Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Hungarian opposition leader, head of the TISZA party and candidate for Hungarian Prime Minister Peter Magyar holds a state-of-the-nation speech on February 15, 2026 in Budapest, Hungary. (Photo by Ferenc ISZA / AFP)Hungarian opposition...

Chciałoby się powiedzieć z ulgą, że wreszcie na Węgrzech wybuchł normalny skandal obyczajowy. Bo te dotychczasowe raczej dotyczyły otoczenia rządu, jak to było w przypadku: europosła rządzącego Fideszu Józsefa Szájera, który po rynnie uciekał z gejowskiej orgii w Brukseli w czasie pandemicznego lockdownu; afery pedofilskiej z udziałem związanego z władzą urzędnika Endre Kónyi, która doprowadziła do nagłej dymisji prezydent Katalin Novák; minister sprawiedliwości Judit Vargi, prywatnie byłej żony Magyara, czy wreszcie księdza-homoseksualisty Gergő Besego produkującego gejowskie porno, a niejednokrotnie chwalącego się swoimi bliskimi relacjami z najważniejszymi ludźmi w państwie. A to wszystko w kraju, gdzie na lotnisku zawsze witają mnie napisy “Węgry dla rodzin” w kilkunastu językach.

I wygląda na to, że to rządzący Fidesz w czasie nabierającej tempa kampanii wyborczej sam wszedł na minę, ponieważ Magyar już w zeszłym roku podejrzewał, że właśnie taki scenariusz węgierskie władze szykują, by go zdyskredytować. Szef i europoseł Tiszy złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, gdyż, jak podkreślił, nie wyrażał zgody na filmowanie go w sytuacji intymnej, a celowe filmowanie i nagrywanie kogoś bez pozwolenia w jakiejkolwiek sytuacji stanowi na Węgrzech czyn karalny.

“Przypuszczam, że planują wypuścić nagranie, zrealizowane za pomocą sprzętu służb specjalnych i najprawdopodobniej fałszywe, na którym widać mnie i moją ówczesną partnerkę w czasie stosunku„ – napisał na swoim profilu w mediach społecznościowych. ”Ten podły atak to kolejny dowód, że władza się boi. Jeśli będziemy trzymać się razem, wygramy. Jeśli damy się pokonać, oni wygrają, a nasz kraj upadnie”. W Europie to bez precedensu, że partia rządząca chce zdyskredytować, zaszantażować i wyeliminować polityczną konkurencję przez nagrania stosunków seksualnych za pomocą nielegalnych środków i grozi, że ujawni te nagrania opinii publicznej" – dodał.

Taki skandal to cud

Magyar w swym oświadczeniu uderzył również w byłą partnerkę, którą oskarżył o udział w próbie skompromitowania go. Ona sama temu zaprzeczyła; zaznaczyła, że także nie była świadoma, że jest filmowana, sama padła ofiarą czynu nielegalnego i dołączy do skargi. A parę kochanków przypadkiem wybronił komentator rządowej telewizji Hír TV, Zsolt Bayer, który, choć odnosił się do skandalu obyczajowego z udziałem księdza Besego, ujął to w słowach, że

“fajnie by było mieć w końcu na prawicy seksskandal, w którym dorosły zdrowy mężczyzna sypia z dorosłą zdrową kobietą. I oboje tego chcą. Z komunikacyjnego punktu widzenia byłby to cud”.

Oficjalna polityka rządzącego Fideszu od lat koncentruje się na atakach na społeczności LGBT+, Viktor Orbán – identycznie jak Putin Rosję – przedstawia Węgry jako ostoję normalności, tradycyjnych wartości i przedmurze chrześcijaństwa w zepsutej Europie, zakazuje parad równości, “seksualizacji dzieci” przez wspierane przez UE podręczniki do wychowania w rodzinie, a tymczasem otoczenie władzy co rusz pakuje się w jakąś nieheteronormatywną aferę. Jednocześnie mieszkańcy masowo stają w obronie mniejszości seksualnych, opowiadają się za równością, a władza ukrywa swoje skłonności, które ta równość mogłaby chronić.

Orbán wreszcie ma z kim przegrać

Teraz przed wyborami Budapeszt oblepiają setki plakatów antyukraińskich, anty-UE oraz przeciw opozycji. Z billboardów po oczach w komiksowym stylu biją hasła “Nie zapłacimy!”, w prostacki sposób stawiają obok siebie Wołodymyra Zełenskiego, Ursulę von der Leyen i Pétera Magyara, którzy według narracji władz chcą zwykłym Węgrom odebrać pieniądze na życie. To odniesienie do węgierskiej blokady unijnych środków pomocowych dla ofiary rosyjskiej napaści. Blokada to zemsta władz Węgier za wstrzymanie transferów unijnych z powodu niedotrzymania zasad traktatów unijnych. Mieszkańcy stolicy, tak jak w dzielnicy Óbuda, własnoręcznie wyrażają frustracje z powodu przeskalowanej i nachalnej propagandy, obecnej w internecie, na billbordach i słupach reklamowych – sami zaczęli zrywać część z nich, zarzucając władzom i powiązanym z nimi fundacjom marnowanie środków publicznych.

Z zewnątrz po raz pierwszy od wielu lat wydaje się, że Orbán ma z kim przegrać. Sondaże przed zaplanowanymi na 12 kwietnia wyborami parlamentarnymi według portalu Vsquare dają prowadzonej przez Magyara opozycyjnej partii Tisza nawet 16 punktów procentowych przewagi nad rządzącym Fideszem – jak pokazuje zrealizowane przez ośrodek 21 Kutatóközpont między 28 stycznia a 2 lutego 2026 badanie na reprezentatywnej próbie 1000 osób.

Źródła wewnątrz partii rządzącej przywoływane przez ten sam portal przekazują, że niedawno wykonane badania terenowe dają opozycyjnej Tiszie 41 proc., Fideszowi zaś 31 proc. poparcia, choć nie wyklucza on, że mają na celu mobilizację działaczy. Na nieco mniejsze różnice wskazują wcześniejsze niezależne sondaże: ośrodka Medián, gdzie opozycja dostaje 40, a partia władzy 33 proc. głosów czy inny 21 Kutatóközpont, w którym wciąż prowadzącą opozycję od rządu dzieli także 7 punktów procentowych w stosunku 35 do 28.

Ale ordynacja wyborcza premiuje władzę

Ostatnie wybory na Węgrzech z 2022 roku potwierdzają, że sondaże nie są jednak w stanie oddać ostatecznego rezultatu, wynikającego z węgierskiego systemu wyborczego.

Po pierwsze istnieje bardzo duża grupa wyborców niezdecydowanych, która może znacząco wpłynąć na ostateczny wynik głosowania.

Po drugie, ordynacja wyborcza skonstruowana jest w taki sposób, że premiuje partię rządzącą. Świetnie tłumaczy to w swojej książce “Węgry na nowo” politolog i komentator Dominik Héjj. Przypomina, że w głosowaniu wyborcy wyłaniają 199 reprezentantów do Zgromadzenia Krajowego Węgier (Országgyűlés) na czteroletnią kadencję. Każdy wyborca zarejestrowany w kraju otrzymuje dwie karty do głosowania, gdzie zaznacza swoje preferencje w okręgu jednomandatowym oraz na liście partyjnej. Z list jednomandatowych do parlamentu trafia 106 deputowanych, z partyjnych – 93.

Co jednak najważniejsze, istnieją także tzw. głosy przechodnie, które z list jednomandatowych przechodzą na listę partyjną. Więc nawet jeśli w okręgu jednomandatowym wygrywa kandydat opozycji, nadwyżka głosów przechodnich trafia na listę partyjną i jest pomnożona przez liczbę okręgów wyborczych, zaś z niej wyłania się kolejnych kilku deputowanych z najsilniejszego ugrupowania. Poza tym na listę partyjną głosuje węgierska diaspora, której sympatie polityczne są zazwyczaj bliższe Fideszowi i Viktorowi Orbánowi, a nie opozycji. Można więc bezpiecznie powiedzieć, że Orbán uczynił z węgierskich wyborów grę o wszystko, w której wynik jest z góry znany, nawet jeśli w sondażach opozycja zyskuje przewagę.

Wsparcie z Ameryki

Tłem dla kampanii wyborczej wciąż jest wojna na Ukrainie. Rządzący na Węgrzech Fidesz od początku konfliktu stoi po stronie Rosji i wykorzystuje go do swoich celów. Ostrzelanie przez Rosjan ropociągu Przyjaźń i w konsekwencji wstrzymanie dostaw rosyjskiej ropy na Węgry przez Ukrainę Orbán przedstawia jako próbę ingerencji w wybory przez stronę ukraińską. W tym samym czasie partia władzy opublikowała stworzony za pomocą sztucznej inteligencji spot, przedstawiający egzekucję żołnierzy w węgierskich mundurach oraz dziecko pytające o zaginionego ojca. Wideo kończy się słowami: “nie pozwólcie innym decydować o losie swojej rodziny. Fidesz to bezpieczny wybór”.

Péter Magyar ostro potępił nagranie. Podkreślił, że pokazuje on, kto rzeczywiście sieje nienawiść w węgierskim społeczeństwie. „Zabawa z dziećmi, egzekucje i strach to nie polityka, to bezduszna manipulacja” – napisał na Facebooku.

Szef węgierskiej dyplomacji Péter Szijjártó ostrzegł tymczasem przed niecodziennym poziomem zagranicznej ingerencji w obecne wybory parlamentarne. Jak podkreślił, wpływ zamierza wywrzeć oś Bruksela-Berlin-Kijów. “Dlaczego? Ponieważ Węgry pod obecnym kierownictwem stoją na przeszkodzie ich celom: wciągnięciu całej Europy w wojnę, przekierowaniu unijnych funduszy na Ukrainę i przyjęciu Ukrainy do UE” – powiedział.

Jednocześnie Budapeszt w ostatnich dniach odwiedził sekretarz stanu USA Marco Rubio, który w kontekście wyborów zagroził, że Węgry bez Viktora Orbána i rządzącego Fideszu narażają się na gniew Ameryki. Amerykański prezydent Donald Trump już wcześniej wielokrotnie wspierał Orbána, a szef węgierskiego rządu odwdzięczał się poparciem dla ruchu MAGA i organizowaniem u siebie konwencji neokonserwatystów CPAC. Formalnie Rubio podpisał w węgierskiej stolicy szereg umów dotyczących współpracy w dziedzinie energetyki atomowej, jednak zdołał też podkreślić, że “prezydent Trump jest mocno zaangażowany w pański sukces, ponieważ pański sukces jest naszym sukcesem”.

Nie tak daleko od Białorusi

Obywatele, zwłaszcza młodsi, mają nieco inne zdanie na temat węgierskiego sukcesu. Wielu młodych emigruje, ponieważ nie widzi dla siebie perspektyw w kraju, gdzie, aby ten sukces osiągnąć, trzeba albo być zblatowanym z władzą, albo pozostać konformistą. “Pracuję w Austrii, musiałem wyjechać, bo źle się czuję na Węgrzech, wysyłam co miesiąc rodzicom pieniądze na życie, bo nie starcza im z emerytury. A oni i tak dalej głosują na Fidesz, mimo że to jeszcze bardziej oddala mnie od mojego kraju. Nie widzą, że właśnie dlatego wyjechałem” – można przeczytać na węgierskich kanałach na Reddicie.

Dzisiejsze Węgry niewiele więc różnią się od współczesnej Białorusi, mają jedynie to szczęście, że w odpowiedniej chwili znalazły się w Unii Europejskiej, dzięki czemu obywatele zyskali swobodę poruszania się po Europie i całkiem silny paszport, natomiast władza, pomimo demokratycznej fasady, pozostaje niezmienna jak w postsowieckiej republice. Zakonserwowany system orbánowski jest w stanie tylko zmieść masowy sprzeciw, taki jak protesty z 2006 roku przeciwko władzy Ferenca Gyurcsánya, kiedy tysiące Węgrów wyszły na ulicę w konsekwencji opublikowanych nagrań o kłamstwach premiera. Obecnie za sukces opozycji będzie można uznać, jeśli pozbawi rządzący Fidesz możliwości uzyskania w wyborach większości konstytucyjnej.

;
Na zdjęciu Michał Zabłocki
Michał Zabłocki

Dziennikarz i aktywista klimatyczny, dawny wieloletni pracownik działu zagranicznego PAP, w tym korespondent w Moskwie (2006), Pradze i Bratysławie (2010-2012), były współpracownik zajmującego się Europą Środkową think-tanku Visegrad Insight. Autor książki „To nie jest raj. Szkice o współczesnych Czechach”. Od 2019 roku dzieli życie między Warszawę i Budapeszt. Wkrótce ukaże się jego kolejna książka „Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska”.

Komentarze