Opowiada Bartek Sabela (na zdjęciu), który 12 grudnia próbował blokować wyjazd z Senatu. "Powalenie na ziemię, dociskanie kolanem do asfaltu, skucie w kajdanki, rzucanie o maskę auta i wreszcie podduszanie - tak policja zachowała się wobec mnie". "Chyba tak jest, że wolność znów trzeba sobie wziąć" - mówi Sabela

„Podbiegło do mnie kilku, może 6-7 funkcjonariuszy. Jeden sprzedał mi kopa w nogi, bym się przewrócił. Rzucili mnie na asfalt, najpierw na plecy, potem odwrócili brzuchem do asfaltu i przycisnęli mnie do ziemi. Jeden dociskał kolanem klatkę piersiową, drugi kolanem dociskał do asfaltu głowę. Tak długo i mocno, że trudno mi było oddychać. Zaczęli wykręcać mi ręce, aż w końcu założyli kajdanki. Wtedy po prostu zaczęli ciągnąć mnie po asfalcie, tak że ocierałem się o jezdnię” – mówi OKO.press Bartek Sabela, dziennikarz, reporter, autor książek poturbowany przez policję podczas protestu.

To już trzeci udokumentowany przykład użycia kajdanek wobec protestujących (o poprzednim pisaliśmy tutaj).

Protest pod Senatem 12 grudnia

Izba wyższa parlamentu obradowała nad prezydenckimi projektami ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym. Już od godz. 15. manifestujący gromadzili się pod oknami Senatu i odczytywali „Listę hańby” – imiona i nazwiska senatorów PiS. Ludzie skandowali „Senatorze, jeszcze możesz”. Na niektóre nazwiska – np. marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego – odpowiadali „Będziesz siedział”.

W tłumie czuć było rozgoryczenie, ale i determinację. Ludzie krzyczeli: „Wolność sądów i poglądów”, „Wy łamiecie Konstytucję, my robimy rewolucję”.

Około godziny 19.15 pierwsza grupa kilkunastu manifestantów usiadła na jezdni od strony ul. Górnośląskiej próbując zablokować tylny wyjazd z Sejmu i Senatu.

fot. Marta Bogdanowicz

Bartek Sabela (35 lat) mówi OKO.press: „Wszystko działo się bardzo szybko. Chwilę po 19.00 odszedłem od sceny ustawionej naprzeciwko senatu, by sprawdzić co dzieje się przy szlabanie. Zobaczyłem, że siedzi tam kilkanaście, najwyżej dwadzieścia, osób próbujących zablokować wyjazd. Policja zaczęła ich wyciągać. Szybko podjęliśmy decyzję, że trzeba do nich dobiec od drugiej strony ul. Górnośląskiej i pomóc. Na wysokości przystanku autobusowego przeskoczyliśmy przez barierki – wtedy jeszcze nie były tak obstawione przez policjantów. Niektórych z nas wyłapali. Innym – w tymi mi – udało się obiec funkcjonariuszy i dobiec do siedzącej grupki. Jak zwykle podbiegła policja, zdjęła nas z ulicy i wyniosła do radiowozów zaparkowanych w górnej części ul. Górnośląskiej. Nikt nie chciał nas spisywać, po prostu nas puścili. Niewiele myśląc od razu przepchnąłem się między funkcjonariuszami i przebiegłem znów pod szlaban. Dobiegłem, ale okazało się, że byłem sam”.

fot. Marta Bogdanowicz

Sabela: „I wtedy się zaczęło”

„Tym razem nie byli delikatni. Podbiegło do mnie kilku, może 6-7 funkcjonariuszy. Bez ceregieli zostałem powalony na ziemię. Jeden z nich sprzedał mi kopa w nogi, bym się przewrócił. Rzucili mnie na asfalt, najpierw na plecy, potem odwrócili mnie brzuchem do asfaltu i przycisnęli mnie do ziemi. Jeden dociskał kolanem klatkę piersiową, drugi kolanem dociskał do asfaltu głowę. Tak długo i mocno, że trudno mi było oddychać. Zaczęli wykręcać mi ręce, aż w końcu założyli kajdanki. Wtedy po prostu zaczęli ciągnąć mnie po asfalcie, tak że ocierałem się o jezdnię. W międzyczasie dostałem w twarz. Nie był to cios z pełnej pięści, raczej szturchaniec, ale nie przypadkowy.

Potem wrzucili mnie między zderzaki radiowozów i stanęli nade mną. Chwilę później postawili mnie i rzucili o drzwi jednego z samochodów. W końcu wylądowałem na masce innego radiowozu. Jeden z policjantów był wyjątkowo agresywny i cięty na mnie. Moją głowę rzucił na maskę, przyłożył mi rękę do szyi i zaczął mnie dusić, wciskając kciuk w krtań. Mówiłem do niego: „co ty k….a człowieku robisz?”. Trwało to dłuższą chwilę. Pozostali funkcjonariusze nie reagowali. Do tej pory czuję ból na krtani. Gdy rzucali mną o maski samochodów krzyczeli, że oskarżą mnie o czynną napaść na funkcjonariusza. Były bluzgi i groźby.

Nieśli mnie skutego za wykręcone ręce – tak jak się niesie walizkę – aż w końcu wrzucili do radiowozu. Tam sytuacja się uspokoiła, choć nadal nie chcieli zdjąć mi kajdanek. Zaczęli mnie przeszukiwać. Po kolei, wszystkie kieszenie, bez mojego pozwolenia. Mówiłem: Rozepnij mi kajdanki to dam Ci ten dowód. Policjanci stwierdzili, że nie mogą ich rozpiąć, bo mógłbym uciec. W końcu znaleźli dowód, spisali moje dane i po jakimś czasie rozpięli kajdanki. Dość szybko  zostałem wypuszczony, ale tylko po to, by niespełna pół godziny później znów znaleźć się pod szlabanem”.

Trzecia próba blokady

„Wtedy trwała już pozorowana pacyfikacja grupy, która spontanicznie demonstrowała przy kładce na Górnośląskiej. Policjanci twierdzili, że zgromadzenie zostało rozwiązane przez organizatora. To absurd. Przecież zgromadzenie pod kładką było spontaniczne. Niemniej policja podstawiła wóz z bronią akustyczną do rozpraszania tłumu. Wyglądało to dość groźnie”.


OKO.press relacjonowało: Od 19:30 policja informowała, że zgromadzenie zostało rozwiązane przez organizatora. Wzywała do rozejścia się. Jednocześnie policja twittowała, że nie używa środków przymusu bezpośredniego wobec protestujących, a jedynie tych, którzy naruszali prawo. Organizatorzy ze sceny pod oknami Senatu nadawali przez megafon, że zgromadzenie NIE zostało rozwiązane. A ludzie na hasło: „uwaga, tu policja. proszę rozejść się (…)”, odpowiadali: „uwaga policja, tu obywatele” i „mamy prawo protestować”.


„Nie mogąc przedostać się z jednej strony ulicy na drugą stwierdziliśmy, że tylko dojście jezdnią [ruch samochodowy nie był wstrzymany – red.] wchodzi w grę. Udało się, ale pod wyjazdem zostaliśmy w sekundę zaatakowani [do grupy kilkunastu osób podbiegło ponad 50 funkcjonariuszy – red.]. Udało nam się usiąść, ale szybko nas wynieśli. Tym razem delikatnie. Trafiłem do tego samego radiowozu co poprzednio, co wywołało zdziwienie i śmiech kierowcy. Odmówiłem przyjęcia dwóch mandatów. Każdy z innymi zarzutami. Jeden za tamowanie ruchu, drugi o to, że nie opuściłem rozwiązanego zgromadzenia. Nie postawili mi zarzutów o napaść na policjanta, ale mieliśmy już takie przypadki, że zarzuty były dopisywane na etapie wzywania na przesłuchanie”.


OKO.press: Z komunikatu stołecznej policji z 13 grudnia 2017 roku wynika, że podczas wtorkowych protestów funkcjonariusze wystawili siedem mandatów za tamowanie ruchu, a 54 osoby zostały wylegitymowane. Dodatkowo policja skieruje do sądu 38 wniosków o ukaranie – 36 z nich dotyczy tamowania ruchu, a dwa kierowania zgromadzeniem po jego rozwiązaniu. Policja prowadzi też dwa postępowania o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza – poinformował rzecznik prasowy Komendanta Stołecznej Policji. Jeden policjant miał doznać urazu kolana, a policjantka – urazu nadgarstka.


„Tak brutalne zachowanie policji to nie nowość”

„Mam  za sobą całe mnóstwo blokad i podobnych interwencji. Choć dla mnie ta z pewnością była najbrutalniejsza, to inni z podobnymi zachowaniami spotkali się już wcześniej. Wystarczy przypomnieć ostatnie zatrzymanie Klementyny Suchanow i Rafała Suszka. Także zostali skuci i poturbowani przez funkcjonariuszy. Najważniejsze jest to, że policja nie ma podstaw, żeby używać takich środków, one są kompletnie niewspółmierne do tego co robimy. Są ewidentną próbą zastraszania. Po co skuwać nas w kajdanki, po co rzucać nami po asfalcie?



Takie zagrywki jak to z rzekomym rozwiązaniem zgromadzenia mają przestraszyć manifestujących. Policjanci chcieli nas odepchnąć od wyjazdu z Senatu; zmusić do wycofania się. My – Obywatele RP, działacze OSA czy Czarnego Protestu – znamy te zachowania. Ale wczoraj pojawiło się dużo nowych twarzy. Jak ktoś pierwszy raz słyszy hasła policji wzywające do rozejścia się, widzi wóz z bronią akustyczną i ludzi wciąganych do suk to może się przestraszyć.

fot. Marta Bogdanowicz

Oczywiście poza blokadami wydarzenia cały czas trwały – pod senackimi oknami i pod kładką. Jest mi jednak koszmarnie przykro, że garstka ludzi – może było nas tam z tysiąc – nadstawia dupę i to srogo za innych. Za innych, którzy mają takie same poglądy, zgadzają się nawet z tym, co robimy, ale nie wychodzą na ulice. Jest coś w Polakach takiego, że brzydzimy się bezpośrednich środków. Bo nam to nie przystoi wyjść na ulice i jeszcze barować się z policją. Chętniej kibicujemy z daleka. Sądzę, że wszyscy, którzy tam stoimy, zmagamy się ze smutkiem i pytaniem dlaczego jesteśmy sami? Co zrobić, żeby było nas więcej? Tak jak w lipcu, albo jeszcze więcej”.

Zobaczyłem zdjęcie czarnoskórej kobiety, która zatrzymała faszystów w Norwegii

„Od samego początku, od wyborów w 2015 roku nie miałem złudzeń, co przyniesie polityka PiS. Oczywiście, byłem zaskoczony tempem wprowadzania zmian, ale kierunkiem – zupełnie nie. Może to trochę fatalistyczne z mojej strony, ale jednocześnie wiedziałem, że trzeba się jakoś przeciwstawić. Znaleźć odpowiednią formę protestu. Od początku brałem udział w marszach KOD-u, ale szybko zrozumiałem, że one donikąd nie prowadzą. Ich formuła – baloniki, maszerowanie, śpiewanie hymnu – momentalnie się wyczerpała. Nie licowała z tym, co działo się na scenie politycznej.

Liczyłem, że pojawi się grupa, która zacznie działać bezpośrednio. Pamiętam, że przed 11 listopada 2016 roku pomyślałem sobie: cholera, co dają te kontrmanifestacje organizowane o innej godzinie i w innej dzielnicy. Trzeba  wyjść naprzeciw i po prostu zatrzymać narodowców z marszu niepodległości.

Wtedy też zobaczyłem zdjęcie czarnoskórej kobiety z Norwegii, która sama z wyciągniętą pięścią w górę przeciwstawia się pochodowi faszystów. Pomyślałem: właśnie coś takiego powinno dziać się w Polsce.

Usłyszałem, że już jest taka grupa. A na dodatek staną na trasie Marszu Niepodległości – dokładnie na rondzie De Gaulle’a – i będą próbowali go zablokować. Przyszedłem i stanąłem z nimi.  I tak poznałem Obywateli RP”.

fot. Marta Bogdanowicz

„Wolność trzeba sobie wziąć”

„Od razu mnie urzekło, że to grupa, która ma odwagę działać w sposób bardziej bezpośredni i zdeterminowany. Która ma jaja po prostu, która się nie boi i jest gotowa ponieść konsekwencje swoich akcji. Zacząłem z nimi chodzić na kontrmiesięcznice i wydarzenia przeciwko ruchom faszystowskim. Byłem pod wrażeniem ich determinacji i pomysłów. I przede wszystkim samych ludzi – wszystkich razem i każdego z osobna.

Kwiecień tego roku – blokada marszu ONR – to była kwintesencja tego, co robimy. Stajemy naprzeciwko idących faszystów i mówimy NIE. To NIE pokazujemy całymi sobą. Takiego działania mi brakowało. Gadanie, pisanie, solidaryzowanie się – jasne, to wszystko trzeba robić. Ale nie zatrzymamy władzy, jeśli nie będziemy się z nią konfrontować. Jeśli nie wyjdziemy na ulice. To nam zostało – zatrzymać ich własnymi klatami, pora byśmy to wszyscy zrozumieli – grzeczni już byliśmy, parafrazując hasło kobiet. To nie jest coś, co mnie cieszy. Wręcz przeciwnie. Przeczuwam, że to w rezultacie doprowadzi do przykrych wydarzeń na ulicach naszych miast, ale no cóż, to konsekwencje ostatnich lat i naszych wyborów i zaniedbań. Chyba tak jest, że wolność znów trzeba sobie wziąć”.

fot. Marta Bogdanowicz

Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press