07 października 2020

Mamy ponad dwa razy więcej zgonów na 100 tys. mieszkańców niż Włochy. Eksplozja epidemii w liczbach

Jak poważna jest sytuacja? Tak źle jeszcze nie było, a liczby pokazują, że będzie o wiele gorzej. Długie miesiące rozluźniania restrykcji, powrót dzieci do szkół, lekceważące wobec epidemii przedwyborcze wypowiedzi polityków – teraz zbieramy tego żniwo

Ministerstwo Zdrowia poinformowało w środę 7 października o śmierci na COVID-19 aż 75 osób w wieku od 40 do 93 lat. Osiem z nich, w tym najmłodsza ofiara, nie miało chorób współistniejących. To prawie dwa razy więcej od największej dobowej liczby zgonów w kwietniu (40).

[restrict_content paragrafy="0"]

Niestety prawie wszystkie wskaźniki epidemii w środę pobiły rekordy:

  • 4 000 zajętych miejsc w szpitalach;
  • 281 zajętych respiratorów;
  • 3 003 nowych wykrytych przypadków;
  • 29 181 aktywnych przypadków (107 319 wszystkich wykrytych przypadków, 3003 zgony, 75346 ozdrowieńców);
  • 1 740 nowych aktywnych przypadków;
  • 44 056 testów wykonanych w ciągu doby.
Dzięki tak wysokiej liczbie testów spadł na szczęście odsetek pozytywnych wyników w dobowej liczbie testów, który wyniósł 6,81 proc (w środę ponad 10 proc). To i tak jednak daleko od bezpiecznego progu 3 proc.

Rekord epidemii: jak poważna jest sytuacja?

Jesteśmy w tej chwili – jak na wiosnę – w jednej lidze w Czechami, Słowacją i Węgrami. Wtedy, najprawdopodobniej dzięki lockdownowi, udało się wszystkim tym krajom przejść łagodnie przez pierwsze uderzenie pandemii. Tym razem to się nie uda, bo ze względu na gospodarkę, a i na skutki psychiczne, zamknięcie nas znowu w domach jest mało prawdopodobne.

Teraz jednak nie tylko mamy coraz więcej przypadków, ale więcej lub tyle samo zgonów co kraje Europy Zachodniej, bardzo dotknięte epidemią na wiosnę: Niderlandy, Belgia, Portugalia, Wielka Brytania.

Mamy ponad dwa razy więcej zgonów na 100 tys. mieszkańców niż Włochy (zapewne do czasu, bo i tam liczba przypadków zaczyna przyrastać).

A to są dane z 6 października, bez uwzględnienia 75 osób zmarłych z 7 października. Mogliśmy więc przesunąć się na tym wykresie jeszcze do przodu.

Teraz pierwszym kluczowym pytaniem jest, jak wytrzyma to służba zdrowia. Cztery tysiące łóżek to dokładnie połowa z obecnie dostępnych dla pacjentów z COVID-19. Trzeba jednak pamiętać, że nie są one równomiernie rozdystrybuowane i że nie wszystkie szpitale zdążyły się na czas przygotować do nowej „jesiennej" strategii Ministerstwa Zdrowia. Polega ona na tym, że zlikwidowano szpitale jednoimienne, zajmujące się tylko pacjentami z COVID-19. Utworzono zamiast nich system trójstopniowych – do szpitali powiatowych mają trafiać osoby z podejrzeniem COVID-19, do szpitali z oddziałami zakaźnymi – osoby z dodatnim wynikiem testu i wreszcie te z innymi ciężkimi schorzeniami do szpitali wielospecjalistycznych.

To wszystko okazało się jednak za mało. W środę resort zdrowia musiał zmienić założenia – planuje, by w każdym województwie powstały „szpitale koordynacyjne" dla chorych z SARS-CoV-2. W praktyce będą to szpitale jednoimienne, z dodatkową funkcją koordynacji pacjentów pomiędzy poszczególnymi placówkami.

Jak pisze „Gazeta Wyborcza", w Łódzkiem, np. w szpitalu w Zgierzu, brakuje już miejsc na OIOM-ie. Jest tam pięć miejsc na chorych na COVID, a w środę potrzeba było siedmiu. Na Mazowszu zajętych jest już 700 z ponad tysiąca łóżek i 46 na 76 respiratorów.

To nie znaczy, że respiratorów zabraknie – na razie używana jest jedna trzecia z puli przeznaczonej na walkę z epidemią. Ale problemem jest również brak wykwalifikowanego personelu, który może zająć się chorymi wymagającymi respiratorów oraz to, że trzeba będzie taki sprzęt zabierać z oddziałów leczących innych chorych. Tak samo będzie zresztą ze specjalistami, np. pulmonologami.

A w dodatku kończą się zapasy remdesiviru, leku antywirusowego wspomagającego leczenie COVID-19. To problem całej Unii Europejskiej, bo remdesivir jest kupowany w ramach wspólnych unijnych przetargów.

Czy uda się szybko zdusić epidemię?

Szybko na pewno nie, bo w tej chwili mamy do czynienia z tym, co minister Łukasz Szumowski nazywał „transmisją poziomą", nie do końca zgodnie z nomenklaturą. Nie wiemy, gdzie się zarażamy. Jak mówiła w „Wyborczej" przedstawicielka łódzkiego Sanepidu, najwięcej zakażonych ludzi przychodzi w tej chwili „z ulicy" i nie sposób jest zidentyfikować ognisko choroby. To bardzo niebezpieczna sytuacja.

Wiemy już jednak o koronawirusie co nieco – w odróżnieniu od grypy nie rozprzestrzenia się on równomiernie w populacji.

Najbardziej zarażamy się na imprezach w zamkniętych, dusznych pomieszczeniach, kiedy głośno krzyczymy, śpiewamy, tańczymy.

Dlatego teraz restrykcje powinny iść w stronę ograniczenia takich okazji (pozostaje oczywiście w mocy zasada dystansu i zasłaniania ust i nosa – ich skuteczność została potwierdzona w wielu badaniach).

I idą, choć nie zawsze z sensem. W czwartek 8 października Ministerstwo Zdrowia ogłosi nową listę powiatów żółtych i czerwonych, a w nich jeszcze większe obostrzenia niż poprzednio. Rzecznik ministerstwa Wojciech Andrusiewicz (który po raz pierwszy od wybuchu epidemii wyszedł do dziennikarzy w maseczce!) zapowiedział, że będzie ich ponad 100, w tym bardzo dużo miast. Wśród nich na 99 proc. znajdzie się Warszawa – w środę poinformowano o aż 527 nowych zakażeniach na Mazowszu.

Nowa lista wejdzie w życie w sobotę. Według nowych obostrzeń zostanie zmniejszona liczba osób, które będą mogły brać udział w uroczystościach rodzinnych w strefie żółtej do 75 osób, w zielonej do 100 osób. W czerwonej będzie to bez zmian 50 osób. W czerwonej strefie restauracje i kawiarnie będą musiały się zamykać o 22.

Kontrowersyjny jest za to nakaz obowiązujący już w czerwonych strefach , a teraz wprowadzony do żółtych – zasłaniania ust i nosa w przestrzeniach publicznych także na świeżym powietrzu. Rozporządzenie precyzuje, że nie dotyczy to „lasów, parku, zieleńca, ogrodu botanicznego, ogrodu zabytkowego albo plaży". Mimo to jednak ryzyko zakażenia się na świeżym powietrzu, w miejscu, gdzie nie ma tłoku, jest bardzo niewielkie.

Minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział również we wtorek, że od tej pory będzie obowiązywała zasada „zero tolerancji" dla osób nienoszących maseczek lub noszących je w sposób wadliwy. Od soboty osoba, która nie nosi maseczki ze względów medycznych, będzie musiała wylegitymować się zaświadczeniem od lekarza. Inaczej zapłaci mandat – 500 zł. Niedzielski porównał to do strategii burmistrza Nowego Jorku Rudy'ego Giulianiego, który przez zdecydowane działania chciał wykorzenić przestępczość w mieście. Strategia została później skrytykowana przez amerykański resort sprawiedliwości.

Niefortunne jest już porównywanie obywateli do drobnych przestępców, tym bardziej, że dużą część winy za obecną sytuację ponoszą politycy.

Jeszcze w lipcu prezydent, premier i ministrowie na przedwyborczych wiecach zarzekali się, że „nie ma się czego bać" i można iść do urn, bo „epidemia jest w odwrocie". Przyczyniło się do wzrostu lekceważącego stosunku do koronawirusa lub wręcz negowania zagrożenia. Według badań socjolożki dr hab. Barbary Pabjan z wrocławskiej grupy ekspertów MOCOS zajmującej się koronawirusem, „w marcu ok. 90 procent osób nie zgadzało się z twierdzeniem, że »nie ma żadnego koronawirusa, że mamy do czynienia ze zwykłą grypą«, ale ten odsetek systematycznie malał, aż w sierpniu i wrześniu spadł do 65 procent".

Płacimy za błędy w „jesiennej strategii"

Do eksplozji epidemii przyczyniła się również zapewne strategia Ministerstwa Zdrowia dotycząca testowania – rezygnacja z robienia testów osobom na kwarantannie na rzecz pacjentów z symptomami. Ogranicza to wywiad epidemiologiczny, bo nie śledzi się kontaktów tych osób. W tej chwili jednak prawdopodobnie nawet przywrócenie tej zasady niewiele by dało, bo system nie byłby w stanie wprowadzić testowania i kontroli epidemiologicznej w tak szerokim zakresie.

Wciąż nierozwiązany zostaje również problem wąskiego gardła w przychodniach. Pacjenci z symptomami od września zgłaszają się do lekarzy rodzinnych zamiast od razu do szpitala. Ci ostatni mają prawo skierować chorego na test po teleporadzie tylko w niezwykle rzadkim przypadku, kiedy chory ma jednocześnie cztery symptomy:

  • duszności,
  • wysoką gorączkę,
  • kaszel,
  • utratę węchu oraz smaku.

W innym przypadku będzie musiał zostać najpierw zbadany. Lekarze buntowali się przeciwko konieczności przyjmowania potencjalnie wysoko zaraźliwych pacjentów. Z kolei szpitale protestowały przeciwko pomysłowi, by chory z pozytywnym wynikiem testu, nawet jeśli nie wymaga hospitalizacji, był konsultowany na SOR przez specjalistę. Blokuje to specjalistów w tej i tak już trudnej sytuacji.

Minister Niedzielski po konsultacjach ze światem lekarskim zdecydował o zmianie systemu: skierowanie na test będzie mógł wystawić każdy lekarz, lekarze rodzinni nie będą musieli badać pacjenta, jeśli nie ma wszystkich czterech objawów i będą mogli sami kierować go na izolację domową. Rozporządzenie w tej sprawie nie ujrzało jednak jeszcze światła dziennego.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne