Resort cyfryzacji podpisał porozumienie z Facebookiem, pierwsze takie na świecie. Ale nie dotyczy blokowania propagandy rosyjskiej w sieci. Uznano, że najistotniejszą kwestią dla Polski jest procedura dodatkowego odwołania się od decyzji FB o zablokowaniu posta lub konta. Naciskali na to prawicowi radykałowie, którzy się skarżą, że FB ich dyskryminuje

Możliwość odwoływania się od blokady to ciekawa i potrzebna opcja dla wielu osób i organizacji. Jej uruchomienie mogłoby być dodatkiem do współpracy między rządem a FB, której celem powinno być przede wszystkim zapewnienie Polakom bezpieczeństwa, jeśli chodzi o wpływ podmiotów zewnętrznych na decyzje wyborcze poprzez manipulacje w mediach społecznościowych.

Tego typu ustalenia z Facebookiem zawierają rządy innych państw. W wielu krajach podjęto inicjatywy chroniące obywateli i samą strukturę państwa przed cyberatakami Kremla. Ale niestety nie zadbał o to rząd PiS.

W najnowszym raporcie NATO nt. wojny informacyjnej (autorstwa Lorda Michaela Joplinga, przedstawionym na listopadowym szczycie NATO w Halifaksie) wskazano inicjatywy, podejmowane przez rozmaite kraje dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli w tym zakresie. Niestety, nie wymieniono żadnej inicjatywy z Polski. I rzeczywiście – nie mamy się czym chwalić. Rząd PiS czeka chyba, aż zagrożenie samo minie.

Pierwsze w świecie

Porozumienie między Ministerstwem Cyfryzacji a Facebookiem, podpisane 28 listopada 2018, to – jak chwali się ministerstwo – pierwsze tego typu na świecie. Dzięki niemu użytkownicy Facebooka uzyskają możliwość weryfikacji negatywnej decyzji FB dotyczącej blokady treści na ich profilu.

Czyli: każdy, kto zostanie zablokowany (jego konto lub post), po odwołaniu się bezpośrednio do FB, zyska możliwość dodatkowego odwołania się, skierowanego tym razem do tzw. „punktu kontaktowego” – utworzonego właśnie na podstawie porozumienia z ministerstwem.

Weryfikować treść ponownie będzie FB, a Ministerstwo Cyfryzacji zapewni promocję punktu. Jak zaznaczał podczas konferencji prasowej minister cyfryzacji Marek Zagórski: „Porozumienie, które podpisaliśmy wspiera ochronę wolności słowa w Internecie, a użytkownicy portalu dostaną dzięki niemu de facto dodatkową instancję odwoławczą od blokad”.

Rząd PiS jawi się więc tu jako obrońca wolności słowa, obrońca światowy – bo rzeczywiście żadne z państw, które współpracują z FB na poziomie rządowym, takiego porozumienia nie podpisało.

Warto jednak zadać pytanie: dlaczego?

Na Facebook masowo skarżyła się polska prawica

Otóż wszystko wskazuje na to, że porozumienie jest wynikiem interwencji polskich prawicowych działaczy, którzy od kilku lat skarżą się, że Facebook ich dyskryminuje, blokując ich konta i treści.

Narzekali na to nawet niektórzy parlamentarzyści, ostatnio m.in. posłanka PiS Anna Sobecka, a rozwiązanie problemu obiecywała jeszcze poprzednia minister cyfryzacji Anna Streżyńska.

Blokady dotykają ludzi z rozmaitych środowisk, nie tylko prawicowych, więc to, że każdy zablokowany będzie mógł się dodatkowo odwołać od decyzji FB, może się okazać korzystne dla wielu osób i organizacji.

Jednak tego typu porozumienie nie powinno być priorytetem dla polskiego rządu w relacjach z Facebookiem. Facebook w każdym kraju podejmuje rozmowy z rządami na te tematy, o których przedstawiciele rządu chcą rozmawiać.

Reakcja na ingerencję zewnętrzną

W większości państw politycy chcą rozmawiać z FB o kwestiach najistotniejszych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa i jego obywateli:

  • o zwiększaniu przejrzystości finansowania reklam politycznych na Facebooku (USA),
  • o szybkim reagowaniu na posty zawierające mowę nienawiści (Niemcy)
  • czy nawet o możliwości blokowania kont rozpowszechniających fake newsy (Francja).

Wszyscy zdają już sobie bowiem sprawę, że Rosja w wojnie informacyjnej wykorzystuje właśnie tę niczym nieograniczoną w internecie wolność słowa. Ponieważ w social media zamieścić można (prawie) wszystko, w tym każdą wyssaną z palca „informację”, teorię paranaukową czy spiskową – prokremlowscy propagandyści wykorzystują to, by wpływać na nastroje społeczne i sposób myślenia obywateli w wielu państwach.

To wykorzystanie fundamentu demokracji, jakim jest wolność słowa, przeciwko demokracji właśnie. Stąd coraz częściej rozmawia się o tym, jak temu mechanizmowi przeciwdziałać – również przez wprowadzenie pewnych ograniczeń wolności słowa w sieci.

Nie trzeba zgadzać się od razu na bardzo rygorystyczne przepisy, jakie wprowadziły Niemcy i niedawno Francja (szczegóły niżej), ani wprowadzać cenzury w internecie, której jako ognia unikają politycy. Ale trzeba zadbać o bezpieczeństwo obywateli w social media, choćby wprowadzając w porozumieniu z FB

  • jak największą przejrzystość źródeł informacji lub źródeł finansowania płatnych reklam politycznych;
  • lub wprowadzając mechanizm szybkiego reagowania w przypadku pojawienia się fake newsów.

To powinny być priorytety rządu w rozmowach z właścicielami największych platform społecznościowych. Zamiast tego rząd PiS wynegocjował z FB punkt kontaktowy, do którego można się odwołać.

Wojna informacyjna: jak chronią się inni

Państwa na całym świecie mierzą się dziś z wyzwaniami wojny cyfrowej, dlatego warto przyjrzeć się, jakie inicjatywy podejmują inni.

Niemcy – dążąc do ograniczenia mowy nienawiści i fake newsów w mediach społecznościowych – wprowadziły przepisy, na mocy których można nałożyć bardzo wysokie kary (do 50 mln euro) na firmy (także FB czy Google), które nie usuwają postów podżegających do nienawiści lub do użycia przemocy.

Określono czas, w jakim posty tego typu muszą być usuwane – kary grożą za niewywiązywanie się z tych czasowych restrykcji. Jak widać, Niemcy uznali, że wolność słowa w przypadkach uzasadnionych bezpieczeństwem państwa i jego obywateli może zostać ograniczona.

Podobnie myśli też Francja – w listopadzie przyjęła, po długotrwałej dyskusji, ustawę, która daje partiom i kandydatom możliwość (w ciągu 3 miesięcy przed wyborami) przeciwdziałania rozpowszechnianym publicznie fałszywym informacjom.

Stworzono specjalną przyspieszoną ścieżkę formalno-prawną. A Facebook oraz Twitter mają w sposób bardziej przejrzysty przekazywać informacje nt. treści odpłatnych, zamieszczanych w przedwyborczym okresie.

Oczywiście nie wszyscy są zadowoleni – część środowisk zarzuca prezydentowi Macronowi chęć cenzurowania internetu.

Inne państwa nie zdecydowały się na wprowadzenie rozwiązań prawnych, jeśli chodzi o social media, ale wprowadzono w życie wiele ciekawych pomysłów po to, by zmniejszyć wpływ rosyjskiej (i nie tylko) manipulacji w sieci.

W Szwecji, w okresie poprzedzającym wybory we wrześniu 2018 roku, władze zorganizowały specjalne szkolenia dla lokalnych urzędników wyborczych, by umieli dostrzegać i przeciwstawiać się zagranicznym wpływom.

Utworzono nową agencję odpowiedzialną za wzmocnienie odporności na manipulację szwedzkiej opinii publicznej przez „identyfikację, analizę i reakcję” na kampanie „wpływu zewnętrznego”. Zaś do prawie 5 mln szwedzkich gospodarstw rozesłano ulotki, w których opisano możliwe kryzysy związane z bieżącą sytuacją geopolityczną oraz używaniem fake newsów w sieci. Zawarto w nich także wskazówki, jak bronić się przed dezinformacją.

Jednocześnie w Szwecji i w Finlandii włączono do programów nauczania w szkołach zajęcia dotyczące odróżniania fałszywych wiadomości od prawdziwych – uczą się tego już małe dzieci, a aby ułatwić przyswajanie wiedzy, stosuje się często proste i zabawne formaty, posługując się choćby ulubionymi przez dzieci kreskówkami.

Finowie stwierdzili ostatnio nawet, że  edukacja w tym zakresie już doprowadziła do zamknięcia fińskiego biura znanego prokremlowskiego medium Sputnik – z powodu niskiego poziomu czytelnictwa.

Czesi uruchomili w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Centrum ds. Terroryzmu i Hybrydowych Zagrożeń, którego zadaniem jest zwalczanie rosyjskiej propagandy. Centrum ma konto na Twitterze i m.in. tam dementuje fałszywe informacje.

W Wielkiej Brytanii stworzono armię cybernetyczną liczącą ok. 2000 osób, która ma skupiać się na ofensywnych operacjach cybernetycznych.

Litwa ma i bałtyckie elfy, i sztuczną inteligencję skanującą teksty w sieci

Wiele dzieje się również w mediów i organizacji pozarządowych. Bardzo szeroko działa inicjatywa ukraińskich dziennikarzy i studentów StopFake.org – na tym portalu stale dementowane są prokremlowskie kłamstwa na temat Ukrainy, ale też i wielu innych państw, inicjatywa bowiem stale się rozrasta i ma już kilkanaście wersji językowych.

Na plus obecnym polskim władzom należy zapisać, że z programu rozwoju dyplomacji publicznej w 2017 roku sfinansowały powstanie polskiej wersji tej strony.

Amerykański think-tank Atlantic Council stworzył projekt Digital Forensic Research Lab, które stale ujawnia nowe elementy rosyjskiej propagandy.

Zaś transatlantycka inicjatywa Aliance for Securing Democracy uruchomiła projekt Hamilton 68, dzięki któremu zidentyfikowane prorosyjskie konta na Twitterze są stale obserwowane, a ich aktywność monitorowania – co przynosi ogromną wiedzę na temat działalności rosyjskiej propagandy.

Natomiast w krajach nadbałtyckich powstał ruch bałtyckich „elfów” – wolontariusze starają się wyłapywać  w sieci rosyjskie trolle i walczyć z nimi, głównie zgłaszając je do platform społecznościowych jako fake’owe konta. Projekt ten rozpoczął Ricardas Savukynas, Litwin, po protestach na kijowskim Majdanie.

Ostatnio na Litwie doszło do porozumienia wojskowych zespołów zajmujących się komunikacją strategiczną, bałtyckich „elfów” oraz cywilnych rządowych zespołów – i uruchomiono inicjatywę Demaskuok.lt, której celem jest monitorowanie i dementowanie dezinformacji.

Każdy może na niej sprawdzić, czy news, na który natknął się w sieci, został uznany za manipulację lub fake. Oczywiście, działania skupiają się przede wszystkim na fake newsach istotnych z punktu widzenia państwa (a nie np. komercyjnych).

Aby taki portal stworzyć, Litwini wykorzystali sztuczną inteligencję AI oraz zaawansowane algorytmy – te narzędzia przeszukują dziś tysiące artykułów w języku litewskim i rosyjskim w celu wykrycia potencjalnych treści propagandowych.

Mnożą się też mniejsze (niż litewski) portale fact checkingowe, jak choćby

  • mythdetector.ge (w Gruzji),
  • polygraph.info (wspólny projekt Voice of America/Radio Wolna Europa/ Radio Liberty),
  • factograph.info (projekt Radia Swoboda).

Także mainstreamowe media włączyły się do walki o czystą przestrzeń informacyjną.  W okresie przedwyborczym łączyły siły zarówno media niemieckie, jak i szwedzkie, by szybko reagować na pojawiające się fake newsy i wspólnie je dementować.

Trzeba też pamiętać o inicjatywach unijnych, zwłaszcza o portalu euvsdisinfo.eu, na którym systematycznie prezentowane są raporty dotyczące rosyjskiej narracji w państwach UE.

Jesteśmy mocno z tyłu!

A co mamy w Polsce? Otóż mamy inicjatywy pozarządowe, które choć wartościowe, nie są w stanie bez dodatkowego wsparcia finansowego i merytorycznego sprostać rosnącym potrzebom w tym zakresie.

Demagog.org weryfikuje niektóre wypowiedzi polityków sprawdzając, czy są prawdziwe czy nie.

Portal Fundacji Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji regularnie przygotowuje raporty nt. rosyjskiej propagandy w Polsce.

Mamy kilka inicjatyw fact checkingowych w polskich mediach (m.in. OKO.press setki razy weryfikowała pod względem zgodności z prawdą wypowiedzi polskich polityków), ale zawsze są to działania odrębnych redakcji, nigdy nie udało się stworzyć wspólnej platformy działania.

Ministerstwo Cyfryzacji przed wyborami uruchomiło portal bezpiecznewybory.pl, na którym zamieściło informacje na temat botów, trolli i fake newsów, oraz wskazówki, jak odróżniać prawdę od fake’a – tyle że mało kto o tym portalu słyszał.

Jesteśmy więc mocno w tyle.

Zagrożenie ze strony Rosji rośnie

Rok 2019 będzie rokiem pod pewnym względem decydującym – z powodu wyborów do Parlamentu Europejskiego. Doświadczenia innych państw i obecna sytuacja w sieci wskazują także, że rosyjska propaganda będzie chciała oddziaływać na nastroje społeczne w Polsce przed wyborami parlamentarnymi.

NATO w listopadzie przyjęło szereg rekomendacji, które trzeba wdrażać, by ochronić się przed wpływem Rosji.

Są wśród nich zarówno uznanie infrastruktury wyborczej za infrastrukturę strategiczną (a więc: podlegającą szczególnym procedurom bezpieczeństwa), podnoszenie odporności społeczeństwa na manipulację internetową przez działania edukacyjne, ale także działania restrykcyjne: usuwanie fake newsów, czy nakładanie kar za szerzenie mowy nienawiści i nawoływanie do przemocy.

„Kreml wydaje się być zdeterminowany, by zakłócić zbiorowe europejskie procesy decyzyjne i zmniejszyć wpływ USA na kontynent europejski” – stwierdził w podsumowaniu raportu NATO Michael Jopling.

Rząd PiS musi na poważnie zająć się zagrożeniem wynikającym z trwającej w internecie wojny informacyjnej. W maju 2019 mamy wybory do Parlamentu Europejskiego, jesienią wybory parlamentarne. Czasu już zostało niewiele.


Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Kilka lat temu była dyrektorką biura białostockiego posła PO Roberta Tyszkiewicza. Dla OKO.press pisze jako autorka zewnętrzna.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym