W sobotę 4 lutego Jarosław Kaczyński i minister rozwoju Mateusz Morawiecki mówili o swoich wizjach sprawiedliwej i sprawnej gospodarki na sympozjum w szkole o. Rydzyka w Toruniu. To antyliberalna filozofia gospodarcza, bliska przedwojennej prawicy - silne państwo ma kierować rozwojem. Kaczyński oskarżył też zagraniczny kapitał o kolonialne traktowanie

Już sam tytuł konferencji w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej ojca Rydzyka – „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę” – mówił wyraźnie, jaki będzie panował na niej klimat.

Liberał powiedziałby, że przedsiębiorca ma się troszczyć przede wszystkim o zysk swojej firmy. Kaczyński mówi wyraźnie, że przedsiębiorcy – podobnie jak urzędnicy, intelektualiści czy żołnierze – powinni pracować przede wszystkim nie dla siebie, ale na rzecz dobra wspólnego.

(Relację TVN24 z wystąpień Kaczyńskiego i Morawieckiego można znaleźć na stronie telewizji; obszernie relacjonowała je także na Twitterze szkoła o. Rydzyka).

Kaczyński stwierdził, że rynek nie może istnieć bez państwa, które gwarantuje własność i egzekwuje prawo (a więc także umowy pomiędzy przedsiębiorcami): „Najpierw państwo, później własność, bez której nie może być wolności jednostki, no i rynek.

Czy rynek może istnieć bez państwa? Nie może istnieć bez państwa, państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ogólne, osobiste tych, którzy funkcjonują na rynku, bezpieczeństwo obrotu.

Musi powołać także różnego rodzaju instytucje, które funkcjonują na rynku, w związku z rynkiem, no i przede wszystkim pieniądz”.

To pogląd zdroworozsądkowy i niekontrowersyjny. Podzieliliby go także klasyczni liberałowie (jak John Stuart Mill). Nie zgodziliby się z nim zapewne tylko libertarianie, przekonani, że państwo stanowi głównie przeszkodę na drodze jednostek do dobrobytu i szczęścia.

Inaczej jednak niż politycy rządzący w pierwszych dwóch dekadach III RP, Kaczyński nie wychwalał prywatnej przedsiębiorczości, tylko uznał ją za element służby dla dobra wspólnego. Jest to raczej zmiana w rozłożeniu akcentów – nie było tu mowy o konkretnych rozwiązaniach politycznych – ale jest ona charakterystyczna dla myślenia PiS o gospodarce.

Prezes PiS wprost skrytykował „liberalne” lata 90., przy okazji nieco mijając się z prawdą.

„Jeśli spojrzeć na te ostatnie 27 lat, to można powiedzieć, że najpierw mieliśmy do czynienia z taką swobodą, w wielkiej mierze anarchiczną. Taką, która po części była w ogóle nieregulowana i nieobjęta działalnością państwa.

Znaczna część tej wybuchającej w końcu lat 80. i 90. działalności gospodarczej początkowo nie była objęta, albo w minimalnym stopniu objęta, ograniczeniami związanymi z podatkami.”

W tym momencie w ogóle nie jest jasne, co ma na myśli prezes PiS. Liczba regulacji dotyczących przedsiębiorczości rosła systematycznie od lat 90. Firmy też płaciły podatki – o czym doskonale wiedzą przedsiębiorcy. Te podatki, jak przekonał się o tym m.in. Roman Kluska, były egzekwowane czasem dość bezwzględnie.

Przesłanie jest jednak jasne: wolności było za dużo, była „anarchiczna”, a teraz państwo musi kierować gospodarką.

Prezes PiS wypowiedział się także o zakorzenieniu liberalizmu w Polsce:

„[Nie mamy] jednocześnie złudzeń, że możemy w Polsce stworzyć system libertariański, że polskiej kulturze można narzucić taki zupełnie skrajny indywidualizm.”

W tym wypadku ma zapewne rację. W historii Polski liberałowie z wielu względów aż do 1989 r. zajmowali marginalną pozycję. Byli często wybitnymi jednostkami i liczącymi się publicystami czy ekonomistami, ale mieli niewielki wpływ na życie polityczne (można o tym przeczytać m.in. w znakomitych książkach historyka Macieja Janowskiego).

Powody były liczne: brak własnego kapitału i klasy przedsiębiorców w XIX w., nieliczna rodzima burżuazja, łączenie polskości raczej z pracą na roli niż z przemysłem czy handlem – to wszystko sprawiało, że liberalizm nie miał bazy społecznej w Polsce.

W polskiej polityce od początków nowoczesnych partii politycznych w latach 80. XIX w. dominowały trzy wielkie nurty (chłopski, socjalistyczny i narodowa demokracja), z których żaden nie miał liberalnych poglądów gospodarczych. Często były one do kapitalizmu i wolnego rynku nastawione jawnie wrogo (np. w okresie następującym po Wielkim Kryzysie lat 30., kiedy partie proponowały daleko idącą nacjonalizację i kontrolę państwa nad gospodarką).

Przez większą część polskiej historii od XIX w. główne nurty polityki polskiej miały w wymiarze gospodarczym wyraźnie antyliberalny charakter. Liberałowie mogą tej oceny nie lubić, ale nie mogą się z nią nie zgodzić.

Kaczyński pozwolił sobie na insynuację pod adresem obcego kapitału w Polsce:


W szczególności, jeśli chodzi o działalność podmiotów zagranicznych. Mamy tutaj do czynienia z takimi elementami kolonialnymi (...). Mamy do czynienia z sytuacją, w której te przedsiębiorstwa nie przestrzegają pewnych reguł prawnych, ale także moralnych.

Jarosław Kaczyński, Konferencja "Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę" - 04/02/2017

21.12.2016 Warszawa , Centrum Multimedialne , ul Foksal . Prezes partii Prawo i Sprawiedliwosc Jaroslaw Kaczynski podczas konferencji prasowej dot. wywolanego przez marszalka Sejmu , trwajacego od kilku dni kryzysu parlamentarnego . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


Nie wiadomo, o co chodzi. Insynuacja bez konkretów


To insynuacja w klasycznym stylu prezesa PiS – bez podania żadnego konkretnego przykładu „kolonialnego traktowania”.

To prawda, że po 1989 r. zagraniczne firmy traktowały niekiedy Polskę jako źródło taniej i dyspozycyjnej siły roboczej (zrobił tak właśnie Starbucks, proponując polskim pracownikom udział w złamaniu strajku w swoich kawiarniach), ewentualnie wykorzystując słabsze niż na Zachodzie egzekwowanie norm dotyczących ochrony środowiska (zarzucano to np. chlewniom prowadzonym w Polsce przez koncern Smithfield Foods).

Nic jednak nie wskazuje, aby prezes PiS opierał się na jakichkolwiek systematycznych badaniach dotyczących tego, jak działa w Polsce zagraniczny kapitał, a głośne w mediach przykłady mogły być wyjątkiem, a nie normą. Polacy zresztą nie podzielają niechęci prezesa PiS. Według badań z 2011 r. woleliby raczej pracować w firmach zagranicznych niż polskich.

Wicepremier Mateusz Morawiecki w swoim wystąpieniu mówił o konieczności „zatarcia podziału na Polskę A i B”:

Jest dla nas rzeczą absolutnie kluczową, żebyśmy doprowadzili do bardziej zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Na to kładziemy nacisk zarówno w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, jak również dajemy temu wyraz tym, czym państwo może dać wyraz najbardziej konkretnie, a mianowicie właśnie w przeznaczeniu części naszego budżetu, alokacji większej części naszego budżetu niż nasi poprzednicy przez poprzednie 25-26 lat do tych powiatów, do tych gmin, które najmocniej potrzebują rozwoju gospodarczego”.

Ta troska ma także bardzo stare korzenie – chciały zrobić to władze II RP już przed wojną. Także PRL często planował budowę zakładów przemysłowych na terenach całkowicie pozbawionych przemysłu, w biednych, wiejskich dzielnicach kraju – co było kosztowne, ale według planistów miało sens społeczny (jednym z wielu przykładów był kombinat włókienniczy w Zambrowie, którego dzieje można znaleźć w doskonałej monografii historyka Andrzeja Zawistowskiego).

Troska o los „Polski B” jest szlachetna, ale warto przypomnieć, że zniesienie podziałów na „lepszą” i „gorszą” część kraju planowały polskie rządy od stulecia – i żadnemu to nie wyszło, chociaż próby kosztowały krocie. Nie jest jasne, dlaczego ma udać się Morawieckiemu.

Ton wypowiedzi Kaczyńskiego i Morawieckiego na tematy gospodarcze – nie tylko przy okazji konferencji u o. Rydzyka – zdradza głębokie pokrewieństwo ich myślenia o gospodarce z tym, jak myślała duża część polskich elit po Wielkim Kryzysie lat 30. Gigantyczne załamanie gospodarcze skompromitowało gruntownie – na czas życia całego pokolenia – ideę, że rynek jest efektywnym narzędziem organizowania produkcji, alokacji kapitału i podnoszenia poziomu życia (piszę o tym obszernie w książce „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych, 1943-1980, Warszawa 2013). Pisano wówczas i mówiono chętnie o „chaosie rynku” i jego skłonności do marnotrawstwa oraz bezproduktywnego marnowania kapitału, pracy i zasobów materialnych.

Większość ugrupowań politycznych – od socjalistów po prawicę – widziała ratunek w państwie, które miało kierować inwestycjami i prowadzić politykę gospodarczą. Projektowano nacjonalizację banków i wielkiego przemysłu (na lewicy) lub wzięcie ich pod ścisły nadzór państwa (na prawicy). W tym wymiarze myślenie Kaczyńskiego i Morawieckiego o gospodarce polskiej ma głębokie korzenie w dziejach polskiej myśli politycznej i długą historię.

Ma także oczywiście korzenie w PRL, w którym podporządkowanie gospodarki interesom państwa – takim, jak je sobie wyobrażała rządząca PZPR – sięgnęło skrajności. Państwo planowało produkcję, było właścicielem fabryk i banków, a w rękach prywatnych pozostawiło tylko część rolnictwa, rzemiosła i drobnego handlu.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym