Prawa autorskie: Maciek Jazwiecki / Agencja GazetaMaciek Jazwiecki / A...
01 sierpnia 2021

Rzucił nią o ścianę, złamał jej nos. Brutalność policji podczas protestów [CZĘŚĆ II]

Krwawiła, pluła krwią. Pogruchotany nos, zakrwawiona twarz. Przez 3-4 godziny odmawiali jej dostępu do prawniczki, twierdząc, że tej tam nie ma. Prawniczce powiedzieli, że zatrzymana jej nie chce. Publikujemy drugą historię demonstrantki poturbowanej przez policjantów, którzy pozostają bezkarni

Dzień po Święcie Policji, 25 lipca 2021 roku w Polsat News Komendant Główny Policji, gen. insp. Jarosław Szymczyk tłumaczył: „Stworzono fałszywą narrację wokół policji, która rzekomo biła protestujące kobiety”. „My nie walczyliśmy z protestującymi, a walczyliśmy z pandemią”.

OKO.press przeanalizowało sześć takich przypadków poważnego uszkodzenia ciała kobiety przez funkcjonariusza. Nie znaleźliśmy ani jednego, w którym sprawca poniósłby jakąś odpowiedzialność. Zapytaliśmy rzecznika Komendy Stołecznej Policji, czy prowadzili postępowania wyjaśniające w niżej opisanych sprawach i jakie ewentualne konsekwencje wyciągnięto wobec funkcjonariuszy. Do chwili publikacji tego tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Wcześniej jednak dwukrotnie już pytaliśmy nadkom. Sylwestra Marczaka, czy jakikolwiek policjant w KSP poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność za łamanie prawa demonstrujących, m.in. poprzez uszkodzenie ciała. Rzecznik nie wskazał ani jednego takiego przypadku.

Zapytaliśmy więc organizacje i prawników wspierające prawnie demonstrujących, czy spotkali się z przypadkiem wyciągnięcia konsekwencji wobec funkcjonariusza, który poważnie uszkodził manifestanta w ostatnim czasie.

„Absolutnie żadnych konsekwencji nie ponoszą. Śmieją się nam prosto w twarz, bo wiedzą, że mogą sobie na to pozwolić”

– mówi Agata Bzdyń, prawniczka współpracująca ze SZPILA – kolektywem antyrepresyjnym wspierającym prawnie demonstrantów w Warszawie i okolicach. „Spotkałam się z kilkoma przypadkami złamania ręki lub obojczyka, ale nie słyszałam, by funkcjonariusz był za to ukarany” – pisze Małgorzata Nowogońska z ObyPomocy, drugiej z organizacji, które pomagają setkom protestujących, szykanowanych głównie przez policję.

„Nie spotkałam się z tym, by policjant poniósł jakąś odpowiedzialność” – dodaje Magdalena Bakun, która w ObyPomocy co miesiąc przygotowuje obszerne raporty na temat prowadzonych spraw. „Proszę dać znać, jeśli się pan dowie o takim przypadku” – kończy.

31 lipca opublikowaliśmy pierwszą historię - aktywistki Moli:

Dzisiaj dwie kolejne historie - Oliwii i Justyny.

Złamany i zakrwawiony nos. Policjantka: „to rozmazana szminka”

28 stycznia policja pod Trybunałem Konstytucyjnym zamknęła w kotle kilkaset osób. Od ścisku Oliwia Masola zemdlała, a kiedy się ocknęła, „głośno wyrażała swój sprzeciw”. „Chcąc mnie »uspokoić« jeden z policjantów krzyknął do mnie coś w stylu »a co? Taka kolorowa się rzuca«. Ja do niego »a ty co, białasie j*bany« (nie obrażam nikogo poza tamtym dzbanem). Jego kolega słysząc to rzucił mną z całej siły na ścianę. Padłam na ziemie z ogłuszającym bólem głowy i nosa” – opisuje sytuację w poście, który szybko osiągnął kilka tysięcy podań.

Obficie krwawiła, pluła krwią. Na zdjęciu widać jej pogruchotany nos, zakrwawioną twarz. Na siniaki na nodze (od kopnięcia przez policjanta) i na rękach (od wykręcania przez mundurowych) zwróciła uwagę dopiero później.

Zamiast pomocy ze strony policji, spotkała się z litanią szykan. Mundurowi wywieźli ją aż do Legionowa, by trudniej było jej wrócić do domu w Warszawie w środku nocy. Przez 3-4 godziny odmawiali dostępu do prawniczki, twierdząc, że tej tam nie ma. Tymczasem Agata Bzdyń, mecenas z kolektywu SZPILA, czekała. „Siedziałam od 12. w nocy. Powiedziano mi, że ona nie chce prawnika. Kłamali. Bardzo często tak robią na komendach, zwłaszcza gdy kogoś poturbują" – twierdzi mecenas Bzdyń.

Na komendzie Oliwia zgłaszała ból głowy, chciała medyka. „Jeśli wytrzymała pani godzinę, to chwilę pani wytrzyma" – miał jej powiedzieć któryś z funkcjonariuszy. Zemdlała. Wtedy dopiero wezwali karetkę. Spuchł jej zakrwawiony nos. „To rozmazana szminka, żaden obrzęk" – miała przekonywać policjantka. Ratownicy, którzy sporządzali protokół przy policjantach, też nie zauważyli złamania. Podobnie 2-3 dni później, w szpitalu w Kielcach (gdzie się przeniosła), na tomografii na ostrym dyżurze – Oliwia wymiotowała.

Złamania nie ma

Lekarze też rozmawiali z funkcjonariuszami, których wezwali, gdy dowiedzieli się, jak doszło do złamania. Badanie też miało nie wykazać złamania nosa - powiedziano jej. „Akurat te dwa razy, gdy policjanci byli przy medykach, ci stwierdzali, że nic mi nie jest. Uważam, że działali pod dyktando policji" – przekonuje Oliwia. Mecenas Bzdyń też sądzi, że medycy nie chcieli opisać faktycznego uszczerbku zdrowia ze względu na to, kto tego dokonał. Złamanie nosa stwierdził zarówno lekarz, który dzień po zajściu robił Oliwii obdukcję, jak i wykonane kilka dni później RTG w Legionowie („odłamkowe złamanie nosa”), oraz laryngolog, która tydzień po zajściu nastawiała Oliwii nos („złamanie i przesunięcie przegrody nosowej”).

Prawie pół roku po wydarzeniach, nos Oliwii nadal jest zniekształcony. Często bolą ją zatoki. Sąd uznał, że jej zatrzymanie było niezasadne i nielegalne. "To było ewidentnie nadmierne użycie siły i to przekroczenie uprawnień. Klientka tylko krzyczała, zaś policjant brutalnie jej złamał nos", podkreśla mecenas Bzdyń. Przygotowuje wniosek o zadośćuczynienie za niezasadne pozbawienie wolności. Skargi do KSP na działania policjanta, ani zawiadomienia do prokuratury jeszcze nie składały - czekały na rozstrzygnięcie w kwestii zażalenia za zatrzymanie. Nic im nie wiadomo, by policja zrobiła cokolwiek w sprawie funkcjonariusza, który złamał nos Oliwii.

Umorzyli, bo niecelowo

Justynie z Warszawskiego Strajku Kobiet policja złamała rękę 15 sierpnia 2018 roku, gdy wynosili ją z blokady faszystów na ul. Foksal. Kobiety siedziały z banerem „Faszyzm STOP”. "Wyrwali mnie z kawałkiem fizeliny z baneru w dłoni" – wspomina. Podnieśli ją w czwórkę. Zwisała bezwładnie, jak odpoczywający leniwiec. Jeden z funkcjonariuszy – Kamil Strzelecki - tak złapał ją za rękę, że zawyła z bólu. Widać i słychać to na filmie.

Zanieśli ją do bramy, postawili na nogi, a jeden z nich popchnął aktywistkę tak, że wpadła na osoby przed sobą. Nie udzielili jej żadnej pomocy. Jeszcze tego dnia w Wojewódzkim Szpitalu Chirurgii Urazowej im. św. Anny na Barskiej lekarze zdiagnozowali: złamanie wyrostka rylcowatego prawego nadgarstka. 7 tygodni w gipsie. Teraz, trzy lata po zajściu, ręka nadal ją boli. Nawet przy tak banalnej czynności jak odkręcanie butelki. "I tak już ma pozostać" – twierdzi Justyna.

Doniesienie do prokuratury, z listą świadków, dowodami, zdjęciami, filmem z sytuacją, na której widać moment złamania. Prokurator Jerzy Mierzewski umorzył sprawę.

"Spytał mnie, czy policjant złamał mi rękę celowo. Powiedziałam, że tego nie mogę stwierdzić", aktywistka opisuje powód umorzenia.

Po odwołaniu sąd zarządził dalsze śledztwo, ale prokuratura ponownie sprawę umorzyła. Tym razem na podstawie opinii biegłego od technik interwencji. Aktywnego zawodowo policjanta. W lutym 2021 roku aktywistka złożyła subsydiarny akt oskarżenia. Żąda obiektywnych biegłych, którzy nie będą czynnymi zawodowo policjantami, z oczywistych powodów.

Do lipca nie dostała żadnych informacji w tej sprawie.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne