływanego organu. To pomysł z gruntu bardzo zły. Przede wszystkim dlatego, że prowadzi do negatywnej siły głosu. Polega ona na tym, że wyrażenie swojej woli przez wzięcie udziału w głosowaniu paradoksalnie przyczynia się do tego, by wynik był niezgodny z wolą wyborcy.
Wspólnie z kolegami nazwaliśmy to paradoksem bytomskim, bo to w Bytomiu właśnie, w 2012 roku, doszło do sytuacji, w której wyborcy, którzy poszli na referendum i zagłosowali, by nie odwoływać Rady Miasta, przyczyni się do jej odwołania. Gdyby zostali w domu, rada przetrwałaby. Dlatego inicjatorzy referendum mają pokusę, by robić wyborcom wodę z mózgu.
Zgodnie z demokratycznym standardem wyborcę przekonuje się, żeby poszedł na referendum. Nie musi wcale chcieć odwoływać burmistrza – niech uczciwie odda głos, tak, jak czuje.
Tyle że tak naprawdę w całej tej kampanii frekwencyjnej chodzi wyłącznie o zwiększanie szansy na sukces inicjatorów referendum, bo ich największą troską jest to, by było ono ważne.
Spotkałem tylko dwa referenda odwoławcze, które się nie udały, bo większość chciała pozostania włodarza – pozostałe były nieudane z powodu zbyt niskiej frekwencji.
Widzi pan lepsze rozwiązanie takiej sytuacji?
Trzeba byłoby zmienić prawo. Na przykład:
Tymczasem dzisiejsze zapisy prawne powodują, że mamy do czynienia z kompletną paranoją. Bo po pierwsze przepisy są, jak już powiedziałem, dalekie od dobrych. Ale jeszcze bardziej absurdalnym jest to, co sytuacja referendalna generuje po stronie komunikacji społecznej.
Przy każdych wyborach wykonywania jest potężna praca edukacyjna, w której aktywizuje się i zachęca wyborców, by poszli do urn. Tymczasem, gdy dochodzi do referendum, politycy – zwłaszcza ci, którym grozi utrata posady – przekonują mieszkańców, żeby zostali w domu i na wybory nie szli.
Z kolei te ugrupowania, którym zależy na odwołaniu włodarza, mocno zagrzewają do uczestnictwa w referendum. Tak “swoich”, jak i nie. Przy żadnych innych wyborach nie dochodzi do scenariusza, w którym np. zwolennicy PiS-u przekonywaliby wyborców Koalicji Obywatelskiej, żeby Ci poszli na wybory. Przed referendum mówią: chcecie bronić swojego prezydenta/wójta, to idźcie na wybory, zagłosujcie, wyraźcie własną wolę.
Tylko że przecież wcale nie chodzi o to, by wyrazili wolę. Tylko o to, by zebrać odpowiednią liczbę głosów, by referendum można było uznać za ważne.
Nie burzymy w ten sposób tak ciężko budowanego społeczeństwa obywatelskiego?
Ależ oczywiście! Nie jest to grzech wyłącznie jednego ugrupowania politycznego czy incydentalna zła wola pojedynczych polityków. To efekt idiotycznych przepisów i reguł tej gry.
Problemów jest więcej. Przecież w małej miejscowości już sam fakt pójścia lub niepójścia na referendum jest polityczny. Sama decyzja o zostanie w domu lub nie daje czytelny sygnał sąsiadom i władzy, co dana osoba myśli na temat odwoływanego organu. Wszak do referendum nie idzie się, jeśli jest się zadowolonym z działań obecnej władzy. A przecież wybory z gruntu powinny być tajne.
Do tego dochodzą koszty. Organizacja referendum w Krakowie to nawet 4 miliony złotych. Pieniądze te pochodzą z publicznych, miejskich środków. I są wyrzucane w piach, bo referenda w miażdżącej większości przypadków są niewiążące, gdyż ludzi przychodzi za mało.
Pieniądze są tu najmniejszym problemem, choć oczywiście istniałby prosty sposób na optymalizację tych kosztów i połączenie referendum z potencjalną pierwszą turą wyborów. Tu wzorem mogę być referenda w Nowej Zelandii. Wyobrażam sobie, że już podczas referendum na karcie do głosowania jest nie tylko pytanie o chęć odwołania prezydenta, lecz dodatkowo poniżej drugie pytanie – o to, na jakiego kandydata zagłosowałbyś, gdyby referendum okazało się skuteczne.
W ten sposób moglibyśmy ograniczyć przynajmniej jedną trzecią części kosztów. To byłoby jednak politycznie trudniejsze, bo wymagałoby wskazania kandydatów już na samym początku.
Cały paradoks gry w referendum polega na tym, że rodzi on złudzenia po stronie inicjatorów.
Organizacja referendum jest stosunkowo łatwa, bo nietrudno jest skrzyknąć ludzi przeciwko jednej osobie i to tej, która rządzi miastem. Trudniej tylko pójść dalej i wygrać wybory. Choćby dlatego, że graczy jest więcej, a ich interesy i polityczne postulaty zaczynają być ze sobą sprzeczne. Dlatego, nawet jeśli krakowskie referendum okazałoby się skuteczne i krakowianie odwołaliby Aleksandra Miszalskiego, wcale nie jest powiedziane, że mieszkańcy w wyborach prezydenckich znów nie wskażą kandydata lub kandydatki z Koalicji Obywatelskiej.
Skoro wszyscy zdajemy sobie sprawę z nieskuteczności czy wadliwości systemu referendalnego, to dlaczego nie są podejmowane próby, by ten system zmienić?
Rosyjskie przysłowie mówi: „Dopóki piorun nie strzeli, chłop się nie przeżegna”. Referendum nie jest groźną bronią przeciwko włodarzom, niewielu udało się odwołać. Może i kosztuje sporo nerwów, ale da się to przetrwać. To nie jest choroba, która strasznie boli – a jeśli już, to wyborców i obserwatorów życia politycznego, którzy w kółko muszą tłumaczyć niezrozumiałą dla zwykłych ludzi logikę referendów lokalnych (śmiech).
Kto koniec końców najbardziej skorzysta na tej kapitalizacji ludzkich emocji? Hasła wzywające do odwołania prezydenta Krakowa pojawiają się na demonstracjach anarchistycznych i stadionach piłkarskich, wykrzykują je zgodnie i Konfederacja, i Razem.
Rolą opozycji jest kapitalizowanie niezadowolenia społecznego i pilnowanie, żeby rządzący czuli na plecach oddech konkurencji. W tym nie ma niczego złego. Jak powiedział jeden z moich studentów, który wcielał się we władze w grze “Rozegraj miasto” – nie da się dogodzić wszystkim. Ale da się wszystkich wkurzyć.
I to właśnie stało się w Krakowie? Referendum jest wyłącznie efektem tego społecznego zdenerwowania i złości? Czy może owa złość jest jednak motywowana politycznie?
Widzę to jeszcze inaczej. Kanadyjczycy badali, w jaki sposób ocena rządu przekłada się na oceny samorządowców. I okazało się, że kiedy ludzie dobrze oceniają rząd, to na samorządowców – czy z partii rządzące, czy z opozycji – nie ma to wpływu. Lecz jeśli źle ocenią rząd, to – choć nie pomaga to samorządowcom z opozycji – osłabia to tych z partii rządzącej na poziomie kraju.
Innymi słowy: to samorządowcy stają się chłopcami do bicia dla wyborców opozycji.
Dlatego też, choć PiS-owi i Konfederacji tak trudno wygrać wybory w większych miastach, to samo odwołanie urzędujących samorządowców KO jest już wykonalne. Popatrzmy na Kraków. W drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich przeszło 60 proc. osób zagłosowało w mieście za Rafałem Trzaskowskim. Niespełna 40 – przeciwko. Było to niemal 190 tysięcy osób [dokładnie 187 004 – przyp.red.]. Więcej niż dziś potrzebuje opozycja, by odwołać Aleksandra Miszalskiego [to 158 555 głosów – przyp.red.]. Matematyka zdaje się być tu prosta: gdyby wszyscy ci, którzy poszli zagłosować przeciwko Rafałowi Trzaskowskiemu w wyborach prezydenckich, poszli do urn i zagłosowali przeciwko prezydentowi Krakowa z KO, to z łatwością go odwołają. A przecież doliczyć trzeba wszystkich tych, którzy nie traktują referendum jako zagrywki w ogólnopolskiej polityce, lecz chcą tylko zmienić lokalne władze. Którzy głosowali na Rafała Trzaskowskiego, ale nie akceptują polityki Aleksandra Miszalskiego.
Ta wyborcza matematyka wynika z tego, że – w odróżnieniu od mniejszych gmin – w największych miasta frekwencja samorządowa jest wyraźnie niższa od ogólnokrajowej, dlatego próg frekwencji jest w zasięgu samych wyborców opozycji. Dlatego prezydenci dużych miast robią wiele, by swoich politycznych przeciwników nie drażnić. Wiedzą, że jeśli tylko odpowiednio ich rozdrażnią, mogą zostać odwołani w toku referendum.
Pana zdaniem Aleksander Miszalski tej lekcji nie odrobił i rozdrażnił przeciwników? Przecież za referendum w Krakowie nie stoją tylko politycy PiS, Konfederacji czy Łukasz Gibała, ale i np. Jan Hoffmann, który przez lata z Platformą Obywatelską sympatyzował.
Powiedziałbym, że Aleksander Miszalski przede wszystkim odziedziczył przeciwników po poprzedniku Jacku Majchrowskim, ale też ich rozwścieczył.
Koalicja Obywatelska współrządziła Krakowem przez lata, choć była to skomplikowana relacja. Miszalski nie mógł więc, po wygraniu wyborów, całkowicie odciąć się od spuścizny Majchrowskiego i mocno go krytykować, wskazywać na fatalne finanse, zadłużenie miasta. A to najpopularniejsza narracja polityczna, z jakiej zręcznie korzystają nowowybrani prezydenci miast.
Miszalski zapowiadał ewolucję, nie rewolucję. Przewietrzanie Magistratu, ale nie gruntowne sprzątanie.
Koalicja Obywatelska przewietrzała po swoich. A dzisiejsze zaciskanie pasa czy podwyżki są konsekwencją tamtych decyzji i wyborów. Nie mam wątpliwości, że Aleksander Miszalski obrywa za Jacka Majchrowskiego. Do tych rosnących nastrojów dołożył jednak swoje trzy grosze jak choćby wydanie astronomicznych pieniędzy na miejskie czasopismo.
Ponad 7-krotnie zwiększenie nakładu gazetki miejskiej. To miałoby odbić się czkawką bardziej niż na przykład mocno krytykowana Strefa Czystego Transportu?
Wydawanie publicznej kasy na PR-owe działania, które mają przedstawiać sukcesy władzy – bo tak oceniam wydanie astronomicznych pieniędzy na miejskie czasopismo – to krok trudny do obrony nawet przez zwolenników partii KO. Już 30 lat temu w swoich badaniach wykazałem, że namolność mediów prowadzonych przez władze samorządowe jest kontrskuteczna i tylko wyostrza przekaz, który obecny jest w innych mediach.
A teraz nawet aplikacja mobilna do opłat za parkowanie i bilety informuje krakowian, że prezydent Miszalski objął rządy dwa lata temu i ma na swoim koniec niesamowite sukcesy.
Za czasów Jacka Majchrowskiego żartowałem, że czekam na moment, kiedy człowiek pójdzie rejestrować dziecko do Urzędu Stanu Cywilnego i dostanie kartkę, że to dziecko urodziło się dzięki prezydentowi Miasta Krakowa Jackowi Majchrowskiemu. Zobaczymy, czy i prezydent Miszalski zmierza w tym kierunku.
Z drugiej strony Jacek Majchrowski też budował swoje media, i to na wielką skalę – była cała urzędowa telewizja i spółka Kraków5020.
Jacek Majchrowski był sprawnym lisem. Rządził miastem dwadzieścia lat i nigdy nie udało mu się zmobilizować opozycji na tyle, by doszło do skutecznej akcji referendalnej. Spora w tym zapewne jego taktyka, w której przez lata, na rok przed wyborami, obchodził wszystkich potencjalnych konkurentów i mówił, że chyba nie będzie kandydować po raz kolejny. Oferował nawet poparcie, ale pod warunkiem, że nie będzie atakował jego podwładnych. Uspokajał kontrkandydatów.
Przed każdymi wyborami powtarzał też publicznie, że da sobie spokój na prośbę żony, która nie chce już, by znów był prezydentem miasta.
To oczywiście była ściema – chodziło o rozbrojenie konkurencji i sprawienie, by ta się gryzła między sobą, a nie podgryzała jego. Bez wątpienia Jacek Majchrowski był ewenementem, gdy chodzi o liczbę afer – i jak widać, skutecznie bronił się do ostatniego momentu. Choć dobrze wyczuł, kiedy nastąpiło zmęczenie i mógł podzielić los prezydenta Gdyni, który nie wszedł nawet do drugiej tury. Prezydentowi Miszalskiemu doprowadzenie do referendum zajęło dwa lata.
A jak ocenia pan zarządzanie kryzysem w wykonaniu magistratu i otoczenia Aleksandra Miszalskiego? Najpierw bagatelizowano akcję zbierania podpisów pod referendum, a kiedy zaczęło robić się poważnie, prezydent zaczął rakiem wycofywać się z wcześniejszych decyzji i deklaracji, choćby tych dotyczących zmian w płatnym parkowaniu czy reguł Strefy Czystego Transportu, tylko po to, by ostudzić nastroje społeczne. Było tam dużo chaosu, pojawiały się zarzuty o niespójną politykę miasta, brak konkretnej wizji.
Władza zawsze lepiej działa, kiedy się boi. Poczucie bezkarności jest największym zagrożeniem dla polityków, bo właśnie to skłania ich wtedy do robienia głupot. Oczywiście panika też jest fatalnym doradcą – zwłaszcza kiedy człowiek czuje się na swoim stanowisku zbyt pewnie i przeszacowuje swoje możliwości. Z góry przecież można było założyć, że inicjatywa referendalna to poważna sprawa, i dlatego w tamtym okresie lepiej pięć razy przemyśleć każdy kolejny krok.
Czyli Aleksander Miszalski poczuł się w fotelu prezydenta zbyt pewnie?
W dużych miastach Polski zwykle obowiązywała zasada, że PiS jest za słaby, żeby wybory wygrać, a jednocześnie zbyt mocny, żeby dopuścić inną konkurencję – taką z realnymi szansami na zwycięstwo. Dlatego politycy Koalicji Obywatelskiej często czują się na swoich stołkach tak pewnie i nie odczuwają zagrożenia dla swojej pozycji. Tak jest we Wrocławiu czy Poznaniu. Pewnie czuł się również wspomniany już prezydent Gdyni Wojciech Szczurek. Do czasu, bo po 26 latach rządów w końcu stracił stanowisko. Warto więc zachowywać ostrożność i pokorę, i nie wpadać na dyskusyjne pomysły, jak te, związane z powoływaniem własnych mediów, dodrukowywaniem z pieniędzy podatników nakładu gazet, które mają przedstawiać sukcesy władzy. Na nich korzysta i z ich istnienia cieszy się jedynie władza. Tylko zwykle krótko.
Znamiennym, przynajmniej w naszym przekonaniu, dla całej tej kampanii referendalnej jest całkowita nieobecność władz rządowych, premiera, ministrów, etc. Koalicja już porzuciła swojego partyjnego kolegę? A może celowo nie chce nadawać krakowskiemu problemowi rangi ogólnopolskiej?
Dokładnie o to chodzi. Kiedy w 2010 roku kandydat ówczesnej Platformy Obywatelskiej wszedł w Krakowie do drugiej tury wyborów prezydenckich [Stanisław Kracik, dzisiejszy wiceprezydent miasta walczył o prezydenturę z Jackiem Majchrowskim – przyp.red.], usłyszałem od dwóch wyborów PiS-u, że choć Kracik byłby według nich lepszym prezydentem niż Majchrowski, to wyobrażenie sobie, że następnego dnia Donald Tusk ogłasza „przejęcie Krakowa”, jest dla nich barierą nie do przeskoczenia.
Świetnie przekonał się też o tym PiS w 2018 roku. Wydawało im się, że są na fali, lecz właśnie zaangażowanie premiera działało na ludzi jak płachta na byka. Mobilizacja przeciwników i procent utrzymujących się u władzy prezydentów miast był wyższy niż w jakichkolwiek innych wyborach. Dlatego im dłużej KO stara się utrzymywać temat referendum jako problem lokalny i nie wynosi go do rangi ogólnopolskiej, tym lepiej dla samej Koalicji.
Zmniejszają w ten sposób swoje szanse na porażkę, bo nawet gdyby referendum zostało przez Miszalskiego przegrane, to zawsze będą mogli powiedzieć, że przyjmują to jako lekcję pokory i żółtą kartkę, a teraz wystawiają nowego, lepszego kandydata i zaczynają od nowa. Taki scenariusz oglądaliśmy w Wałbrzychu. Tam, w 2011 roku prezydent Piotr Kruczkowski musiał ustąpić ze stanowiska po poważnych oskarżeniach o kupowanie głosów, przekupstwo, etc. Był to potężny kryzys – ale jego beneficjentami wcale nie okazali się polityczni przeciwnicy, bowiem nowym prezydentem Wałbrzycha został człowiek z Platformy, Roman Szełemej, który miastem rządzi do dzisiaj. Dlatego też nie spodziewałbym się w nadchodzących tygodniach „wizyty gospodarskiej” Donalda Tuska. Przynajmniej do referendum.
To dobra strategia, bowiem mieszkańcy dużych miast statystycznie rzadziej interesują się sprawami lokalnymi. Dla wielu to nie jest pierwsze miejsce zamieszkania, chętniej czytają więc o tym, co dzieje się w Zatoce Perskiej, bądź w polskim Sejmie. Ale nie na Placu Wszystkich Świętych w Krakowie. Ich uwagi na lokalne sprawy pewnie zwracać nie chce też premier Donald Tusk – choćby po to, by nie prowokować ich do pójścia na wybory i nie zwiększać szans na powodzenie referendum.
PiS i Konfederacja wprost mówią o tym, że dziś idą po Kraków, a jutro po inne miasta. I że w referendum chodzi o jedno – zdobycie władzy.
Referendum to poręczne narzędzie dla opozycji. Teoretycznie nic na nim nie stracą, a mogą wiele zyskać. Choćby rozpoznawalność.
Dokładnie to dzieje się po stronie skrajnej prawicy. Do tej pory nie znaliśmy wielu działaczy Ruchu Narodowego i Konfederacji w Krakowie, być może poza Konradem Berkowiczem. Osoby z tych formacji mocno angażują się jednak w referendum. I budują sobie rozpoznawalność przed przyszłorocznymi wyborami.
Na pewno będą w stanie nabić sobie tym jakieś punkty indywidualne w przyszłorocznych wyborach sejmowych. Nie wiem, czy łudzą się, że wygrają wybory po ewentualnym odwołaniu, ale na pewno budują sobie nazwisko, markę.
Kiedy w maju 2025 odwołano w Zabrzu Agnieszkę Rupniewską – prezydent z Platformy – okazało się, że do drugiej tury nie wszedł żaden z kandydatów partii inicjujących referendum i ostatecznie wybierano między kandydatem niezależnym a nową kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Wybrano kandydata spoza partii sejmowych.
W Krakowie mamy dyżurnego kandydata niezależnego, Łukasza Gibałę.
I to on może być głównym beneficjentem tej całej sytuacji. W 2024 roku trzymali za niego kciuki i lewicowcy, i PiS – byleby nie dopuścić do władzy Koalicji Obywatelskiej. Przypomina mi się, jak Churchill wyraził wsparcie dla Związku Radzieckiego po tym, jak napadł na niego Hitler. W parlamencie było poruszenie: ale pan, taki antykomunista? Churchill odpowiedział, że „gdyby Hitler napadł na piekło, to usłyszelibyście stąd kilka ciepłych słów pod adresem diabła”. Donald Tusk został przez PiS na tyle zdemonizowany, że potem było już wszystko jedno, kto jego partii przyłoży – byleby oberwała. Przy okazji referendum widzimy, że taka strategia może być skuteczna. Zebrało się wiele środowisk, które nie mają ze sobą nic wspólnego, poza tym, że chcą, by Miszalski stracił stanowisko.
I korzysta na tym Gibała.
Ze wszystkich kandydatów, którzy są alternatywą dla ewentualnego kandydata KO, to Gibała może mieć największe szanse na znalezienie się w drugiej turze. Nie znaczy to jednak, że na pewno uda mu się sięgnąć po prezydenturę. Przecież już raz debatował z Miszalskim i nie wypadł najlepiej, choć przeciwnik nie ustawił poprzeczki zbyt wysoko. Nie widać jednak, by ktokolwiek w PiS-ie, Konfederacji lub szeregach innych formacji wykonywał podobną pracę. Kiedyś starał się Stanisław Mazur, ale został wiceprezydentem.
Słabość konkurencji przesądza więc o sile Gibały, bo to polityk bardzo aktywny w mieście, działający z determinacją, pomysłowością, skutecznie. Jego stowarzyszenie wydaje gazetę, ale są w niej różne treści, poruszane są realne problemy. No i nie są to jednodniówki, w których głównym bohaterem jest Łukasz Gibała. Nie ma na rozkładówce jego zdjęcia ani krzyżówek, w których hasła układają się w jego nazwisko.
Pytanie tylko, czy KO nie znajdzie jakiegoś poważnego kandydata (czy kandydatkę) – kogoś, kto wytrąci Gibale z ręki atut niezależności. Atutem Gibały może być to, że żadna z sejmowych partii nie wystawi pewnie nikogo, kto mógłby być za rok konkurentem na liście dla obecnych posłów. Zadowolą się budowaniem rozpoznawalności obecnych posłów. Można spodziewać się, że na prezydenta będzie chciał kandydować Konrad Berkowicz z Konfederacji. Być może PiS znów wystawi Małgorzatę Wasserman.
Z drugiej strony partyjni koalicjanci Aleksandra Miszalskiego nie rzucają mu się na pomoc. Jaki jest stan krakowskiej koalicji, współpracy KO z Lewicą?
Koalicja Obywatelska od zawsze ma problem ze współpracą z koalicjantami – zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym. Są owszem regiony, jak Wielkopolska czy Kujawsko-Pomorskie, gdzie współpraca układa się dobrze i nie ma poważnych napięć. Ale w Krakowie relacje wewnątrz koalicji zawsze były kłopotliwe – i to widać było na przestrzeni ostatnich dekad, również wtedy, kiedy Platforma współrządziła z Majchrowskim. Na poziomie centralnym też nie idzie gładko, powiedziałbym: to współpraca ze zgrzytami.
Budowanie drużyny to ważne wyzwanie dla każdego prezydenta miasta czy burmistrza. Miszalskiemu nie idzie łatwo. Kiedyś od rzecznika prasowego jednego z miast śląskich usłyszałem, że zwycięski kandydat już na wieczorze wyborczym powiedział swoim najbliższym współpracownikom: „Słuchajcie, jeśli się ze mną zrobi tak jak z poprzednikiem, to weźcie wy mnie kopnijcie w tyłek”. Po roku żadna z tych osób nie pracowała już w urzędzie.
A jak może wyglądać przyszłość prezydenta w obu możliwych scenariuszach? Czy będzie mógł odbudować się, pozostając na stanowisku, a w przypadku przegranej – czy ma przyszłość w partii?
Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że nie jest łatwo zupełnie wypaść z polityki. Spójrzmy na Ryszarda Petru. Wydawało się, że on już nie ma powrotu, a jednak! Podobnie Roman Giertych. Konkurencja wśród polityków nie jest na tyle ostra, by zupełnie wykluczyć odzyskanie pozycji po porażce. Jeśli ktoś wyciąga wnioski, to widać, że udaje się mu powrócić z politycznego niebytu, i takie przypadki bywały również w krakowskiej polityce lokalnej.
To może na koniec: odwołają tego Miszalskiego?
Nie dam się niestety sprowokować do odpowiedzi. Po prostu jest za mało danych. Każda strona ma swoje przewagi, atuty, a sytuacja jest nowa – to wszystko czyni ją nieprzewidywalną. Gdy pytają mnie, kto wygra wybory, odpowiadam: przegra głupszy.
*Prof. Jarosław Flis – związany z Uniwersytetem Jagiellońskim socjolog, publicysta i komentator polityczny.
Władza
Koalicja Obywatelska
Konfederacja
Nowa Lewica
Prawo i Sprawiedliwość
Aleksander Miszalski
Jarosław Flis
Kraków
Łukasz Gibała
polityka
referendum odwoławcze
samorząd
wywiad OKO.press
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze