„Musimy wygrać wybory (…) i strząsnąć ze zdrowego drzewa naszego państwa pisowską szarańczę” - powiedział Grzegorz Schetyna na konwencji Koalicji Obywatelskiej w Poznaniu 13 października. PiS i jego media się oburzają. Przypominamy, kto zwykle w Polsce posługuje się językiem nienawiści i tłumaczymy, co naprawdę powiedział Schetyna

„Dla dobra Polski i jej obywateli, dla naszego miejsca w Europie, musimy wygrać te wybory. Zmobilizować wszystkie pozytywne siły i strząsnąć ze zdrowego drzewa naszego państwa PiS-owską szarańczę” – tak w pełni brzmiała wypowiedź Schetyny na konwencji.

Schetyna tłumaczył później, że chodziło mu o działaczy PiS, którzy „jak szarańcza” obsiedli państwo polskie.

Polityków PiS i sprzyjające im media zalała fala ściskającego gardła oburzenia. Najbardziej oburzyły się „Wiadomości”, które wieczorem 14 października 2018 (w wydaniu o 19:30) opublikowały kuriozalny materiał porównujący słowa Schetyny do apeli o mordowanie przeciwników politycznych. Materiał można obejrzeć tutaj. Przyjrzyjmy się, jak został zrobiony.

PO i PiS jak Hutu i Tutsi?

„Ta wypowiedź odbiera człowieczeństwo” – od takiego wstępu zaczyna się komentarz „Wiadomości”.

„To trąci Goebbelsem lat 30. i jest absolutnie czymś, co nie powinno się zdarzyć dziś w polityce” — wypowiada się polityk PiS Wojciech Skurkiewicz, wiceminister Obrony Narodowej.

Następnie oburzają się komentatorzy:

  • Maciej Chudkiewicz, publicysta – „Wiadomości” nie dodały, że pism prawicowych, ale może dlatego, że to rozumie się samo przez się. Inni publicyści w TVP już się nie pojawiają. W „Tygodniku Solidarność” Chudkiewicz w 2018 roku opublikował np. artykuł pod tytułem „Czy homoseksualistów można wyleczyć”, co stanowi dobrą próbkę jego dorobku. 
  • Michał Karnowski, publicysta („wSieci”, „wPolityce”), skarżył się na brak reakcji Europy. „Czy to są wartości europejskie w praktyce? Czy oni to akceptują” – pyta Karnowski. O wkładzie tego najbardziej prorządowego medium w polską debatę publiczną pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie, więc nie będziemy się powtarzać.

„Wiadomości” w tym miejscu przechodzą do sedna sprawy. Mówią o słowach Schetyny:  

„W latach 90. podobną retoryką posługiwały się w Rwandzie media związane z plemieniem Hutu wobec przedstawicieli ludu Tutsi. Długo i konsekwentnie używały słowa «karaluchy»”.

Intuicje dziennikarzy potwierdza ekspert, Artur Wróblewski, politolog z Uczelni Łazarskiego. Jak się zdaje, został błędnie przedstawiony jako „doktor”, gdy w istocie jest magistrem i asystentem na uczelni – jak się możemy dowiedzieć na jej stronie. W bazie danych „Nauka Polska” nie ma śladu po doktoracie p. Wróblewskiego.  

Następnie widzowie dowiadują się, że w Rwandzie nazywanie przeciwników „karaluchami” doprowadziło do ludobójstwa — w ciągu kilku tygodni w 1994 roku wymordowano milion ludzi (według „Wiadomości”, szacunki mówią częściej o kilkuset tysiącach; tak czy inaczej, było ich bardzo wielu).

Manipulacja w tym materiale jest szyta tak grubymi nićmi, że aż trochę wstyd nam ją wyjaśniać. Zróbmy to jednak na wszelki wypadek, przypominając, że

zgodnie z tradycją „Wiadomości” sprawę komentują wyłącznie publicyści prorządowi oraz eksperci o bliżej nikomu nieznanym dorobku i specjalizacji, znani głównie z tego, że występują w „Wiadomościach” i mówią to, co dziennikarze chcą usłyszeć.

Różnica pomiędzy słowami Schetyny a propagandą prowadzącą do ludobójstwa w Rwandzie polega m.in. na:

  • Schetyna użył dehumanizującego porównania raz
  • w Rwandzie stacje radiowe prowadziły zmasowaną, systematyczną propagandę;
  • Schetyna (oraz opozycja w Polsce w ogóle) nigdy nie nawoływał do przemocy;
  • W Rwandzie wprost nawoływano do mordowania przeciwników.

Nawet kampania propagandowa nie była w stanie sprawić, że doszło do masakr – zostały one wcześniej starannie przygotowane, a populacja Hutu została uzbrojona wiele miesięcy wcześniej. Ponadto masakry były tylko kolejną odsłoną trwającego od setek lat konfliktu etnicznego i dziedzictwem wojny domowej, która zakończyła się rok wcześniej.

Krótko mówiąc: „Wiadomości” manipulują – słowa Schetyny nie miały nic wspólnego z nawoływaniem do mordowania kogokolwiek. Ich porównywanie do retoryki przygotowującej ludobójstwo w Rwandzie jest szczególnie absurdalne.

PiS: Schetyna odczłowiecza

O ile oburzenie się „Wiadomości” można komentować głównie jako przykład absurdalnego humoru, to oburzenie się polityków PiS zdradza zupełnie świadomy zamiar polityczny.

„Takimi wypowiedziami Grzegorz Schetyna tak naprawdę obraża miliony Polaków głosujących na Prawo i Sprawiedliwość. To jest kolejny dowód na to, jak oni gardzą tymi, którzy mają odmienne poglądy. My mówimy takiej polityce «nie»” 

– mówiła w TVP Info rzeczniczka PiS Beata Mazurek. W bardzo podobne tony uderzył Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera:

„PO ma długą i niechlubną historię jeśli chodzi o używanie takiego języka, zaczynają od dożynania watahy, przez skandaliczne wydarzenia i słowa, które padły po dramacie smoleńskim w 2010, mohery, wariaci, to tylko najbardziej delikatne określenie. Teraz słyszymy słowa, które są zdumiewające. Te określenia jak szarańcza, muchy – takiego języka nie powstydziłaby się hitlerowska gazeta «Der Sturmer» czy sowiecka «Komsomolskaja Prawda». Patrząc w historię, takiego języka używały w systemach totalitarnych takie partie jak NSDAP, żeby dehumanizować przeciwników politycznych, a potem przeprowadzać czystki”.

Portal „wPolityce” przypomniał także ludobójstwo w Rwandzie. Do chóru krytyków Schetyny dołączyła się także rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska, porównując – podobnie jak Dworczyk – jego język do nazistowskiego „Der Sturmer”.

Pokaz hipokryzji

Słowa Schetyny były prezentem dla PiS – przede wszystkim dlatego, że teraz jej politycy mogą twierdzić, że ich partia nie ma monopolu na używanie odczłowieczającego i agresywnego języka. Opozycja demokratyczna w Polsce używa go bez porównania rzadziej.

Jak ujawniło OKO.press, marszałek Marek Kuchciński na spotkaniu wyborczym mówił 15 kwietnia 2018: „My odbudowujemy dom – Polskę, w którym mieszka 38 milionów ludzi, prawda, a więc nie możemy odgrzybić, odszczurzyć, prawda, zastosować środków chemicznych, żeby raz dwa wyremontować, tylko musimy, prawda jeszcze dbać o zdrowie obywateli”.

Ten ton powtarza się w wypowiedziach polityków PiS. Kiedy Michał Dworczyk przypomina „dorzynanie watahy”, odwołuje się do słów wypowiedzianych przez ówczesnego polityka PO Radosława Sikorskiego w czasie kampanii wyborczej 2007 roku (a więc ponad 10 lat temu). Sikorski, dodajmy, nie wzywał wcale do wyrzynania polityków PiS: jego słowa były niezręczną przenośnią, służącą pokazaniu, że do pokonania PiS – oraz odsunięcia go od władzy – brakuje tylko jednych wyborów. Dostarczyły jednak retorycznej amunicji politykom PiS, którzy mogli się stroić w szaty ofiar agresji opozycji, na razie słownej.

Wszyscy ci politycy PiS zapominają, że mistrzem agresji słownej pozostaje prezes PiS Jarosław Kaczyński.

W odróżnieniu od Sikorskiego czy Schetyny używa agresywnej retoryki stale – a nie raz na dekadę. Nikt z PiS nie protestował, kiedy poseł Kaczyński mówił o „zdradzieckich mordach” polityków opozycji w lutym 2017 r. Nazwał ich także kanaliami i oskarżył o zamordowanie brata. Także komisja ds. etyki poselskiej – zdominowana przez PiS – nie dopatrzyła się w tym niczego niestosownego. Wówczas posłowie PiS wykazywali wobec prezesa niesłychaną wyrozumiałość. „To była szczera, męska odpowiedź na chamstwo, które żeśmy wczoraj widzieli w wykonaniu opozycji” – mówił ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

W październiku 2015 roku Kaczyński również przestrzegał przed „pasożytami i pierwotniakami”, które rzekomo mają przynieść do Polski uchodźcy. Politycy PO mówili wówczas, że to jest język nazistowskiej propagandy.

Schetyna użył zbyt agresywnego języka i popełnił błąd – co przystoi Kaczyńskiemu, nie przystoi przywódcy demokratycznej opozycji. Zrobił też prezent polityczny PiS, którego politycy mogą teraz udawać ofiary agresji i prześladowań ze strony opozycji (pozbawionej, o czym zapominają wspomnieć, jakiegokolwiek wpływu na władzę).

Mogą też powiedzieć opinii publicznej: „widzicie, opozycja też używa agresywnego języka, nie tylko my jesteśmy winni schamieniu i agresji w debacie publicznej”. Warto jednak pamiętać, kto jest tutaj głównym agresorem.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym